Nowy prezydent i tramwaj

Wyborcze niesnaski zdają się przechodzić w Ekwadorze powoli do historii. Urzędujący od ponad miesiąca nowy prezydent Lenin Moreno rzeczywiście stara się przekonać do siebie wszystkich, włączając w to tych, którzy jeszcze parę miesięcy temu byli zdecydowanie przeciwko niemu. Po miesiącu sprawowania władzy jego poparcie, zgodnie z badaniami opinii publicznej przekroczyło sześćdziesiąt procent. Świadczy to, że nie udało się przegranemu kandydatowi do końca podzielić ludzi. Z punktu widzenia osiedlających się obywateli z innych krajów, na większe zmiany się nie zanosi. Moreno utrzymał w mocy wszystkie zmiany prawne wprowadzone przez Rafaela Correę. Z moich obserwacji wynika, że pomimo zaostrzenia przepisów imigracyjnych nadal istnieje spore zainteresowanie, wsród przynajmniej Amerykanów, aby dalej się tutaj osiedlać. Zapewne pomaga w tym nieobliczalna polityka Trumpa, który coraz bardziej daje się we znaki swoim wyborcom. Cuenca od conajmniej czterech lat boryka się z budową linii tramwajowej, która miała być jeszcze jednym ogniwem przyciągającym turystów. Budowa na początku cieszyła się popularnością, jednak wiele utrudnień spowodowanych zamkniętymi ulicami na skutek budowy doprowadziło mieszkańców do niechęci w stosunku do tej inwestycji. Zgodnie z opublikowanymi informacjami budowa potrwa o dwa lata dłużej niż się spodziewano a co za tym idzie jej koszt rownież wzrośnie. Przy wyliczeniach pomylono się o około sześćdziesiąt milionów dolarów co rownież miało wpływ na zwolnienie tempa. Z pomocą obiecał przyjść nowy prezydent, który ma wyasygnować z budżetu państwa brakujące pieniądze. Obserwuje konstrukcje linii od samego początku i nie da się ukryć, że cały ten projekt staje się coraz bardziej uciążliwy. Największym problemem są oczywiście pozamykane ulice, które negatywnie odbijają się nie tylko na ruch w centrum ale też na dochód wszelkiego rodzaju właścicieli małych butików czy innych sklepów. Na placu budowy często nie widać żywej duszy co może się wiązać z brakiem pieniędzy. Linia jednak ma i swoje pozytywne strony, abstrahując od korzyści związanych z zanieczyszczeniem powietrza. Dzięki niej odrestaurowano dwie główne ulice historycznego centrum miasta. Na dzień dzisiejszy przewidywane zakończenie budowy ma nastąpić w pierwszej połowie przyszłego roku. Jestem przekonany, że tramwaj zmieni oblicze miasta, które staje się coraz bardziej atrakcyjne turystycznie. Jednym z planów, o których mówi się coraz głośnie to włączenie Cuenki do Inka Trail, który jest bardzo duża atrakcją w Peru. Połączenie szlaków turystycznych ze szlakami u południowego sąsiada może jeszcze bardziej pobudzić zainteresowanie miastem. Póki co skończmy jednak ten tramwaj bo widok rozkopanych ulic zdecydowanie nie zachęca. Wyglada na to, że z pomocą nowego prezydenta może się to wkrótce udać.

