Dirty Dancing- Bis.

Podziwiam reżyserów czy innych twórców filmowych, którzy podejmują się swojej wersji obrazu, który stał się produkcją kultową. Jest takich filmów zapewne wiele ale tylko, niektóre mają w sobie to coś szczególnego co powoduje, że zmierzenie się z nim będzie powodować porównania z oryginałem. Jednym z takich właśnie filmów jest „Dirty Dancing”. Lubię filmy taneczno – muzyczne bo mają w sobie dużo relaksu a sam taniec w wykonaniu prawdziwych artystów to jest coś niepowtarzalnego. Gdy więc zobaczyłem na półce z filmami znajomy mi tytuł nie miałem żadnych oporów z jego zakupem. Nie wiedziałem jeszcze, że to będzie dokładnie ten sam scenariusz, a wręcz odwrotnie sądziłem, że to będzie coś związanego z oryginałem albo mającego wspólny mianownik w postaci prowokacyjnych układów tanecznych. Byłem w błędzie, film bowiem to kalka pierwszej jego wersji, aczkolwiek nie do końca. Trzeba mieć silna wiarę w siebie samego aby podjąć się niezapomnianej roli Patricka Swayze. To co pokazał on w swoim występie sprzed wielu lat to klasa sama w sobie pod każdym względem. Bliżej mi nieznany Colt Prattes zagrał nauczyciela tańca a jego partnerką była rownież widziana przeze mnie po raz pierwszy Abigail Braslin. Różnice zewnętrzne, nie mówiąc o sposobie poruszania się, już na samym początku zniechęcają do filmu. Ja jednak jestem wytrwały i obejrzałem go do końca. Żal mi niemal wszystkich odtwórców głównych ról bo żaden z nich nie jest w stanie wytrzymać porównania z doskonałą obsadą sprzed lat. O ile oryginalny „Dirty Dancing” w swoich układach tanecznych miał ten bardzo specyficzny erotyczny klimat o tyle, pomimo tych samych układów, nie da się go wyczuć w tej produkcji. Bo nie ma możliwości zrobienia czegoś lepiej niż zrobił to Patrick Swayze i Jennifer Grey. Film jednak nie jest całkowitą kopią oryginału. Szereg wątków zostało zmienionych i szczerze mówiąc pod tym względem warto było czekać do końca bo końcówka jest zupełnie inna i nieoczekiwana. Przesłanie oczywiście pozostaje takie same chociaż pokazane inaczej. Nie uważam siebie za żadnego krytyka filmowego, mimo to nawet dla mnie jest bezdyskusyjne, że oryginał i w tym przypadku okazał się niedoścignionym wzorcem. Warto było jednak to obejrzeć chociażby aby przypomnieć sobie o zbyt wcześnie zmarłym Patricku Swayze. Powoli on i jego role odchodzą w zapomnienie a szkoda, bo miał on w sobie to coś szczególnego i specjalnego co nie jest dane każdemu aktorowi a jego role właśnie w „Dirty Dancing” czy „Ghost” to klasyka kina.