Metoda na marsz pod górę

Moje wycieczki, dwa razy w tygodniu, do Cuenki, kończą się wspinaczką w drodze powrotnej do domu. Zabiera mi ona w zależności od stopnia wypełnienia plecaka zakupami, od pięćdziesięciu minut do godziny dziesięć. Odbieram to jednak jako formę fizycznego wysiłku, który zgodnie z moim przekonaniem ma wpływać pozytywnie na moje zdrowie. Jakikolwiek wysiłek w ciągu tygodnia, poza oczywiście „spacerami” do Cuenki, jest dla mnie rzeczą obcą. Nie ociągam się zatem w dnie przeznaczone na wyprawę do miasta, bo przecież zmęczenie fizyczne jest bardzo korzystne dla odpoczynku mentalnego. Nie oznacza to jednak, że gdy za oknem jest parszywie nie nachodzą mnie myśli aby dzisiaj odpuścić. Na ogół kończy się to jednak paroma przekleństwami pod adresem pogody, po czym wyciągam zwłoki spod kołdry, szybkie śniadanie i marsz w drogę. Będąc już za drzwiami jeszcze mi się nie zdarzyło abym zrezygnował, zatem to chyba jest ten punkt po osiągnięciu, którego nie pozwalam sobie na jakieś zastanawianie się na zasadnością mojej decyzji. Z drugiej strony moje wyprawy do Cuenki to rownież wizyty u mojego ajurwedyjskiego terapeuty, z których nie lubię rezygnować, co dodatkowo dopinguje mnie do nie patrzenia się na warunki atmosferyczne panujące na zewnątrz. O ile wyjście z domu to kwestia minięcia drzwi, o tyle powrót to poszukiwanie czegokolwiek w świadomości aby odwrocić uwagę od drogi pnącej się, chyba tylko aby mi zrobić na złość, cały czas pod górę. Jeśli uda mi się znaleźć jakiś temat, który pochłonie mnie bezgranicznie to okazuje się, że droga mija dość niepostrzeżenie, pomimo że i tak zabiera tę samą ilość czasu. Gorzej jest gdy szukam tematu aby odwrocić uwagę od drogi, wtedy na ogół i tak koncentruje się na drodze, co w konsekwencji powoduje, że dłuży mi się ona niemiłosiernie i chociaż dochodzę do domu mniej więcej w tym samym czasie to jednak oprócz zmęczenia fizycznego czuje rownież ból mentalny. Ostatnio odkryłem zupełnie inna metodę, która pomaga mi nie zdawać sobie sprawy z odległości jaką już pokonałem i ile jeszcze mam do przejścia. Otóż nie patrzę przed siebie, lecz tylko pod nogi. Okazuje się, że nie widząc odległości przed sobą w jakiś sposób wpływam na moje samopoczucie mentalne. Chociaż w każdym momencie wiem mniej więcej, w którym miejscu się znajduję, to jednak niewidzenie tego co jeszcze przede mną powoduje, że nie odczuwam zniechęcenia co z kolei pozwala mi utrzymać w miarę stałe tempo. Gdy tak szedłem po raz pierwszy, nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, byłem jednak mniej zmęczony po dotarciu do domu. Kolejne doświadczenia tylko potwierdziły moje spostrzeżenia. Od pewnego zatem czasu maszeruje tylko w ten sposób. Metoda ta służy mi na tyle, że gdy ostatnio wracałem z Cuenki, dodatkowo będąc pochłonięty jakaś myślą, omal nie minąłem domu. Na szczęście poznałem go w ostaniej chwili, dziwiąc się, że już jestem na miejscu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s