Reklamy

Rzecz o lekarzach bez granic

Podejmując decyzje o zakupie filmu zwykle sprawdzam jego obsadę. Zakładam, że utytułowani aktorzy raczej będą stronić od szmirowatych scenariuszy. Na ogół to się sprawdza, chociaż nie zawsze. Decydując się na zakup „The Last Face” kierowałem się występującą w nim Charlize Theron, która należy do tych kilku aktorów, których filmy chętnie oglądam. Nie wiem ile historia ma wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, niemniej jednak ruch i organizacja pod nazwą Lekarze bez Granic jest bardzo dobrze znany. Warunki w jakich ci ludzie pracują i ich oddanie, nie sposób opisać. Każdego dnia są oni narażeni na poniesienie najwyższej ofiary jaką jest ich własne życie. Ilość konfliktów na kontynencie afrykańskim trudno jest ogarnąć i jednocześnie trudno pojąć ich genezę. Ludzie giną każdego dnia, konwoje pomocy humanitarnej są napadane, obozy z uchodźcami atakowane. W tych warunkach właśnie pracują lekarze bez granic. Wszechobecna bieda i życie w warunkach, które urągają naszym czasom to chyba jedno z przesłań tego filmu. Oczywiście bez romansu, który ma miejsce pomiędzy ponętną Theron i jednym z lekarzy film nie byłby ciekawy. To ta cześć filmu, w której mamy do czynienia z tak zwanymi momentami. Nie ona jednak stanowi o jego sile. Patrząc na to wszystko z mojego fotela przed telewizorem zastanawia mnie jak to się dzieje, że nie ma żadnej kontroli nad sprzedażą broni do tych miejsc, w których jej posiadanie daje niemal nieograniczoną władzę. Pozwala kilku barbarzyńcom terroryzować całe połacie kraju a żyjącą w okolicach ludność traktować gorzej niż niewolników. Tysiące ludzi ucieka przed garstką uzbrojonych bandytów, których nic nie obowiązuje, którzy za pomocą terroru przejęli władze powodując niezliczoną ilość uchodźców. Wiele tego typu filmów stara się poruszyć świat do działania i do spojrzenia na te problemy ponad partykularnymi interesami. Efekty póki co zdają się być marne, o czym chociażby świadczy wciąż narastającym problem uchodźców w Europie. Wiele z tych katastrof i dramatów ludzkich można by rozwiązać na miejscu przy wsparciu i porozumieniu możnych tego świata. Ci jednak z większą pasją są zainteresowani kreowaniem wojen nich ich unikaniem, bo przecież chodzi o strefy wpływów a konflikty zbrojne to niczym paw, z kultowego utworu Dżemu, który znosi złote jaja. Końcowy apel filmu wart jest przytoczenia w całości, szczególnie dla krajów, których rządy, chowając się za swoimi tak zwanymi wartościami nie pojmują tragedii tych ludzi. Słowu uchodźca, z racji krajów, z których oni pochodzą doczepiono łatkę potencjalnego terrorysty. Tymczasem większość nich, to wykształceni i prości ludzie, którzy podobnie jak my mają marzenia. Jeden z moich ulubionych stand-up komików, nieżyjący już, George Carlin, w jednym ze swoich skeczów powiedział, że nic i nikt nie zagraża istnieniu ziemi tak jak ludzie. Trudno się z tym nie zgodzić.

Nosił wilk razy kilka……

Aż się sam siebie przestraszyłem. Sporo miejsca w moich wpisach poświęcam wszechobecnej nienawiści, wytykając ją na lewo i prawo. A tu masz, poczułem jakąś dziką satysfakcję z powodu ukazania się książki pod znamiennym tytułem „Macierewicz i jego tajemnice”. Nie mogłem nie zadać sobie pytania na temat mojego stosunku do Szoguna. Wyszło mi, że nie może być tu mowy o żadnej nienawiści bo z usposobienia jestem raczej bardziej zwolennikiem komedii niż dramatów. Tych pierwszych nasz Hetman dostarcza mi tylu, źe o żadnej nienawiści do niego mowy być nie może. Mam nadzieje, że książki nie spalą na stosie i uda mi się zdobyć to opracowanie, na jesieni, kiedy planuje zajrzeć w rodzinne strony. Już sam tytuł i reakcja największego albo drugiego po prezesie patrioty każe sądzić, że mamy do czynienia z pozycją na styku z „Moralnością Pani Dulskiej”, co obserwując poczynania i wypowiedzi pana Antoniego jest strzałem w dziesiątkę. Zaś słowo „tajemnice”, zawarte w tytule wskazuje, że możemy mieć do czynienia z beletrystyką kryminalną, którą skądinąd też lubię. Ewidentnie jednak pozycja nie przypadła do gustu Szogunowi i postanowił zrobić to z czego już od wielu lat jest bardzo dobrze znany, czyli donieść do właściwego urzędu. Donosicielstwo zdaje się być we krwi Hetmana i zastanawiam się czy nie byłoby warto sprawdzić jak długo pan Antoni jest oddany tej działalności. Nosił wilka razy kilka, ponieśli i wilka, jak mówi stare polskie przysłowie. Szogun swoim pieniactwem zniszczył życie wielu ludziom. Niektórym się to należało, ale byli rownież i tacy, którzy nie tylko nie zasłużyli sobie na sposób w jaki ich potraktował, żądny krwi pan minister, wręcz przeciwnie, powinni być chronieni, mam tu na myśli szczególnie funkcjonariuszy wywiadu, będących poza granicami kraju, których beztrosko wskazał specjalista od obronności. Błędów, pomyłek, ślepoty w działaniu nie będę wytykał szefowi resortu, wszyscy to widzą sami każdego dnia. Wybiórczość w wytykaniu i wskazywaniu palcem innych, szczególnie tych o odmiennych poglądach, też zdaje się być znaną cechą tego pana. Bez względu na motywy powstania książki i jej zawartość, biorąc pod uwagę negatywne wizerunkowe oddziaływanie Szoguna na rząd i partię, każdy musi sobie zadać pytanie co takiego on wie, że nie można się go pozbyć. Sam zdaje się być tak przeświadczony o swojej wielkości, że raczej w zapomnienie odejść się nie zgodzi. Będzie mógł się przez chwile poczuć jak prezydent….Lech Wałęsa, osaczony przez pseudonaukowców, którzy próbują wybić się na jego oddaniu ojczyźnie. Jest w o tyle lepszej sytuacji, że ma znajomosci w prokuraturze, bo przecież jej szef to minister od sprawiedliwości i kolega z partii. Antoni Macierewicz miesiąc temu powiedział, że Lech Wałęsa był czymś najgorszym co mogło się Polsce przydarzyć. Czy aby napewno? 

Sądy i sędziowie

Ilekroć uda mi się obejrzeć jakiś dobry, w moim przekonaniu, film tylekroć za każdym razem przyrzekam sobie napisanie krótkiej opinii na jego temat. Zawsze jednak, gdy myśle od czego zacząć natychmiast słyszę w swojej głowie dialog Andrzeja Zaorskiego z Marianem Kociniakiem, który zaczynał się od słów: fajny film wczoraj widziałem, na co Kociniak z nieodpartą ciekawością pytał: momenty były? No masz – odpowiadał Zaorski najlepiej jak….i tu rozpoczynała się zabawna rozmowa na temat tego co ostatnio Andrzej Zaorski obejrzał. Mój wpis będzie jednak tylko monologiem. Film obejrzałem wczoraj. Nie wiem czy jest już pokazywanym naszym kraju a jeśli tak to warto go obejrzeć. Angielski tytuł to „Denial”, opowieść bazuje na faktach autentycznych, co zdaje się być teraz bardzo modne w kinie. Jest to opowieść o żydowskiej pisarce zamieszkałej w Stanach, która postanowiła pozwać do sądu angielskiego historyka zaprzeczającego istnieniu pojęcia Holocaust. Szczerze mówiąc i mnie ten termin męczy i denerwuje bo powoduje myślenie o II Wojnie Światowej w kategoriach tylko eksterminacji Żydów. Nie chce i nie będę zaprzeczał olbrzymich ofiar jakie oni ponieśli, jednak ucierpiały wszystkie narody a nasz kraj oprócz totalnego zniszczenia, został sprzedany w Jacie i Poczdamie, dostając się do kolejnej niewoli. Z tej traumy wielu naszych dzisiejszych wpływowych polityków wciąż nie może się wydostać. Film toczy się przede wszystkim na sali sądowej a ponieważ oskarżony jest Anglikiem więc rzecz dzieje się w Londynie. Bardzo lubię tego typu „sprawozdania” sądowe, bo pozwalają chociaż trochę zrozumieć prawo i jego kruczki, które dla przeciętnego śmiertelnika są niepojęte. Sposób prowadzenia postępowania okazał się rownież niezrozumiały dla Amerykanki, która walczy z samą sobą aby nie stracić zaufania do reprezentujących ją angielskich prawników. W doskonały sposób został pokazany angielski konserwatyzm i tradycjonalizm. Przywiązanie do pewnych zasad i reguł jak choćby herbatka o pewnej godzinie jest ważniejsza niż nawet wybuch bomby atomowej, to oczywiście takie moje uproszczenie. Prawo i jego normy zawsze mnie fascynowały, bo zdawać by się mogło, że powinno ono być jasne i przejrzyste. Jednak jego interpretacja w dużej mierze zależy od sędziego. Stara się on oczywiście patrzeć na każdy argument obu stron procesu bez emocjonalnych związków, dlatego w filmie do końca niewiadomo jaki będzie ostateczny rezultat procesu. Oglądając ten film, nie sposób jest nie skonfrontować jego akcji z tym co się dzieje w naszym wymiarze sprawiedliwości. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu czeski sędzia ichniego trybunału oskarża naszego sędziego konstytucyjnego o przemówienie pełne nienawiści, niemające nic wspólnego z wykładnią prawa a będące bardziej wynikiem zapotrzebowania administracji państwowej.  Prawo wraz ze swoimi zagmatwanymi przepisami i kategoriami zapewne nie jest czymś łatwym do ogarnięcia. Nie trzeba być jednak wielkim myślicielem aby zauważyć, ze nasza Temida stacza się po równi pochyłej i ma coraz mniej wspólnego z czymś bezstronnym i pozbawionym nacisków. Nasze sądownicze standardy przypominają bardziej te zaczerpnięte z republik bananowych niż niezawisłe i odpowiedzialne przestrzegania norm zawartych w konstytucji. Polecam zatem „Denial” choćby dlatego, aby zobaczyć jak powinien działać sąd i sędzia do niego powołany. 

Ciekawe przemyślenia pana J. K-M

Janusz Korwin-Mikke definitywnie nie należy do ludzi, których, gdybym go znał,  chciałbym zaliczyć do grona przyjaciół. Jego zachowanie i przemyślenia często sprawiają, że ma się wrażenie iż pomyliły mu się czasy, w których żyjemy. Na jego obronę trzeba jednak stwierdzić, że wielu naszym tak zwanym politykom czasy zupełnie się pomieszały, zatem pan Janusz nie jest w tym odosobniony. Swoimi wypowiedziami napewno nie zyskuje sobie zwolenników. Od czasu do czasu nad tymi jego poglądami warto się zastanowić, jak choćby nad jego felietonem, którego jak zwykle dostarczyła mi Angora. Oto on:

Dobry pies podwórzowy powinien być zły. A jaki powinien być dobry ojciec? Czy taki, który podsuwa dziecku cukierki, odrabia za niego zadania domowe, pozwala całymi dniami bąki zbijać – czy taki, który pilnuje porządku, który przyleję klapsa za nieposłuszeństwo – a za poważne wykroczenie zleje syna nawet pasem? Proszę odpowiedzieć na to pytanie….A jaki jest dobry rząd? Czy taki, który robi to, co chcą jego obywatele, przekupuje rozmaitymi dotacjami, czy jakimś 500+ – czy rząd, który pilnuje prawa i porządku, zmusza do przestrzegania nielicznych może, ale rozsądnych przepisów – a morderców posyła na szubienice? Bo każdy ma prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci – ale dla mordercy naturalna jest smierć na szubienicy, a nie we własnym łóżku! A jaki jest dobry konsument? Czy dobry konsument to człowiek, który bez protestu kupuje co mu się wciska, kupuje szybko byle co, bo mu się spieszy, jest tolerancyjny dla fuszerki – czy ten facet ( a raczej najczęściej kobieta!!), który bardzo długo i starannie wybiera towar, by kupić najlepszy i najtańszy, ujawnia wszelkie fuszerki, a w przypadku chamskiego oszustwa pozywa producenta do sądu? Bo mu się chce walczyć o swoje?! Oczywiście dzieci chcą mieć dobrego tatę, „obywatele” – miły i sympatyczny rządzik, producenci – grzecznego i potulnego konsumenta. Tylko potem wyrastają rozpuszczone szczeniaki, rozbestwieni obywatele domagający się: ” Czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”, i producenci wymuszający na rządzie, by – jeśli obywatele nie chcą kupować ich bubli – okładał cłami lub wręcz nie wpuszczał do kraju zagranicznej konkurencji? Dzieci, gdy wyrosną, zaczynaja doceniać ojca, który nie był dla nich pobłażliwy. Te, które miały ojców pobłażliwych lądują zazwyczaj w rynsztoku. I jest zupełnie obojętne, co o swoich dobrych tatusiach myślą. Obywatele po jakimś czasie zaczynaja cenić surowego króla czy silnego prezydenta. A ci, którzy mieli pobłażliwych władców, już na ogół mają innych, na ogół obcych. Przy czym, uwaga: kogo najbardziej kochali Polacy pod zaborami? Pruskiego Kajzera, Ruskiego Cara – czy przemiłego Cesarza i Króla, Franciszka Józefa? A pod jakim zaborem żyło się ludziom najgorzej? Gdzie panowała największa bieda? W Królestwie Galicji i Lodomerii – czyli właśnie w zaborze austriackim!  I warto o tym pamietać. Niestety: nie ma siły, by przekonać producentów, że jest dla nich korzystne, by konsumenci byli kapryśni. Bo jeśli konsumenci kupują wszystko, jak leci, to producenci zaczynaja produkować bez zahamowania – i potem, gdy spotkają z producentami z innych krajów, nie wydelikaconych jak laleczki – padają jak muchy. Nie da się. Równie trudno też, na przykład, przekonać sarny, że są zgrabne i szybkie – dzięki temu, że wilki co jakiś czas , jakaś doganiają i zjadają… Każdy by chciał wylegiwać się w puchu i jeść kiełbasę z cukierkami. Tylko: miłe złego początki… I dlatego producentów musimy kochać, musimy pozwalać im zarabiać – ale pod żadnym pozorem nie wolno pozwolić, by producenci ( wszystko jedno: kapitaliści czy związki zawodowe!!) mieli cokolwiek do gadania przy tworzeniu ustaw! Bo niewątpliwie ustanowią przepisy, które pozwolą im bezkarnie produkować drogo i źle. A z kim są w Polsce OBOWIĄZKOWO konsultowane WSZYSTKIE ustawy? Z pracodawcami i związkami zawodowymi!!! I przestańmy dawać się nabierać na gadaninę o „ochronie polskiego przemysłu”. Musimy być surowymi konsumentami. Z tym trzeba natychmiast skończyć. 
Osobiście wydaje mi się, że najwyższy czas abyśmy wszyscy zrozumieli, że ” czy się stoi, czy się leży…” doprowadziły nas do bankructwa. Chyba, że jeszcze raz chcemy przerabiać „terapię szokową”. Następna może albo raczej napewno będzie jeszcze bardziej bolesna.
 
Angora nr.42 (1374), 16 października 2016 rok. Felietony Niekontrolowane. Dobry ojciec, dobry rząd. Janusz Korwin-Mikke. 

Trochę smutno, trochę śmiesznie

Smutno-śmieszny Panie prezydencie

Dawno temu stojąc na zakręcie
Wybrałeś drogę konfliktów pełną
Boś osobą nie jest samodzielną
W służbieś tylko jest jednego pana
Co on każe, Ty i Twoja dama
Bez namysłu stanowicie prawem
Upatrując sobie dobrą w tym zabawę
Tak się poniżyłeś w tych usługach
Że już bredni Twoich nikt nie słucha 
Chciałeś wojska być zwierzchnikiem
Myśląc, że coś zrobisz krzykiem
Ministrowi o tym przypomniałeś groźnie.
Więcej on respektu szkolnej woźnej
Oddać gotów, niż dać Tobie rządzić sobą
Bo uważa, żeś niesprawną jest osobą.
On zapewne przed prezesem rownież klęka
Jest dla niego jednak więcej, niźli bękart.
Skoro z wojskiem nie za bardzo wyszło
Chyba wtedy Ci do głowy przyszło,
Że się zajmiesz dyplomacją zagraniczną
Bo jest rzeczą przecież skandaliczną
Że niewielu zna Twe imię w ambasadach
Przecież to groteska i tak nie wypada
I tym razem pan minister ryknął śmiechem
Niemal zakrztuszając własnym się oddechem
Znowu zatem Twej pozycji wielka siła
Na niewiele zdała się i niczego nie zmieniła.
Pomyślałeś sobie, zajmiesz się sądami
Bo minister straszy wszystkich w nich zmianami
Które czkawką mogą odbić się w przyszłości
Lecz pan prokurator tylko się rozzłościł 
Trybunału spytał, kto ma jego zdaniem rację, 
A ten zgodnie wyśmiał Twoje dywagacje
Bo nie po to prezes w nim ma swoich ludzi, 
Żeby pan roztropek teraz mu marudził
On już dawno sprecyzował jaka będzie Twoja rola
Podpisujesz co Ci każą i pilnujesz żyrandola.
Przytrafiła Ci się zatem wielka fucha
Zbijasz krocie, chociaż Ciebie nikt nie słucha  
I nie ważne, że przepięto Tobie taką oto metkę
Żeś pan z funkcji Prezydenta, zrobił marionetkę.

Imieninowe dywagacje.

O ile w Stanach najważniejszą rodzinną uroczystością są urodziny, o tyle w naszej tradycji to jednak imieniny odgrywają tę rolę. Próba wytłumaczenia mieszkańcowi USA znaczenia imienin to dość skomplikowane przedsięwzięcie. Wielokrotnie już próbowałem, zwykle bez sukcesów. Nie inaczej rzecz ma się w rodzinach moich dzieciaków. Ich połówką podoba się idea jeszcze jednego dnia do celebrowania czegoś tam, samo obchodzenie święta swojego patrona już niewiele im mówi. Tak czy inaczej nie mają wyjścia i obchodzą razem z nami nasze imieniny. Imiona nadawane dzieciom w naszym kraju zdają się i tak mieć coraz to mniej wspólnego z poszczególnymi świętymi, zatem o ile tradycja imienin chyba raczej nie zaniknie, o tyle odwoływanie się do patronów już pewnie z tą uroczystością niewiele będzie miało wspólnego. Pamiętam, gdy urodziła się nasza córka, byłem mocno zakochany w dobranocce o rusałce Amelce. Ktokolwiek wykreował postać, idealnie trafił w moje poczucie piękna. Nie mogło być inaczej, nasza pierworodna, pomimo obiekcji rodziny musiała zostać Amelką. Szczególnie babcie lamentowały, bo imię zdawało się być zbyt bliskie emalii czyli farby. Nie ugięliśmy się jednak. O ile w Urzędzie Stanu Cywilnego nie mieliśmy żadnych kłopotów i wybrane przez nas imię zostało wpisane w metrykę, o tyle w kościele z księdzem nie poszło już tak łatwo. Nie udało mu się odnaleźć w zestawie świętych patronki Amelii i mocno krzywił nosem na nasz wybór. Wydawało nam się, że przekonało go stwierdzenie mojej żony, że skoro nie ma jaszcze takiej świętej to nie jest powiedziane, że nasza córka nią nie zostanie. Kiedy jednak podczas mszy, w trakcie, której chrzczono jeszcze pare innych dzieciaków, zapytał nas o imię naszej córki, a my zgodnie z prawdą podpowiedzieliśmy mu „Amelia, Maria”, zdecydował jednak pominąć Amelię i ochrzcił Marie. Nie wiem jak się dzisiaj kościół odnosi do tych wszystkich imion zapożyczonych czy wymyślonych ale zawsze przypomina mi się ta historia w dniu imienin. Właśnie dzisiaj swój dzień obchodziła święta Alicja czyli patronka mojej żony i stąd te moje imieninowe dywagacje. Dzień imienin Luśki to rownież pierwszy dzień lata. No i jak tu się nie cieszyć.  

Przedwczesne obawy.

Populizm i nacjonalizm zdają się być coraz modniejszym kierunkiem w polityce. Nie inaczej przedstawia się sytuacja w Ekwadorze. Świeżo wybrany prezydent reprezentuje partie, której głównymi zwolennikami są te warstwy społeczne, którym jest najbardziej pod górkę. Ekwador przed objęciem władzy przez ustępującego prezydenta należał do krajów mało znanych i niezbyt zachęcających pod każdym względem. Rafael Correa dokonał wielu zmian i przeobraził państwo w kraj, który zaczął cieszyć się coraz większym zainteresowaniem. Aczkolwiek to wciąż kraj nienależący do bogatych to jednak stopa życiowa mieszkańców podnosi się z roku na rok. Polityka związana z przyciąganiem ludzi do osiedlania się zaczęła przynosić efekty i zainteresowanie Ekwadorem rosło każdego roku. Napływ emerytów z zachodu, przede wszystkim ze Stanów chyba zaskoczył wszystkich. Niespodziewanie bowiem trzeba było tym ludziom zapewnić warunki do leczenia się, bo jak wiadomo starsi ludzie wymagają więcej opieki. Sieć szpitali i ilość lekarzy jest wystarczająca aby nikt nie pozostał bez pomocy w przypadku choroby. Problemem jednak stało się to, że niektórzy imigranci spełniając kryteria wiekowe kwalifikują się do świadczeń bezpłatnych, z czego zaczęli oczywiście korzystać. Te świadczenia są jednak opłacane przez państwo, w konsekwencji odbijając się na i tak skromnym funduszu świadczeń socjalnych dla Ekwadorczyków. Na tym tle zaczyna właśnie dochodzić do nieporozumień. Trudno nie przyznać racji obywatelom tego kraju, bo nawet w sektorze prywatnym leczenie dla przeciętnego zachodniego imigranta nie jest tutaj aż tak kosztowne. Wizyta u specjalisty to wydatek od trzydziestu do pięćdziesięciu dolarów i przyjmując niskie koszty utrzymania napewno nie obciąża budżetu przeciętnego Amerykaninia do tego stopnia żeby próbować wykorzystywać system ubezpieczeń społecznych. Niestety jak to z nami bywa zgodnie z powiedzeniem, że są ludzie i ludziska, zdarzają się tacy, którzy uważają, że im się należy tak samo jak i tym Ekwadorczykom, którzy ponosili opłaty do swojego systemu socjalnego. To właśnie stało się główną przyczyną niechęci do napływowych obywateli z zachodu. Stąd już tylko krok do haseł Ekwador dla Ekwadorczyków. Nie napawa to optymizmem na przyszłość i sam zacząłem się zastanawiać czy nasze decyzje były słuszne. Okazuje się jednak, że to nawoływanie było przede wszystkim na potrzeby wyborów. Mamy je już na szczęście za sobą i sytuacja zdaje się uspakajać, zwłaszcza, że większość środowiska amerykańskiego zdaje się popierać tutejsza ludność. W krajach Ameryki Południowej największym problemem jest korupcja w organach państwowych, stąd wiele osób uważa, że w celu odwrócenia od niej uwagi politycy znaleźli sobie kozła ofiarnego w ludności napływowej. Pewnie coś jest w tym na rzeczy. Mnie jednak ucieszył fakt, źe Ekwador wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem i nadal napływają tutaj spore ilości ludzi z krajów zachodnich. