Muzyczny przerywnik

Nie wszystkie filmy z mojej skarbnicy robią na mnie natychmiastowe wrażenie. Przy tej ilości, trudno zresztą aby każdy z nich był tym z najwyższej półki. Zdarza się czasami, że sam film nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ma coś w sobie co trudno początkowo określić. Dopiero po kolejnym oglądnięciu coś tam dociera do widza. Takim właśnie filmem jest „Song to Song”, którego akcja rozgrywa się w środowisku muzycznym. Zasadniczo trudno to co się w nim ogląda nazwać akcją i jak już wspomniałem, po pierwszym obejrzeniu tego obrazu ma się ochotę odłożyć go gdzieś na półkę z filmami, do których nie warto wracać. I ja miałem taki zamiar, bo to generalnie nie jest typ filmów, których oglądanie sprawia mi przyjemność. Coś jednak ciągnęło mnie aby bez emocji jeszcze raz go obejrzeć. Tym czymś była muzyka. Musiało jej być w filmie bardzo dużo, bo przecież toczy się on w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, od tekściarzy, przez wydawców i producentów po wykonawców. Wsród utworów znalazł się rownież Angelus skomponowany przez Wojciecha Kilara i wykonany przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. To otwór o charakterze zdecydowanie poważnym i niosącym w sobie jakieś przesłanie. Różnorodność gatunków muzyki jest olbrzymia, bo obok powyższego można usłyszeć Patti Smith, Boba Dylana czy Iggy Pop. Sporo też można domyśleć się na temat tego środowiska, słuchając rozmów z powyższymi wykonawcami. Ich życie mniej więcej sprowadza się do egzystencji od czegoś tam do czegoś tam. Od przeboju do przeboju, od dziewczyny do dziewczyny, od piosenki do piosenki, od działki prochów do działki prochów, od koncertu do koncertu. Przystanki między tymi wszystkimi „od – do” wypełnia pustka, kompletna nicość. Bezsens rockandrollowego życia widać u zmierzchu kariery. Zniszczone twarze, bohaterowie nie potrafiący żyć bez tego tempa, chociaż ich czas minął. Ciężkie to wszystko i przygniatające. Gdzieś w trakcie filmu usłyszałem utwór, który nie dawał mi spokoju. Musiałem go odnaleźć, żeby posłuchać w całości. Zajęło to trochę czasu, bo nie znałem ani wykonawcy ani tytułu. W końcu jednak odkryłem sprawcę mojego „poruszenia”. Okazał się nim Geoffrey Oryema a utwór, który pojawił się w filmie to „Makambo”. Nie znałem wcześniej tego artysty, tym bardziej zatem cieszy mnie obejrzenie tego filmu. Nie jest to zapewne muzyka dla każdego i na każda okazję. Ma w sobie jednak ten spokój, który przy zamkniętych oczach pozwala przenieść się tam gdzie czujemy się dobrze. Film jest dla wytrwałych, „Makambo” polecam każdemu, tylko nie zapomnijcie zamknąć oczu.