Czerwone sukno.

Ubiegłoroczna „Angora” w kilku swoich numerach przedrukowywała fragmenty książki Roberta Krasowskiego pod tytułem „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt. Historia polityczna III RP. Lata 2005-2010”. Autor, w moim przekonaniu, w miarę obiektywnie pokazuje sylwetki braci Kaczyński i Donalda Tuska, co widać szczególnie w kontekście obecnie trwającej wojny. Nie ulega watpliwości, że to co się stało w opisywanym czasie pomiędzy oboma politykami nigdy nie znajdzie pokojowego rozwiązania. Niestety w swoją prywatną, wzajemną niechęć uwikłali nie tylko swoje partie ale i całe społeczeństwo. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu jest oczywiste, że rownież Donald Tusk nie jest bez winy za doprowadzenie do aktualnych wydarzeń. Zarówno on jak i jego przeciwnicy cierpieli i mam wrażenie, że cierpią dalej na przerost ambicji i dla zniszczenia siebie nawzajem gotowi są poświecić cały kraj. Z książki wynika, że w tamtych latach była szansa na współpracę obu partii, której nie chciał przed wszystkim obecny przewodniczący RE. Kulisy rozgrywek pomiędzy zwaśnionymi stronami wydają się być przedstawione dość rzetelnie. Kaczyńscy w końcowym efekcie ponieśli klęskę, której Tusk nie potrafił wykorzystać, zniechęcając swoją polityką do siebie tą cześć społeczeństwa , która dzisiaj stoi murem za Jarosławem. Chociaż nie musiał, bo bracia sami sobie rzucali kłody pod nogi, to jednak swoim zachowaniem ignorował ich obu poniżając na każdym kroku. Już wtedy było wiadome, że jakiekolwiek porozumienie nie było możliwe, a co gorsze jak pokazuje dzień dzisiejszy, taka opcja nawet nie wchodzi w aktualnie w grę. Smoleńsk oczywiście przepełnił czarę goryczy, która przerodziła się w ślepą nienawiść i chęć zemsty w umyśle Jarosława Kaczyńskiego. Dziś zatem kiedy on w kraju rozdaje karty, otoczony ślepą służbą, nie zamierza poprzestać na słowach. Mając poparcie dużej części wyborców, którzy w swojej nienawiści do Tuska są równie ślepi, będzie parł do jego zniszczenia za wszelką cenę. Śledzę to co się aktualnie dzieje z przerażeniem. Gdzieś, w tym całym systemie zwanym demokracją,  popełniono błąd zezwalając jednej opcji politycznej na bezceremonialne decydowanie o całym kraju. System wyborczy nie powinien zezwalać i umożliwiać konkretnej partii posiadania większości w parlamencie, zmuszając w ten sposób adwersarzy do współpracy i szukania kompromisów dla dobra, co oni tak dumnie nazywają, ojczyzny. Ktoś, kiedyś nie pomyślał, że władza może dostać się w ręce chorych egocentryków, bez skrupułów, wyzutych  z uczuć, dla których słowo kraj znaczy tyle samo co dla Bogusława Radziwiłła, czyli czerwone sukno. Oto jak nasze zalety opisał w Potopie Henryk Sienkiewicz, słowami powyższego szlachcica skierowanymi do Kmicica:

Jest, panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja i książę wojewoda wileński postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzyczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako krewni, mamy do tego prawo” i dalej „Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które każdy ciągnie”.

Nie inaczej jest dzisiaj. Ciągną więc każdy w swoją stronę ku uciesze tych, którzy nic z tego nie mają, ale samo patrzenie sprawia im przyjemność, nie widzieć dlaczego.