O podmarzaniu na równiku.

Z zainteresowaniem czytam informacje pogodowe z Polski i sam nie wiem zazdrościć czy też może raczej nie. Temperatury dochodzące do czterdziestu stopni nie brzmią aż tak radośnie, nawet dla kogoś kto uwielbia słońce. Entuzjaści gorącej planety muszą wziąć pod uwagę ostrzeżenia oraz stopień zagrożenia przed nadmiernym przebywaniem na zewnątrz, ogłoszone przez instytut meteorologiczny. Z drugiej strony, na półkuli południowej, rownież w Ekwadorze, niespodziewanie mamy do czynienia z dosyć chłodną pogodą. Anomalia pogodowe w tym roku zdają się nie mieć końca. Najpierw w porze deszczowej opady, które na ogół maja charakter przelotny, w tym roku zafundowały nam ilości, które ostatni raz notowano trzydzieści lat temu. Gleba była tak nasączona wodą, że odmawiała jej dalszego przyjmowania. Padało wyjątkowo długo i wyjątkowo często. Po kilku tygodniach relatywnie przyjemnej i słonecznej pogody ponownie się zachmurzyło i chociaż nie pada to jednak temperatury spadają do granic nienotowanych w tym rejonie. Polska znalazła się na przeciwnym biegunie temperaturowym, przy czym wysokość wskazań termometrów i tu jest ewenementem historycznym. Jedni śmieją się z tego całego zamieszania pod hasłem „globalne ocieplenie”, inni natomiast nie przestają straszyć konsekwencjami dalszego lekceważenia tego tematu. Kto ma rację w tej debacie, trudno wskazać, bo stopień  zakłamania wszystkich i każdego,  tam gdzie w grę wchodzą pieniądze przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Donald znad Potomac wypiął się na ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Donald z Brukseli, reprezentujący stanowisko Europy, uważa to za błąd. Obaj robią to niby z innych powodów lecz dzięki ich decyzją ktoś po obu stronach barykady staje się bogatszy. Przeciętnemu śmiertelnikowi powoli zaczyna być obojętne czy stanie się, niczym Louis de Funes, hibernatusem, czy też dopadnie go rak skóry, bo w obu przypadkach czeka go wyprowadzka z tego świata. Mogę tylko przypuszczać, że wielu odpowiadałoby się za hibernacją i powrotem do świata stworzonego w „Seksmisji”, niestety nie ma na to na razie dowodów. Jeśli nawet są, to zapewne hibernacja nie będzie dla przeciętnego Kowalskiego. Tak czy inaczej efekty miliardów wydawanych na walkę z klimatem zdają się być mizerne. Przyroda wie swoje i póki co nie wyglada na to abyśmy mogli coś w tej materii zmienić. Dlatego ja podmarzam na równiku a w Polsce mamy afrykańskie upały.

Reklamy

Miłego odbioru

Wojna polsko-polska przybiera na sile. Miałem użyć słowa niespodziewanie, ale chyba nie miałoby zastosowania w tym przypadku, bo bardziej sensowne byłoby „zgodnie z planem”. Do tej pory były w niej jednak tylko dwa fronty. Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, no właśnie, niespodziewanie pojawiła się trzecia siła w tym konflikcie. Wszystko wyglada na to, że prezydentowi znudziła się rola biernej osoby podpisującej tylko dokumenty podrzucone mu na biurko. Szkoda, że to rozbudzenie nastąpiło,po dwóch latach, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale. Wygląda zatem, że będziemy mieli trzy siły walczące przeciw sobie bo chociaż Andrzej Duda postawił się swojemu obozowi to zapewne z opozycją mu też nie jest po drodze. Jak się nad tym dobrze zastanowić to istnieje jeszcze czwarta strona tego zamieszania, na razie mało widoczna lecz siła, która może odegrać jakąś tam rolę w przyszłości. Donald Tusk marginalizowany przez obecna ekipę, chociaż bliżej mu do opozycji to jednak zdaje się nie być zainteresowany współpraca z Platformą. Tak się wykłóciły te nasze oszołomy, że już kompletnie niewiadomo czy ktoś jeszcze chce z kimś współpracować. Chociaż sytuacja w Polsce bardzo mnie interesuje to zdaje sobie sprawę, że słabo znam nasza scenę polityczną. Dlatego z powyższych sił, które ją zdominowały, żadna nie robi na mnie pozytywnego wrażenia. Będzie bardzo ciekawe jak dalej rozwinie się współpraca na linii prezydent – rząd a raczej prezes chociaż cieszy, że ten pierwszy postanowił wsadzić nogę miedzy drzwi i futrynie,  to jednak swoim postępowaniem nie pokazał niczego co mogłoby pozwolić przypuszczać, że oto powstał nowy lider dążący do prawdziwego zjednoczenia. Z komentarzy widać, że prezes wciąż nie traktuje go zbyt poważnie i chyba słusznie. Ma przecież do pomocy, drugi równie ciemny charakter jak on, który ukrywa się pod ksywą „ojca dyrektora”. Ten już dawno zakazał swoim słuchaczom myślenia i jednocześnie nakazał im przyjmowanie jego poglądów jako bezdyskusyjnych. Tak więc dwóch geniuszy spotkało się w betonowym pomieszczeniu pewnego radia na pogawędkę a prezes nawet udzielał odpowiedzi na pytania zatrwożonych losem kraju słuchaczy. Mogliśmy się dowiedzieć, że sądy to sprawa nieskończona. Ważniejsza teraz jest przecież ustawa medialna bo to przecież media rozprowadzają nieprawdziwe informacje na temat czystych intencji rządu. Jak się uda pozbawić niechętnych władzy stacji radiowo-telewizyjnych to i wreszcie reklamy zaczną się pokazywać tam gdzie powinny. Przekaz o prawdzie tez będzie jednolity. Czyli co, koniec konfliktów? Życzę przyjemnego odbioru.

Kawalerskie żale

O prezesie będzie to opowieść

Którą wszystkim pragnę dowieść

Że nie każdy jest stworzony

Aby nie posiadać żony

Każdy bowiem ma marzenia

Je w rodzinie trzeba zmieniać

On jej jednak nie ma wcale

Więc na naród przeniósł żale

Że tak bardzo mu brak

 

Sekretarza pierwszego,

Człowieka wielkiego

W partii jedności

I w Sejmie zgodności

Dziury budżetowej

Armii na wszystko gotowej

W więzieniu opozycji

I dzielnej milicji

Wystąpień politycznych 

Zamieszek ulicznych

Wielkiego brata

I małego fiata

 

Kiedy schodzi do piwnicy

W serca swego okolicy

Taką dziwną czuje pustkę

Sięgnąć musi więc po chustkę 

Aby załzawione przetrzeć oczy

Bo na niego dziś się boczy

Niemal każdy na ulicy

Że on nie ma połowicy

I dlatego tak bardzo mu brak

 

Sekretarza pierwszego,

Człowieka wielkiego

W partii jedności

I w Sejmie zgodności

Dziury budżetowej

Armii na wszystko gotowej

W więzieniu opozycji

I dzielnej milicji

Wystąpień politycznych 

Zamieszek ulicznych

Wielkiego brata

I małego fiata

 

Kiedyś pragnął być aktorem

Dzisiaj mylą go z potworem

A on pragnie tylko dobra

I teatru z serii kobra

Przecież to jest tak niewiele

Że chce zostać przyjacielem 

Wszystkich takich ludzi

Co dla niego chcą się trudzić

I dlatego mu brak

 

Sekretarza pierwszego,

Człowieka wielkiego

W partii jedności

I w Sejmie zgodności

Dziury budżetowej

Armii na wszystko gotowej

W więzieniu opozycji

I dzielnej milicji

Wystąpień politycznych 

Zamieszek ulicznych

Wielkiego brata

I małego fiata

 

I gdy patrzy tak do tyłu

Z jego marzeń oprócz pyłu

Nic a nic nie pozostało

Co się stało, co się stało?

Wszystko stracił z własnej woli

Bi nie umiał się wyzwolić

Żeby stanąć przeciw sobie

I odrzucić żale wrogie

Że tak bardzo mu brak

 

Sekretarza pierwszego,

Człowieka wielkiego

W partii jedności

I w Sejmie zgodności

Dziury budżetowej

Armii na wszystko gotowej

W więzieniu opozycji

I dzielnej milicji

Wystąpień politycznych 

Zamieszek ulicznych

Wielkiego brata

I małego fiata

 

 

Na motywach „Kolorowe Jarmarki”

 

Ot i niespodzianka

Różnorodność języków przestała mnie dziwić w Cuence. Dominuje oczywiście hiszpański a zaraz po nim na każdym kroku można usłyszeć kogoś mówiącego po angielsku. Ostatnio do Ekwadoru, a zatem i tutaj, emigruje bardzo wiele osób z objętej konfliktem Wenezueli. Populacja mieszkańców z tego kraju rośnie z dnia na dzień i są to przede wszystkim uchodźcy. Ich asymilacja nie stwarza problemów bo kulturowo i językowo różnice są minimalne. Dla kogoś biegłego w hiszpańskim łatwo jest rozróżnić wymowę kogoś z Wenezueli od lokalnego mieszkańca. Mi jeszcze wiele do tego brakuje ale powoli dostrzegam ten inny sposób wymowy. Tak czy inaczej nie nadaje się wciąż do rozmowy po hiszpańsku bez względu na kraj pochodzenia mojego dyskutanta. Nie pomaga mi w nauce języka fakt, że większość moich lokalnych znajomych mówi po angielsku i wolą porozumiewać się ze mną używając tego języka niż zgadywać o co tak naprawdę mi chodzi. O ile jeszcze parę lat temu ciężko było znaleźć kogoś ze znajomością zachodniego języka o tyle, zgodnie z najnowszymi danymi, do kraju powróciło z emigracji wielu Ekwadorczyków, którzy zakładają małe firmy, przede wszystkim gastronomiczne, a swoją znajomością innego języka przyciągają niekumatych hiszpańskiego, turystów. Słyszałem, będąc ostatnio w małej kawiarence, że kelner porozumiewał się z klientem po francusku. Nie ulega watpliwości, że turystów do Cuenki zjeżdża coraz więcej, zatem i ilość języków przestaje zaskakiwać. Czasami jednak zdarza się taki moment, w którym na człowieka spada coś tak niespodziewanego, że przez chwilę sam nie jest pewny co się stało. Przydarzyło mi się to ostatnio w trakcie zakupów w miejscowym supersamie. Ten rodzaj aktywności nie należy do moich ulubionych. Sklepy generalnie mnie męczą, poza tymi, które rozprowadzają filmy, w tych mogę spędzić całkiem sporo czasu. Do sklepu spożywczego wpadam z listą, wiem mniej więcej co gdzie jest, pakuje na wózek i wynocha. Im dłużej się po tym przybytku kręcę tym bardziej prawdopodobne jest, że coś mi wpadnie w oko, na ogół z wyrobów czekoladowych, i znowu nie będę sobie potrafił odmówić. Zatem wpadam, biorę to co mówi kartka i tak szybko jak to możliwe uciekam byle jak najdalej od stoiska ze słodyczami. Będąc zatem mocny skoncentrowany na swojej liście, mało zwracam uwagę na otoczenie. Znalazłszy się na stoisku piekarniczym, pakując pieczywo, nagle doszedł mnie dźwięk obcego języka, który zdał mi się znajomy. Jeszcze całkiem nie dotarło do mnie skąd go znam, bo przecież na mojej liście po bułkach następna była już kasa i w nogi. Chwilę jednak potem znowu ktoś przemówił i znowu zdało mi się to zrozumiałe. Olśnienie przyszło juz moment pózniej, to był nasz rodzinny, czysty polski. Okazało się, że spotkałem małżeństwo, które mieszka w okolicach Cuenki już od dziewięciu lat. Zadomowili się i nie myślą o żadnych zmianach. Nie wiem za bardzo jak to się stało ale chyba tylko z nadmiaru wrażeń nie wymieniliśmy się żadnym numerem telefonu czy inną formą kontaktu. Znam już paru innych Polaków ale to był pierwszy raz, że i on, i ona byli rodakami. Czy się jeszcze spotkamy? Zobaczymy. Jestem zwolennikiem wiary, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może zatem nie jest nam pisane nawiązanie kontaktu? Czas pokaże.

Jadą wozy luksusowe.

