Reprezentacje na boiska

Eliminacje do przyszłorocznych mistrzostw świata w piłce nożnej Rosja 2018, wkraczają w decydująca fazę. W ciągu najbliższego tygodnia rozegrane zastaną kolejne dwie rundy, po których zapewne poznamy kilka reprezentacji, które wywalczą awans. Wsród nich może być rownież reprezentacja naszego kraju. Kluczowy w tym kontekście będzie piątkowy mecz z Danią w Kopenhadze. Ewentualne zwycięstwo i wygrana z Kazachstanem w przyszłym tygodniu zagwarantowałyby zwycięstwo w grupie i kwalifikację do mistrzostw. W piątek emocji zatem będzie co niemiara. Dzień wcześniej, bo w czwartek wystąpi reprezentacja Ekwadoru, który zmierzy się z Brazylią na wyjezdzie. Ciężko w tym meczu wyobrazic sobie zdobycie chociaż jednego punktu, zwłaszcza, że w domu Ekwadorczycy przegrali 3:0, grając fatalnie. Jeśli jest jakakolwiek szansa na urwanie Brazylijczykom choćby punktu, to chyba tylko dlatego, że reprezentacja tego kraju gra w zasadzie o pietruszkę, mając już zapewniony awans. Zapewne obejrzę ten mecz chociaż bez większych emocji, bardziej jako etap w oczekiwaniu na piątek i występ drużyny Nawałki. Bez względu na wynik spotkania w Kopenhadze, jesteśmy i tak zdecydowanym faworytem do wygrania grupy. Przewaga punktowa, jaką wywalczyła sobie nasza reprezentacja powoduje, że tylko jakieś nieszczęście mogłoby nam odebrać bezpośredni awans z pierwszego miejsca. Rozumiem doskonale, że Dania to nie jakaś drużyna, z którą wygrywa każdy na zawołanie. Nie zgadzam się jednak z opinią naszego najlepszego piłkarza, jakoby nasi przeciwnicy mieli być faworytami meczu. Robert Lewandowski swoją wypowiedzią zapewne chce obniżyć presję jaka niewątpliwie ciąży na zawodnikach, w związku z oczekiwaniami kibiców. Są one dość spore ale dobra drużyna, za jaką uchodzi nasza reprezentacja powinna się do tego przyzwyczaić i radzić sobie z tym bez tego typu wypowiedzi.  W końcu w klasyfikacji FIFA zajmujemy piąte miejsce, a to powoduje, że w wielu meczach będziemy faworytami. Kapitan naszej reprezentacji to bezdyskusyjna gwiazda piłki nożnej. Osiągnął bardzo wiele, jego imię jest rozpoznawalne w całym piłkarskim świecie. Ma zatem prawo do wygłaszania swoich opinii. Dodatkowo jest na tyle mocny psychicznie, że nie obawia się ani presji, ani krytyki pod swoim adresem. Piłkarze tego pokroju nie rodzą się na kamieniach i są podstawą swoich drużyn klubowych i narodowych. Jeśli cokolwiek mi przeszkadza w naszym kapitanie to fakt, że jest go zbyt dużo w mediach. Klasa jaką reprezentuje zapewne daje mu do tego prawo, odrobina pokory jednak by nie zaszkodziła. Ale to już moje prywatne odczucia. Życzę wszystkich wielkich emocji w obu meczach, zwycięstw i obyśmy się cieszyli z awansu na mundial już w przyszłym tygodniu.

Reklamy

I niech stanie się światło

Czyżby kościół zwątpił w dobrą zmianę? Słowa księdza Lemańskiego na temat premier rządu nie mogą o tym świadczyć z uwagi na jego pozycje w hierarchii kościelnej. Co innego jednak Biskup Tadeusz Pieronek. To już nie pierwszy lepszy klecha, lecz uznany i respektowany przedstawiciel tej instytucji. Jemu rownież nie spodobały się ostatnie pociągnięcia rządzącej partii. Dostało się zatem wszystkim po kolei począwszy od wszechmogącego, wszystkowiedzącego szanownego prezesa. Nazwany przez biskupa naczelnikiem państwa został porównany pod względem zachowania do kogoś kto nadużywa narkotyków. To i tak bardzo łagodne określenie bo szanowny naczelnik już dawno stracił poczucie rzeczywistości a co gorsza razem z nim otaczający go klakierzy. Nie szczędził słów krytyki Biskup Pieronek pod adresem pierwszego obywatela, któremu bez ogródek zarzucił łajdactwo wynikające z bezprzykładnego łamania konstytucji. Krytykant prezydenta ma szczęście, że nie jest byle pierwszym Kowalskim z ulicy, bo za takie słowa nasz wymiar sprawiedliwości mógłby wszcząć dochodzenie przeciwko niemu. Kościół i jego zwierzchnicy w Polsce nadal znaczą wiele i mogą wiele. Z drugiej strony kubeł zimnej wody powinien dobrze zrobić mieszkańcowi Belwederu. Naraził się biskupowi rownież, wielka gwiazda młodego pokolenia, Patryk „Bylejaki” Jaki. Swoimi słowami na temat tortur i kary śmierci dla zboczeńców z Rimini. Jako członek rządu, nie przysporzył mu ani sobie chwały. Jest to jednak tylko potwierdzeniem, że myślenie i branie odpowiedzialności za swoje słowa nie jest najsilniejszą stroną tej władzy. Wielokrotnie pisałem już o Lechu Wałęsie, jego wadach i jego niepoprawnej wierze o swojej wielkości. Bez względu jednak na wszystko, czy się to podoba kaczystom czy nie, to pozostanie on symbolem zmian w Europie wschodniej. Kompletny brak szacunku dla przywódcy Solidarności i konsekwentne mieszanie go z błotem graniczy z obłędem i świadczy o braku kultury i respektu nie tylko dla niego ale i dla całego naszego kraju i jego historii. Cieszy mnie zatem opinia biskupa w tej sprawie, który uważa, że nagonka na Wałęsę nie znajduje żadnego usprawiedliwienia i ktoś na jego zgliszczach chce postawić swój pomnik. 

„To dramat Polski. Ludzie, którzy wybili się na wielkość, jak Lech Wałęsa, i byli na ustach całego świata, u nas jest niszczony, bo komuś przychodzi do głowy, że można stanąć na piedestale, niszcząc tego człowieka. To dramat całej „Solidarności”, bo kto inny zabrał nazwę i znaczek „Solidarności” i dyktuje kto może do niej należeć, kto może z nimi się modlić – powiedział Pieronek. – Nie potrafię tego zrozumieć, jak można wyzbyć się swoich bohaterów?”

Osobiście chciałbym wierzyć, że ta wypowiedź jest początkiem zmiany w sposobie myślenia w kościele. Zła nie można usprawiedliwiać kolejnymi dotacjami ze skarbu państwa. Słuchacze stacji ojca dyrektora powinni uważnie wysłuchać tego co powiedział Biskup Pieronek. Posłuchać i pomyśleć. Być może i wsród nich nastanie światło. 

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/bp-tadeusz-pieronek-straznik-konstytucji-chce-ja-zmienic-zeby-usprawiedliwic-swoje/64r8snp

„Łże jak bura suka”

Niechybnie wakacje w polityce dobiegły końca. Powoli bohaterowie naszej narodowej mydlanej opery wracają na scenę. O konieczności przypomnienia o sobie zwróciła uwagę sama pani premier. W swoim wywiadzie dla „Gazety Polskiej” podzieliła się z czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat protestów antyrządowych. W jej opinii wszystkie one były dobrze zaplanowane i wcześniej wyreżyserowane a protestujący robili to za pieniądze. Świadkami w sprawie mają być kanapki, w które mieli być uzbrojeni organizatorzy i manifestujący podczas jednego z tych protestów. Oczywiście pani premier nie zna nazwiska reżysera, czy choćby scenarzysty, tak czy inaczej nie ma watpliwości, że owe demonstracje nie miała charakteru spontanicznego. Szefowa wszystkowiedzącego rządu nie podaje również stawek jakie mieliby otrzymać rzekomi statyści ale za darmo tego zapewne nie robili. I tu zaczynam powoli dochodzi do sedna sprawy. Otóż jeśli już ktokolwiek lub cokolwiek jest reżyserowane w naszym kraju to należałoby zacząć od rządu pani Beaty. W przeciwieństwie do jej „sensacyjnych” informacji, wszyscy znamy reżysera, scenarzystę, choreografa, odpowiedzialnego za obsadę głównych ról w tej szopce, która nazywa się rząd. Założę się o grube pieniądze, że na tysiąc Polaków wszyscy wskażą poprawnie nazwisko kto w naszym kraju pociąga za sznurki na końcu, których siedzą politycy rządzącej partii z panią premier na czele. Domyślam się, że to jednak nie przeszkadza naszej premierowej, bo przecież rząd i partia cieszą się niesłabnącym poparciem. Trudno odmówić logiki w tym rozumowaniu. Stosując jednak sposób myślenia szefowej Rady Ministrów, można by dojść do wniosku, źe owa bezgraniczna wiara ludzi stojących murem za sprawującymi władze, rownież nie jest darmowa.  Bo czym rzesz jest pięćset plus i temu podobne programy jak nie formą przekupstwa. Stopień sfrustrowania wypowiedziami premierowej najlepiej przedstawił ksiądz Wojciech Lemański:

„Do tej wypowiedzi traktowałem panią premier jako niezbyt zdolną, pozbawioną inwencji kobietę, którą prezes postawił na ważnym państwowym odcinku, który ją po wielokroć przerasta. Zdolna na swój sposób jest, to znaczy jest zdolna uzasadnić każde, najgłupsze nawet posunięcie swoich ministrów, którzy ostentacyjnie pokazują jej, że ta pani w tym rządzie nie ma nic do powiedzenia. Ale skoro zdecydowała się ta marionetka, która porażkę nazywa zwycięstwem, niedorajdę – geniuszem, tchórza spod Smoleńska – reformatorem polskiej armii, a niedouczonym prawnikom pozwala demontować polski system sądownictwa. Skoro ta osoba zdecydowała się tysiącom ludzi, którzy wyszli na ulice i place polskich miast i miasteczek by stanąć w obronie niezależności sądów – zdecydowała się publicznie napluć w twarz i oskarżyć nas o to, że protestowaliśmy wtedy za pieniądze i pod czyjeś dyktando. To powiem o tej nieporadnej, zakompleksionej i mijającej się z prawdą na każdym kroku kobiecie, słowami byłego marszałka Dorna – ’łże jak bura suka’”

Ostro, bardzo ostro. Nie jestem zwolennikiem mieszania się kościoła w politykę. Jeżeli jednak mało ważny w hierarchii kościoła redemptorysta się w niej mąci i nie spotyka go za to żadna krytyka ze strony władz zwierzchnich, to czego zwykły ksiądz nie miałby mieć tego samego prawa? Wracając jednak do wpisu kapłana na temat premierowej. Byłem ciekaw co takiego i do kogo powiedział Ludwik Dorn używając porównania do „burej suki”. Słowami tymi określił on ministra obrony narodowej Bogdana Klicha mówiąc co następuje: 

„Niewiele jest w stanie mnie zdziwić. Nie zdziwiłby mnie premier Donald Tusk, ani żaden z członków jego rządu, który kłamałby zręcznie. Zdziwił mnie jednak członek rządu, który dziś właśnie skłamał beznadziejnie głupio i w sposób łatwy do zdemaskowania. A to właśnie przydarzyło się dziś ministrowi obrony narodowej, p. Bogdanowi Klichowi na antenie radia RMF FM, który zełgał jak przysłowiowa bura suka. Przy całym moim krytycyzmie wobec p. Klicha odrzucam przypuszczenie, że nie wie on o tym, że nasze F-16 nie posiadają pełnych zdolności bojowych. Żenująca nieudolność tego kłamstwa świadczy zatem albo o zadufaniu i poczuciu całkowitej bezkarności p. Klicha, który sądzi, że zdemaskowanie jego kłamstw niczym mu politycznie nie zaszkodzi, albo też o jego pogardzie wobec obywateli, dziennikarzy i osób zainteresowanych wojskiem, których uznaje za niezdolnych do zdemaskowania jego kłamstwa”.

Wypowiedź ta miała miejsce w 2011 a Bogdan Klich podobno mijał się z prawdą na temat gotowości bojowej samolotów F-16. Słowa Ludwika Dorna o zadufaniu, bezkarności i pogardzie wobec obywateli zdają się być jak najbardziej aktualne. Osobiście burej suki ani w pierwszym, ani w drugim przypadku bym do tego nie mieszał. Niestety taki mamy dzisiaj poziom politycznej narracji i nie zanosi się żeby to uległo zmianie, zwłaszcza po zdradzieckich mordach i kanaliach.

Polowanie na czarownice

Sytuacja Afroamerykanów, bo tak chyba teraz politycznie poprawnie nazywa się dawnych murzynów czy ciemnoskórych, jako żywo przypomina mi stan w jakim znajdują się ludzie związani z tak zwaną opozycją peerelowską. Obie grupy były prześladowane całymi latami i obie wreszcie doczekały się swojej wolności. Wyzwoleni spod jarzma systemu totalitarnego czy niewolniczego w przypadku czarnych, wreszcie mogą się domagać swoich praw. Przy czym żądania czy domaganie się jakiejś wyimaginowanej sprawiedliwości dziejowej w obu przypadkach nie mają końca. Segregacja rasowa nie istnieje w Stanach od ponad pięćdziesięciu lat a demokrację ludową szlag trafił już ponad trzydzieści lat temu. Nie mniej jednak w obu krajach walka toczy się dalej. Afroamerykanie mieli już swojego prezydenta, mają sędziego w Superior Court, pełnią wiele odpowiedzialnych funkcji w rządzie federalnym i rządach stanowych. Mają swoich gubernatorów, senatorów, kongresmanów i burmistrzów. Ciemnoskórzy atleci zarabiają krocie i praktycznie zdominowali amerykański sport. W Stanach istnieje prawo dające im przywileje przy zatrudnianiu w instytucjach państwowych. Jako mniejszość mają rownież określone ułatwienia w kontraktach z państwem. Spójrzmy teraz na Polskę. Dawni opozycjoniści przejęli kompletną władzę, o którą nawiasem mówiąc biją się już tylko miedzy sobą, stworzyli aparat do ścigania peerelowskich dygnitarzy, przyznali sobie odszkodowania za swoją działalność w minionym okresie, weryfikują, decydują, wymieniają ludzi na stanowiskach według własnego klucza, który nie ma nic wspólnego z wiedzą czy kwalifikacjami. I co? I nic, w Stanach w dalszym ciagu Afroamerykanie utrzymują, że rasizm ma się tutaj dobrze. W Polsce wciąż trwa niekończące się polowanie na wybranych, nie wszystkich oczywiście, funkcjonariuszy poprzedniego systemu. Wielu z tych myśliwych wie tyle o PRL-u ile ja o kosmosie, a i w tym przypadku zapewne moja wiedza o wszechświecie ma się lepiej niż ich przemyślenia wynikające z zatrutych umysłów. Nie przeszkadza im to jednak w prześciganiu się w pomysłach zmierzających do dalszego ścigania, prześladowania, karania wszystkich i każdego, kto lub co kojarzy się władzy z demokracją ludową. Co ciekawe tej zwierzyny jest wciąż zatrzęsienie, niemal tak jak rasistów w kraju za wielką wodą. Nie przeszkadza to oczywiście, niektórym decydentom z PRL być na topie, jeśli tylko wiedzą jak użyć nadmiar wazeliny, której od zawsze mieli pod dostatkiem. Takie charaktery. W USA coraz bardziej zaczyna być popularny ruch o nazwie „alt – right”. Rzeczywiście ma on zabarwienie konserwatywno-rasistowskie, tyle że nie ma on nic wspólnego z segregacją rasową. Wielu młodych białych ludzi nie godzi się z przywilejami dla mniejszości, i wcale tu nie chodzi tylko o czarnych. Zdobycie pracy powinno wiązać się z kwalifikacjami a nie odgórnie narzuconymi procentami. Dalsze udawanie, że brak zgody na takie praktyki to rasizm mija się z rzeczywistością i doprowadza to coraz większych animozji pomiędzy ludźmi. Niestety politycy rownież w Stanach podgrzewają te nastroje, bo skłóconym narodem łatwiej jest sterować. W Polsce ludzie rownież nie dostrzegają panoszenia się „pokrzywdzonych” przez kogoś tam, kiedyś tam. A oni chcą coraz więcej dla siebie, kosztem nas wszystkich. Znaleźli zatem sobie kozła ofiarnego w w ludziach poprzedniego porządku. Dekomunizacja i deuzbekistacja to hasła, które naród ślepo polubił i nawet nie patrzy, że pod przykrywkami tych określeń, noworządzący załatwiają własne, niekoniecznie słuszne z punktu widzenia kraju, sprawy. Póki zatem to polowanie na czarownice cieszy się popytem wyborczym, póty będzie trwało. Czy wcześniej czy pózniej dzisiejsi myśliwi staną się zwierzyną łowną a ich zastąpią nowi wszystko wiedzący łowcy czarownic, ku uciesze ślepego ludu. I wychodzi mi na to, źe nasz rozwój polega na ciągłym ściganiu kogoś lub czegoś bo bez tego nie mogłaby istnieć polityka. Bo co innego mogłaby robić banda sfrustrowanych myśliwych, zwanych politykami?

Metoda na marsz pod górę

Moje wycieczki, dwa razy w tygodniu, do Cuenki, kończą się wspinaczką w drodze powrotnej do domu. Zabiera mi ona w zależności od stopnia wypełnienia plecaka zakupami, od pięćdziesięciu minut do godziny dziesięć. Odbieram to jednak jako formę fizycznego wysiłku, który zgodnie z moim przekonaniem ma wpływać pozytywnie na moje zdrowie. Jakikolwiek wysiłek w ciągu tygodnia, poza oczywiście „spacerami” do Cuenki, jest dla mnie rzeczą obcą. Nie ociągam się zatem w dnie przeznaczone na wyprawę do miasta, bo przecież zmęczenie fizyczne jest bardzo korzystne dla odpoczynku mentalnego. Nie oznacza to jednak, że gdy za oknem jest parszywie nie nachodzą mnie myśli aby dzisiaj odpuścić. Na ogół kończy się to jednak paroma przekleństwami pod adresem pogody, po czym wyciągam zwłoki spod kołdry, szybkie śniadanie i marsz w drogę. Będąc już za drzwiami jeszcze mi się nie zdarzyło abym zrezygnował, zatem to chyba jest ten punkt po osiągnięciu, którego nie pozwalam sobie na jakieś zastanawianie się na zasadnością mojej decyzji. Z drugiej strony moje wyprawy do Cuenki to rownież wizyty u mojego ajurwedyjskiego terapeuty, z których nie lubię rezygnować, co dodatkowo dopinguje mnie do nie patrzenia się na warunki atmosferyczne panujące na zewnątrz. O ile wyjście z domu to kwestia minięcia drzwi, o tyle powrót to poszukiwanie czegokolwiek w świadomości aby odwrocić uwagę od drogi pnącej się, chyba tylko aby mi zrobić na złość, cały czas pod górę. Jeśli uda mi się znaleźć jakiś temat, który pochłonie mnie bezgranicznie to okazuje się, że droga mija dość niepostrzeżenie, pomimo że i tak zabiera tę samą ilość czasu. Gorzej jest gdy szukam tematu aby odwrocić uwagę od drogi, wtedy na ogół i tak koncentruje się na drodze, co w konsekwencji powoduje, że dłuży mi się ona niemiłosiernie i chociaż dochodzę do domu mniej więcej w tym samym czasie to jednak oprócz zmęczenia fizycznego czuje rownież ból mentalny. Ostatnio odkryłem zupełnie inna metodę, która pomaga mi nie zdawać sobie sprawy z odległości jaką już pokonałem i ile jeszcze mam do przejścia. Otóż nie patrzę przed siebie, lecz tylko pod nogi. Okazuje się, że nie widząc odległości przed sobą w jakiś sposób wpływam na moje samopoczucie mentalne. Chociaż w każdym momencie wiem mniej więcej, w którym miejscu się znajduję, to jednak niewidzenie tego co jeszcze przede mną powoduje, że nie odczuwam zniechęcenia co z kolei pozwala mi utrzymać w miarę stałe tempo. Gdy tak szedłem po raz pierwszy, nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, byłem jednak mniej zmęczony po dotarciu do domu. Kolejne doświadczenia tylko potwierdziły moje spostrzeżenia. Od pewnego zatem czasu maszeruje tylko w ten sposób. Metoda ta służy mi na tyle, że gdy ostatnio wracałem z Cuenki, dodatkowo będąc pochłonięty jakaś myślą, omal nie minąłem domu. Na szczęście poznałem go w ostaniej chwili, dziwiąc się, że już jestem na miejscu.

Piłkarska drużynowa okręgówka

Fala krytyki przelewa się niemal we wszystkich mediach masowych po wczorajszym kompromitującym remisie i odpadnięciu Legii z rozgrywek pucharowych. Kraj, którego drużyna narodowa grawituje w okolicach piątego miejsca na świecie, nie ma ani jednej drużyny w fazie grupowej Ligi Mistrzów czy Ligi Europy. Nasze drużyny przygrywają z zespołami z Azerbejdżanu, Kazachstanu i Mołdawii. Powodów do dumy zapewne nie ma w tym żadnych. Po wygraniu Pucharu Polski przez Arkę byłem przerażony, sądząc, że oto po raz kolejny zostaniemy skompromitowani w rozgrywkach pucharowych przez drużynę, która w mojej ocenie była zbyt słaba aby nas w nich reprezentować. Tymczasem tylko drużyna z Gdyni pokazała charakter i omal nie awansowała do kolejnej rundy, przegrywając w doliczonym czasie. Jagiellonia to tradycyjnie drużyna na jedną rundę. Więcej napewno oczekiwałem od Lecha i zdecydowanie więcej od Legii. Obie drużyny zawiodły totalnie, przy czym Legia, która na krajowym podwórku finansowo bije każdego, zdegradowała siebie na arenie europejskiej do drużyny ligi okręgowej w wydaniu polskim. Czytam dzisiaj te wszystkie uczone wywody na temat tego co się stało, kto jest winien i jak zaradzić sytuacji na przyszłość. Nikt jednak nie mówi o jednym, a mianowicie o nowym właścicielu warszawskiej drużyny. Nie podobali mu się wspólnicy, więc odmawiał pracy z nimi aż dopiął swego. Konflikt właścicielski w Legii był wszystkim bardzo dobrze znany, nie ma zatem sensu do niego wracać zwłaszcza, że już go nie ma. Drużyna z Łazienkowskiej ma już tylko jednego właściciela i to jego wizja zbiera dzisiaj owoce. Nie wiem oczywiście ile wspólnego z nim miała masowa ucieczka wszystkich lepszych piłkarzy z Warszawy, fakt pozostaje faktem, że nieumiejętność ich zatrzymania w stolicy obciąża przede wszystkich jego. Żal mi oczywiście Jacka Magiery bo to wschodząca gwiazda trenerska i mam dla niego wiele szacunku i uznania za to czego dokonał w ubiegłym sezonie. Jeśli jednak odbiera mu się połowę drużyny i oczekuje od niesprawdzonych następców podobnych rezultatów to ktoś chyba uległ poważnemu wypadkowi z obrażeniami głowy włącznie. Pieniądze jakie dzisiaj zarabiają przeciętniacy piłkarscy już dawno tak im namieszały w głowach, że każdemu z nich wydaje się, że jest gwiazdą. Boisko oczywiście to weryfikuje, jak właśnie w przypadku Legii. Wciąż jednak, od strony finansowej, chyba lepiej być kiepskim piłkarzem niż fachowcem w innej dziedzinie. Piłka jak i zresztą większość dyscyplin sportowych to dzisiaj chory produkt, który utrzymywany jest na sztucznych aparatach oddechowych chyba tylko po to aby odwrocić naszą uwagę od reszty brudu jaki toczy dzisiejszy świat. I udaje się to znakomicie tym nowoczesnym twórcom igrzysk dla ludu, bo ciagle przeciętny kibic wierzy, że w sporcie wygrywa lepszy. Chyba jednak coraz częściej bogatszy. 

 

Dobry dowcip, zawsze aktualny

Rodzina mojej szanownej rodzicielki pochodzi z krakowskiego. Większość z nich z ojcowskiej wioski osiedliła się w Krakowie. Mam zatem w tym mieście sporą ilość kuzynostwa, które odwiedzam od czasu do czasu. Po wyjeździe z Polski więzi się trochę rozluźniły, co nie znaczy, że pozapominaliśmy o sobie. Ewa, córka brata mojej mamy, odwiedziła mnie nawet w Stanach, dzięki czemu nasze kontakty zdecydowanie się zacieśniły. Jej mąż, poza tym, odegrał znaczącą rolę w moim wyjeździe, jest zatem co wspominać i do czego wracać. Właśnie podczas takich odwiedzin u nich wpadła mi w oko na ich półce książka pod tytułem: „Absurdy PRL-u. Antologia”. Oczy moje zaświeciły się na jej widok na tyle wyraźnie, że ukrycie tego faktu było niemożliwe. Sam zresztą spytałem o możliwość jej zakupu. Jacek, mąż Ewy, to ktoś o ponadprzeciętnym poczuciu humuru, stwierdził, że nawet gdybyśmy tą pozycje znaleźli w księgarni, to zapewne nie byłaby ona na moją kieszeń, w związku z czym  oboje z Ewą chętnie mi ją podarują. W ten sposób stałem się jej posiadaczem. Dwutomowe wydanie zalegało na mojej półce przez chwile, bo tak się złożyło, że właśnie znowu zaczęliśmy się przeprowadzać. Tego roku wreszcie przypomniałem sobie o niej i przywiozłem ją do Ekwadoru na długie samotne dnie. Właśnie skończyłem jej lekturę i muszę przyznać, że dobry dowcip nigdy nie traci swej ważności. Dlatego postanowiłem parę kawałów na temat PRL-u przeszmuglować tu na mojego bloga, bo wydają mi się bardzo aktualne. Oto kilka przykładów:

-W parę miesięcy po wojnie, kiedy już przeprowadzano reformę rolną i znacjonalizowano przemysł, spotykają się dwaj gospodarze. – I co sąsiedzie, co sądzicie o tych przemianach? – Cóż, kwiat zdechł, gówno zakwitło, westchnął gospodarz.….Hm, wojny, co prawda, dawno już nie było, obawiam się jednak, że efekt reform będzie bardzo podobny. 

-Radziecka aktywistka po śmierci zabłądziła do nieba. Tam zachciało jej się siusiu. Święty Piotr radzi jej, by zrobiła to za najbliższą chmurką. W chwili gdy ukryta za chmurką podnosi spódnice do góry, słyszy oklaski. Opuszcza kieckę i idzie za drugą chmurkę, ale i tu dolatują do niej oklaski, gdy podnosi spódnicę. Za trzecią i czwartą chmurką dzieje się to samo. Wraca więc zaniepokojona do świetego Piotra i pyta, o co chodzi. -Jesteśmy właśnie nad Polską – słyszy w odpowiedzi – a tam każdej radzieckiej dupie klaszczą….Taka była prawda. Jeśli jednak w miejsce radziecka wstawimy amerykańska to będziemy bardzo blisko dzisiejszej prawdy. 

Straż miejska rewiduje górala. W jednej torbie miał on kilkadziesiąt gipsowych główek Lenina. W drugiej torbie trochę większe, w trzeciej duże, a w czwartej dwie ogromne opatulone w watę. -Po co to wam? Jak to po co? Mam strzelnicę – odpowiada góral. -A to jako cel, czy jako nagroda? A to już sobie sam, panoczku, pomyślcie!…..i kogo by tu tak w miejsce Lenina? 

Będę od czasu do czasu wracał do tej pozycji, dla śmiechu ma się rozumieć.

Muzyczny przerywnik

Nie wszystkie filmy z mojej skarbnicy robią na mnie natychmiastowe wrażenie. Przy tej ilości, trudno zresztą aby każdy z nich był tym z najwyższej półki. Zdarza się czasami, że sam film nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ma coś w sobie co trudno początkowo określić. Dopiero po kolejnym oglądnięciu coś tam dociera do widza. Takim właśnie filmem jest „Song to Song”, którego akcja rozgrywa się w środowisku muzycznym. Zasadniczo trudno to co się w nim ogląda nazwać akcją i jak już wspomniałem, po pierwszym obejrzeniu tego obrazu ma się ochotę odłożyć go gdzieś na półkę z filmami, do których nie warto wracać. I ja miałem taki zamiar, bo to generalnie nie jest typ filmów, których oglądanie sprawia mi przyjemność. Coś jednak ciągnęło mnie aby bez emocji jeszcze raz go obejrzeć. Tym czymś była muzyka. Musiało jej być w filmie bardzo dużo, bo przecież toczy się on w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, od tekściarzy, przez wydawców i producentów po wykonawców. Wsród utworów znalazł się rownież Angelus skomponowany przez Wojciecha Kilara i wykonany przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. To otwór o charakterze zdecydowanie poważnym i niosącym w sobie jakieś przesłanie. Różnorodność gatunków muzyki jest olbrzymia, bo obok powyższego można usłyszeć Patti Smith, Boba Dylana czy Iggy Pop. Sporo też można domyśleć się na temat tego środowiska, słuchając rozmów z powyższymi wykonawcami. Ich życie mniej więcej sprowadza się do egzystencji od czegoś tam do czegoś tam. Od przeboju do przeboju, od dziewczyny do dziewczyny, od piosenki do piosenki, od działki prochów do działki prochów, od koncertu do koncertu. Przystanki między tymi wszystkimi „od – do” wypełnia pustka, kompletna nicość. Bezsens rockandrollowego życia widać u zmierzchu kariery. Zniszczone twarze, bohaterowie nie potrafiący żyć bez tego tempa, chociaż ich czas minął. Ciężkie to wszystko i przygniatające. Gdzieś w trakcie filmu usłyszałem utwór, który nie dawał mi spokoju. Musiałem go odnaleźć, żeby posłuchać w całości. Zajęło to trochę czasu, bo nie znałem ani wykonawcy ani tytułu. W końcu jednak odkryłem sprawcę mojego „poruszenia”. Okazał się nim Geoffrey Oryema a utwór, który pojawił się w filmie to „Makambo”. Nie znałem wcześniej tego artysty, tym bardziej zatem cieszy mnie obejrzenie tego filmu. Nie jest to zapewne muzyka dla każdego i na każda okazję. Ma w sobie jednak ten spokój, który przy zamkniętych oczach pozwala przenieść się tam gdzie czujemy się dobrze. Film jest dla wytrwałych, „Makambo” polecam każdemu, tylko nie zapomnijcie zamknąć oczu.

Dawnych czasów wspomnień czar

Gdy tak spojrzę wstecz na moje przypadki, to wychodzi mi, że chyba niewiele ludzi przeprowadzało się równie często. Jako dziecko nie miałem oczywiście wpływu na decyzje rodziców. Potem jako dorosły, rożne przypadki powodowały, kolejne zmiany zamieszkania, włącznie z przeprowadzkami interkontynentalnymi. Nysa to moje rodzinne miasto i z nim wiąże się większość moich nastoletnich dni. Co ciekawe ów gród nad Nysą Kłodzką nie miał żadnych historycznych związków ani z rodziną rodzicielki, ani z rodziną ojca. Po wojnie ludzie się przemieszczali i tak w tamte okolice trafili jacyś bliżsi i dalsi powinowaci moich rodziców. Mieszkając zaledwie do końca szkoły podstawowej w Nysie , i tu zdążyliśmy zmienić miejsce zamieszkania. Ilekroć rozmowa z moją rodzicielką zejdzie na temat tamtych czasów, zawsze pojawia się w niej niezadowolenie z powodu wyprowadzki. Szczególnie obecnie, sądzi ona, że gdybyśmy tam pozostali to być może i ja byłbym w Polsce. Starsi ludzie mają to do siebie, że chcieliby mieć swoje dzieci pod ręką, a mnie tymczasem wygnało w świat. Czasu cofnąć się nie da, po Nysie pozostały już tylko wspomnienia. Niespodziewanie, parę lat temu, dzięki Naszej Klasie, udało mi się nawiązać kontakt z kolegami i koleżankami z podstawówki. Mieliśmy nawet zjazd i być może będą następne. Dobrze było wrócić na stare śmiecie. Dobrze było ich wszystkich zobaczyć i przemaszerować jeszcze raz znanymi ulicami. Czasu jednak nie było zbyt wiele, a moje wspomnienia to przede wszystkim podwórko, na którym spędzałem cały wolny czas. W okresie wakacji naszym ulubionym miejscem było kąpielisko miejskie. Dzisiaj mówią na to basen, lecz w Nysie to było miejsce wyjątkowe. Ów przybytek położony był już na peryferiach miasta, stąd mógł on zajmować relatywnie spory obszar. Niecodzienność tego kąpieliska polegała na jego wyglądzie. Otóż nie był to basen typu betonowy prostokąt. Miał on bardziej wygląd stawu, tyle że woda w nim była filtrowana a zatem zawsze była czysta. Kąpielisko było w kształcie owalnym i sądzę, że jego długość była pewnie w granicach stu metrów, a szerokość pewnie z pięćdziesiąt. Po jednej stronie do wody wchodziło się po betonowej nawierzchni, i tu głębokość wody zmieniała się dosyć gwałtownie. Z drugiej strony można było się czuć jak nad morzem, bo cała długość była wysłana typowym piaskiem plażowym. Z tej strony wejście do wody było bardzo łagodne. Tu bawiło się większość dzieci, których plac zabaw był ograniczony belkami, za którymi mogły one przebywać tylko w obecności rodziców. Spędzaliśmy więc na nim większość wakacyjnych dni, podczas gdy rodzice byli w pracy. Długo miałem problemy z nauką pływania. Chcąc jednak uczestniczyć w zabawach z kumplami nie było innego wyjścia jak rzucić się na głęboką wodę, co w końcu uczyniłem łykając jej pokaźne rozmiary. Opłaciło się jednak, bo wreszcie mogłem wziąć udział w rozrywkach na głębokiej wodzie z zabawą w ganianego na czele. Specyficzna uroda tego miejsca i to co tam przeżyliśmy jako podwórkowa grupa, to chyba najfajniejsze wspomnienia z tamtych czasów. To tu poznałem mojego kolegę z klasy z moją pierwszą „narzeczoną” a on mi ja potem odbił. Co gorsza pożyczyłem jej zeszyt ze zdjęciami Winnetou, którego już nigdy mi nie oddała a trzeba wiedzieć, że mój zbiór był dość pokaźny i wszyscy wtedy te fotosy zbierali. Cóż młodzieńcze zakochania bywały dosyć bolesne. Po latach będąc na wycieczce po Stanach ze znajomymi z Polski, okazało się, że takich jak ja, dzieci Winnetou, jest wciąż wiele. Wojtek podobnie jak ja znał wszystkie główne postacie książek Karola Maya, co zapewne ułatwiło nam wzajemne poznanie. Mając trochę po dziurki w nosie, naszych polityków i generalnie polityki, pomyślałem sobie, czemu nie spisać tych dni, które niekoniecznie były aż tak jednokolorowe, jak ma dzisiejsze zabarwienie słowa komuna. Zatem pozdrawiając wszystkie blade twarze z Wojtkiem na czele, z krainy Inków polecam się pamięci czytelników.

„Gała” wkracza na scenę

Krajowe rozgrywki w kopaną nabierają tempa. Anglicy i Francuzi już wznowili swoje ligi a w tym tygodniu stanie się podobnie w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. Kanały sportowe w Ekwadorze przepełnione są zapowiedziami zbliżających się transmisji. Trudno nie wiedzieć zatem kto z kim, gdzie i kiedy będzie grał, i który kanał pokaże dany mecz. Rownież ostatnia runda rozgrywek pucharowych, przed podziałami na grupy jest tutaj pokazywana na żywo. Ostatnio zdecydowałem się na Napoli kontra Nicea, oczywiście ze względu na naszych. Mecz nie był wielkim widowiskiem ale uświadomił mi, że chociaż zawody miały miejsce w Europie to szczególnie drużyna francuska nie bardzo przypominała klub ze swojego kraju. Mało tego, że większość zawodników to piłkarze ciemnoskórzy, to dodatkowo na koszulkach reklama w języku azjatyckim. Nie wiem ilu kibiców wiedziało lub wie kto jest sponsorem Nicei, mnie bez wątpienia nie udało się odszyfrować tej zagadki, bo i po co. Z potrzeby gotówki, która obecnie zdaje się znajdować przede wszystkim w Chinach i w krajach arabskich, każdy sprzedaje się byle komu, żeby tylko zapewnić sobie potrzebne fundusze na coraz droższych piłkarzy. Wcale by mnie nie zdziwiło jeśli za parę lat jedna z zachodnich lig będzie sponsorowana w całości przez Chiny lub Katar i miała w swojej nazwie coś z tamtych stron. Nie byłbym rownież zaskoczony jeśli wkrótce napisy na koszulkach będą rownież tylko w tych językach. Oni kupują, Europa sprzedaje, boimy się uchodźców ale jeśli kwota jest konkretna to sprzedadzą wszystko i każdemu. Pokraczne te dzisiejsze czasy i niekiedy trudno się dziwić, że z nacjonalistów robi się patriotów. Miało być jednak o sporcie. Pięć najważniejszych lig staje się coraz bardziej przewidywalne. W Niemczech rządzi Bayern, chociaż Dortmund stara się zamieszać i być może w tym sezonie mu się uda, bo w Monachium chyba nie bardzo mają pojęcie jak zażegnać kryzys. We Włoszech Juventus też chyba nie będzie miał jeszcze w tym sezonie problemów z ponownym zdobyciem mistrzostwa. We Francji katarskie PSG po ostatnich wzmocnieniach nie da większych szans Monaco. W Hiszpanii Real albo Barcelona to jedyna niewiadoma. Z tej perspektywy Anglia wydaje się być najciekawsza. Tutaj wszystko jest możliwe chociaż podział trofeów powinien się odbyć między Londynem i Manchesterem. Dzięki jednak wyrównanej stawce Premier League wydaje się być najciekawsza. Tutaj rownież walczy między sobą czołówka najbardziej znanych trenerów co powoduje dodatkowe atrakcje. Nasze krajowe podwórko to niestety bryndza. Jeszcze pare lat temu Legia w dwumeczu z Celtikiem rozniosła Szkotów sześć do jednego. Dzisiaj ci Szkoci zdemolowali pogromców Legii co świadczy, że nasza eksportowa drużyna cofnęła się. Jeśli jednak po sezonie sprzedaje się połowę drużyny, podobnie jak Lech i Jagiellonia, to nie ma się co dziwić, że efekt jest taki jaki jest. Cała nadzieja w reprezentacji. A ta już za dwa tygodnie wznowi rozgrywki eliminacyjne do mistrzostw świata. Mecz z Danią w Kopenhadze będzie najtrudniejszym tej jesieni. Stać nas na pewno na wygranie ale łatwo nie będzie. I tak piłka będzie rządzić przez najbliższe tygodnie i nie mam nic przeciwko temu. Chyba lepiej nie używać słowa „rządzić”, bo może się to nie spodobać sprawującym władze, a stąd już tylko krok do reform i ustaw, np, że prezesem klubu może być tylko wybrany w drodze konkursu członek przewodniej siły narodu.