Jadą wozy luksusowe kolumnami

Przepełnione w środku są vipami

Którzy na pokładzie mają swoje wróżki

Co im snują opowieści do poduszki

O tym ile mają jeszcze do zrobienia

Aby spełnić wszystkie królewskie marzenia

 

Bo królowi zda się wiecznie mało, nigdy dość

Władza dlań jest najważniejsza, niczym dla psa kość

Tylko taka, żeby on stał na uboczu

Bo po prawdzie strach przed ludźmi bije z jego oczów

 

Jadą wozy luksusowe kolumnami

Chciałby prezes zabrać się wraz z wami

Ale pełne obaw ma swe spodnie

Schował się więc za głupszymi, bo tak mu wygodniej

Niech się inni narażają i oddają jemu hołd

Za to zgodził się wypłacać im państwowy żołd

 

Bo królowi zda się wiecznie mało, nigdy dość

Władza dlań jest najważniejsza, niczym dla psa kość

Tylko taka, żeby on stał na uboczu

Bo po prawdzie strach przed ludźmi bije z jego oczów

 

Już był prawie gotów z nimi na wycieczkę

Gdy jego poddany z granatu wyciągnął  zawleczkę

Teraz miast po kraju jeździć wraz z kotami

Znowu nie wie co ma zrobić z krnąbrnymi sędziami

Także prezydentem co śmiał mu postawić weto

On wraz z jego doradcami odpowiadać będą za to przeto

 

Bo królowi zda się wiecznie mało, nigdy dość

Władza dlań jest najważniejsza, niczym dla psa kość

Tylko taka, żeby on stał na uboczu

Bo po prawdzie strach przed ludźmi bije z jego oczów

 

Będzie więc próbował skonfliktować wszystkich ludzi

Bo ze snu o swej potędze nie chce się obudzić

Jeśli zatem chcemy aby w kraju było jak w piosence, kolorowo

Przeciw chorej władzy trzeba stanąć z podniesioną głową

Tylko wtedy rownież u nas będzie błękit oraz fiolet

Jeśli wspólnie podzielimy nasze dole i niedole

 

I niech król nie myśli, że on zrobić może nam na złość

Zamiast władzy od nas dostać może tylko kość

I niech o nią, ze swą świtą walczy razem z psami

Miast podniecać się swoimi o potędze snami.

 

 

Na motywach „Jadą wozy Kolorowe”

Drugie dno.

Jak Polska długa i szeroka, większość odetchnęła z ulgą na wieść o wecie prezydenta dotyczącego dwóch ustaw na temat sądownictwa. Strażnik konstytucji był jednak tak długo pod wpływem prezesa i jego partii, że pojawiają się głosy zastanawiające się nad szczerością owego sprzeciwu. Andrzej Duda nie miał takich oporów w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, który obecnie funkcjonuje już jako zakładowa organizacja partyjna ekipy rządzącej. Żadne bredzenie, że jest inaczej prezesowej tego gremium nie zmieni tego faktu. Czy zatem prezydent rzeczywiście ugiął się pod naporem presji publicznej czy to tylko taka gra aby przywrócić społeczną wiarę w funkcję jaką on piastuje? Nie da się ukryć, że potrzebował on czegoś aby przestał być ośmieszany przez opozycję, stąd może to być tylko gra z potrzeby przywrócenia jemu powagi. Partia, którą kieruje szeryf z Żoliborza jest jednak, z uwagi na swojego przywódcę, nieobliczalna. Trudno zatem nie wyobrazić sobie, że albo ten scenariusz został rozegrany zgodnie z wolą wszechwładcy, albo jeśli tak się nie stało, to istnieje na tą okoliczność wcześniej skonstruowany plan. Czy gniew wodza wobec swojego dotychczasowego poddanego jest prawdziwy? Niby to orędzie szefowej rządu było ważniejszej od prezydenckiego przemówienia do narodu dla telewizji partyjnej. To wciąż może być jednak poza i wszystkie wypowiedzi członków rządu mogą jedynie mieć na celu ukazanie Andrzeja Dudy jako samodzielnego i nie ulegającego żadnym wpływom polityka w celu podniesienia jego znaczenia. Z drugiej jednak strony jeśli to gra to pewnie trochę ryzykowna. Gdy po raz pierwszy Jarosław Kaczyński doszedł do władzy, zabrało mu niecałe dwa lata aby stracić poparcie i swoimi decyzjami doprowadzić do rozpadu rządu. Obecnie mamy bardzo podobna sytuacje. On sam jako osoba prywatna jest chyba, obok Hetmana, najbardziej znienawidzonym człowiekiem w państwie. Na taki stosunek do siebie sam sobie zapracował. Ta niechęć do niego zaczyna coraz bardziej przekładać się na brak zaufania rownież do rządu i partii. Jeśli zatem okaże się, że oba prezydenckie weta, to tylko wcześniej zaplanowana gra dla zmylenia ludzi, to po odkryciu tego faktu straty wizerunkowe dla wszystkich wtajemniczonych mogą się okazać już nie do odrobienia. Zdawać by się zatem mogło, że taki pomysł byłby szaleństwem, problem w tym, że mamy do czynienia z człowiekiem bez wątpienia szalonym. 

Powrót do przeszłości.

Karczemny marszałek Senatu, swoim zachowaniem przypominający kogoś o takim sposobie bycia, chyba nie bez powodu nosi nazwisko Karczewski. Ów czcigodny jegomość, zapewne z własnej inicjatywy, będzie próbował naprawić to co zepsuli partyjni koledzy zasiadający w ławach sejmowych. Owi naprawiacze kraju pod zbawiennym przewodnictwem rownież Stanisława z Komisji Sprawiedliwości po dogłębnej analizie wszystkich poprawek do Ustawy o Sądzie Najwyższym, których było ponad tysiąc, jeszcze tego samego dnia każdą z nich odrzucili. W swojej niewątpliwej gorliwości dla dobra kraju i w przeświadczeniu o swoich jedynie słusznych poglądach, nie zadali sobie nawet trudu aby zapoznać się z tym co odręcznie napisał wszechwładca kraju. Człowiek to jednak już wiekowy i zaczyna mieć problemy pamięciowe. Krótko mówiąc w swoim królewskim edykcie niezbyt ściśle przedstawił to co miał na myśli w jednym punkcie by zmienić to w innym. Święta komisja pod przewodnictwem pana, o równie świętym nazwisku, Piotrowicza nie wychwyciła tych uchybień, bo król jest przecież nieomylny. I tak bubel przegłosowali potęgą swoich nieomylnych posłów, bo ci pod przywódctwem posłanki o kolejnym świętym nazwisku Piotrowicz, bardziej już byli myślami przy rozdziale więziennych zesłań dla całej opozycji. Z tą jednak pomyłką pierwszy obywatel kraju ową ustawę może nie podpisać, co zdarza mu się rzadko, bo króla boi się bardziej niż diabeł święconej wody. Aby temu zapobiec marszałek Senatu ma zamiar, z potrzeby przypodobania się carowi, znowelizować ustawę tak aby ta nie stanowiła problemów przy jej podpisaniu przez prezydenta. Do tej pory nowelizacje były dokonywane przez Sejm, tyle że ten jest już na wakacjach a wszechwładca nie ma czasu i chce już, natychmiast, choćby od jutra zsyłać i wsadzać do więzień tzw: „stare upiory bolszewickie”, „ubeckie wdowy”, „oczadzonych” i „pożytecznych idiotów”. Oj będzie nam potrzeba nowych miejsc odosobnienia i to w dużej ilości. Jeśli zatem owa ustawa zostanie znowelizowana i podpisana przez strażnika żyrandola, nie mylić z konstytucją, to historia zatoczy koło. Oto bowiem dwudziestego drugiego lipca dawno temu powstał PRL zwany Polską Rzeczypospolitą Ludową, dzisiaj powstanie jego spadkobierca o identycznym skrócie. Powrót do przeszłości, idea prezesa, stanie się faktem a nowy PRL po rozwinięciu przyjmie nazwę Pisowska Przeczypospolita Ludowa. Niech się swieci dwudziesty drugi lipca. 

Polzuela i Kaczduro.

Kiedy zdecydowaliśmy, że sytuacja w Stanach zmienia się na tyle, że trzeba pomyśleć o możliwości następnej emigracji, braliśmy pod uwagę wiele czynników. Ten sentymentalny krzyczał do nas Polska. Musieliśmy jednak zastanowić się nad innymi naszymi potrzebami, z których jeden, czyli poznanie czegoś nowego, mocno o sobie dawał znać. Padło zatem na Amerykę Południową, z uwagi na klimat, koszty utrzymania no i wreszcie możliwość zaspokojenia potrzeb poznawczych. Sporo słyszałem dobrego na temat Wenezueli, ona więc stała się moim pierwszym wyborem. W USA turyści znają wyspę Santa Margarita, która na każdym zrobiła bardzo duże wrażenie. Zanim jednak wspólnie z Alicją udaliśmy się na podbój nowego kontynentu, przed nami zrobiła to nasza córka. Po powrocie z podróży po Kolumbii, Wenezueli i Ekwadorze jej zdaniem Wenezuela była najmniej zachęcającym miejscem. W tym czasie rządził tam Hugo Chavez a ceny ropy naftowej jeszcze nie były tak niekorzystne. Ówczesny prezydent był rownież bardziej otwartym człowiekiem na świat niż to mu przypisywano. Nie lubili go oczywiście w USA bo nacjonalizacja zasobów naturalnych nigdy tam nie jest po drodze władzy. Zorganizowali nawet na niego zamach i przez dwa dni pro-amerykański rząd przejął władze. Musieli jednak po czterdziestu ośmiu godzinach uciekać bo protesty ogarnęły cały kraj i Chavez powrócił do władzy. Wkrótce jednak zmogła go choroba i przeniósł się do krainy wiecznych łowów. Jego następcą, którego on sam namaścił, został Nicolas Maduro. Nie spełnił on pokładanych w nim nadziei a spadek cen głównego surowca kraju wpędził Wenezuelę w kryzys gospodarczy. Nowy prezydent nie umiał z tym walczyć ale jednocześnie nie chciał i postanowił nie oddać władzy. Rządzi do dzisiaj a kraj stacza się w tempie przyspieszonym w stan niekontrolowanego chaosu. Brakuje żywności, waluta straciła swoją wartość, protesty i domaganie się rezygnacji Maduro są na porządku dziennym. On za to wszystko oczywiście obwinia wszystkich dookoła z wyjątkiem samego siebie. W 2015 rozpisano wybory parlamentarne, które doprowadziły do klęski obozu prezydenta. Oto co na ten temat pisze Wikipedia. 

Zgodnie z przewidywaniami sondażowymi wybory okazały się klęską rządu który utracił władzę na rzecz Koalicji Jedności Demokratycznej. Rząd Maduro, utraciwszy większość w parlamencie, zaczął lekceważyć parlament i rządzić z pominięciem władzy ustawodawczej, a Sąd Najwyższy unieważniał wszystkie uchwały parlamentu i zatwierdzał dekrety prezydenta. Władze doprowadziły też do niezgodnego z konstytucją zablokowania procedury wszczęcia referendum ws. odwołania prezydenta.  Przeciw polityce rządu mieszkańcy kraju protestowali wielokrotnie, m.in. opozycyjne wiece z 26 października 2016 r. zgromadziły ok. 5 mln ludzi. 29 marca 2017 r. podporządkowany prezydentowi Sąd Najwyższy ogłosił delegalizację parlamentu pod pretekstem ignorowanie wcześniejszych wyroków i przejmując władzę ustawodawczą oraz wzywając prezydenta do ogłoszenia stanu wyjątkowego. Wyrok został przez opozycję demokratyczną uznany za zamach stanu, a parlament w odpowiedzi ogłosił, że uznał Sąd Najwyższy za nielegalny w związku z wielokrotnym łamaniem przez niego konstytucji. Od tego czasu w kraju codziennie miały miejsce demonstracje i protesty z żądaniem ustąpienia prezydenta i rozpisania wyborów, w których w ciągu pierwszych trzech tygodni zginęło 21 osób.
Czyż nie brzmi to znajomo? Posłanka Pawłowicz już zamyka w więzieniu, a poseł Kaczyński odgraża się opozycji, że „pójdzie siedzieć”. Proponuje sprawdzać sytuacje w Wenezueli na bierząco póki jeszcze nie jest za późno i nie musimy tego przerabiać na własnej skórze. Czy naprawdę chcemy Polzueli i Kaczduro?

Kaligula i konsulowie

Wygląda na to to, że mleko się rozlało. Wódz szczepu nadludzi Wielka Kopa pokazał swoją prawdziwą twarz. Prowokowany przez członków szczepów mniejszościowych wreszcie nie wytrzymał i dał się ponieść emocjom. Poszło o brata wielkiego wodza, który według niego został podstępnie zwabiony w zasadzkę, gdzie dokonano na nim wyroku. Wielka Kopa posądza o to Szczwanego Lisa, który sprawował władzę nad naszym terytorium, zanim on do niej doszedł. Niestety po wygraniu wyborów nie mógł on się dobrać do zdrajcy, bo ten czmychnął z podległych jemu terenów, przyjmując posadę Wielkiego Mędrca Bladych Twarzy. Wielka Kopa po objęciu nadzoru nad swoim szczepem, wszem i wobec ogłosił, że oto nadszedł czas fajki pokoju i pora zakopać wojenne tomahawki. Czas jednak pokazał, że on sam topora wojny zagrzebywać nie zamierzał, przygotowując się systematycznie i powoli do zadania śmiertelnego ciosu wszystkim miejscowym zwolennikom Szczwanego Lisa, do którego niestety on sam nie miał dostępu. Przestępczą działalność uciekiniera i zdrajcy miał odkryć i upublicznić zaufany wodzowi czarownik Rozjuszony Kret, znany z rycia i kopania pod innymi. Na niewiele jednak zdały się jego próby bo nie sposób było ukryć fakt, że choć nieświadomie, to jednak zasadzkę na brata sprowokował sam Wielka Kopa. Świadomość tego faktu od dawna zżera wielkiego wodza, toteż nerwy mu puściły kiedy jeden ze zwolenników Szczwanego Lisa odwoływał się do pamięci jego brata. Wywołany przed szereg naczelnik plemienia nadludzi nie bawił się w mowę pokoju, oskarżając podludzi o udział w zamachu na brata, zdradę państwa a ich zakłamane twarze porównał do bizonich mord. Blady strach padł nie tylko na elementy antyplemienne ale rownież na innych członków społeczności mniejszościowej, która w obawie przed wizją przeniesienia do krainy wiecznych łowów postanowiła pokazać wszystkim prawdziwą twarz Wielkiej Kopy. I gdyby to się działo w tamtych zamierzchłych czasach, niebo zapewne pokryłoby się sygnałami dymnymi zawiadamiającym lokalną społeczność o podłych planach Wielkiej Kopy. Dzisiaj jednak mamy telewizję dostępną każdemu i każdy mógł zobaczyć prezesa w akcji. Każdy też mógł usłyszeć co ma do powiedzenia złotousta panna Krysia z trzeciego rzędu, nie mylić z turnusem. Mamy rownież internet, na którym na temat wczorajszego wystąpienia pana możnowładcy wypowiada się wiele ludzi. Nie będę przytaczał postów na temat jego świadomości i poczytalności bo te i tak powtarzają się od wielu tygodni. Mi się bardzo podobał wpis pana Witolda Głowackiego, który porównał szefa partii i jej posłów do „Kaliguli w otoczeniu koni-konsulów”. Nic dodać, nic ująć.

Seks i frustracja

Seks i jego wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne człowieka to temat wcale nie nowy, no może poza kilkoma krajami, gdzie to jest wciąż temat tabu. W naszym kraju w okresie przewodniej siły narodu, jej materialistyczna ideologia dziwnym trafem pokrywała się ze sposobem postrzegania tej sfery życia ludzkiego z religią i rozmowy na ten temat nie były miłe widziane. Coraz więcej jednak badań naukowych udowadnia, że brak seksu wpływa bardziej destrukcyjnie na homo sapiens niż daje jakiekolwiek korzyści. Dziwnym trafem specjalistami w tej materii są rownież wyznawcy celibatu z wyboru lub z powodu powołania. Oni rownież mają wiele do powiedzenia na ten temat. Gdy nie coraz głośniejsze przypadki molestowania nieletnich to może i warto byłoby ich posłuchać. Ten jednak fakt mocno ich dyskryminuje w stawianiu tez na ten temat. W numerze 44 „Angory” z trzydziestego października ubiegłego roku w artykule „Kara za obcowanie z kurą” opisano przypadek dwudziestosześciolatka, który zgwałcił kurę, za co został skazany na dziesięć miesięcy kicia w zawieszeniu. Nie wiem i nie bardzo mogę sobie ten stosunek wyobrazić, kura jednak przypłaciła go życiem a samo zdarzenie świadczy, że seks jest w naszej naturze i czasami jego brak doprowadza do dewiacji, a czasami do zaburzeń psychicznych i rożnego rodzaju chorób. Ponieważ nie jestem specjalistą w rzeczonej dziedzinie postanowiłem się podeprzeć wypowiedziami seksuologów w tej sprawie, których nie brakuje na internecie.  Oto co udało mi się znaleźć:

Niezaspokojone potrzeby seksualne skutkują zwykle frustracją, gorszym samopoczuciem, złością, zdenerwowaniem, czasami spadkiem samooceny (czujemy się odrzuceni, samotni, nieatrakcyjni), rozdrażnieniem, irytacją, niekiedy bezsennością, brakiem apetytu czy migrenami. Jeśli chodzi o mężczyzn, brak seksu zazwyczaj skutkuje u nich konsekwencjami emocjonalnymi, np. lękiem przed tym, jak sobie poradzą w czasie intymnych zbliżeń, niepewnością, obawą co do ich umiejętności seksualnych. Warto na ten temat porozmawiać z seksuologiem. Hamowanie, czy tłumienie popędu seksualnego, który jest naszą naturalną, biologiczną potrzebą, w sferze psychicznej może powodować napięcie, stres, czy obniżony nastrój. Co jednak, kiedy na horyzoncie nie pojawia się nikt, z kim można tworzyć związek. A nie każdy chce wchodzić w przelotne romanse. Rozwiązaniem  sytuacji może być masturbacja jako zdrowa i normalna alternatywa, która pozwala osiągnąć podobny efekt fizjologiczny, co stosunek, choć nie ma takiej wartości emocjonalnej jak bliski kontakt z partnerem/partnerką.  O ile niemal każdy mężczyzna opanowuje tę sztukę już w okresie dorastania, to część kobiet nie umie tego robić, nie sprawia im to satysfakcji. Warto próbować, można skorzystać z porad w internecie albo udać się do seksuologa. Jeśli rozmowa na ten temat ze specjalistą mężczyzną jest krępująca, można wybrać seksuolożkę. Z pewnością nie uzna tego za błahy problem. Nie bez powodu mówi się o sfrustrowanych starych pannach. Rzeczywiście, niektóre samotne, czy nie mające satysfakcji seksualnej osoby, reagują zawiścią wobec młodych, okazujących sobie pożądanie ludzi, albo swoje niezadowolenie z życia odbijają sobie na innych, zwłaszcza gdy mają nad nimi władzę. Mogą działać destrukcyjnie, być wprost agresywne lub bardziej pokrętnie – zwalczać przejawy seksualności innych (np. dewotki, działacze propagujący czystość moralną, zwalczający edukację seksualną młodzieży, itd…). Bo co tu ukrywać – dla większości ludzi seks jest jednym z tych obszarów w życiu, który sprawia, że czują się kochani, upragnieni, dowartościowani i usatysfakcjonowani, nie mówiąc o rozładowaniu emocji, które ma miejsce przy orgazmie. Nadmiar codziennego stresu i frustracji nie mających nic wspólnego z seksem, jeśli nie jest ich zbyt dużo, jeśli u ich podstawy nie leżą głębokie problemy natury psychicznej, lecz są to zwyczajne życiowe utarczki, dobry seks i orgazm może od nich uwolnić, tak jak uwalnia od napięcia seksualnego”.

Stopień sfrustrowania naszych posłów i senatorów, w kontekście powyższego, każe mi sądzić, że jest coś na rzeczy. Jeśli do tego dołożymy, że lider partii i najbardziej opiniotwórcza parlamentarzystka, to zatwardziali singliści, tfu-poświęcili swoje życie dobru ojczyzny, to wnioski narzucają się same. Sfrustrowany biznesmen z Torunia, notabene rownież zwolennik celibatu, chce więcej reklam w swojej telewizji od tej dobrej zmiany, mogą być nawet podpaski i prezerwatywy, byle podbudować kiepski budżet radiostacji. To nic, że jego słuchacze z tego już wyrośli, liczy się kasa. Nie twierdzę, że brak erotyzmu w życiu prywatnym dotknął dotknął tylko singlistów, czego najlepszym przykładem jest twórca teorii spiskowych, sądzę jednak, że o czym mówią seksuolodzy powyżej, mocno daje się we znaki naszym wybrańcom. Chociaż w ich stanie zaleca się masturbacje, na tym etapie to chyba i na to jest już za późno.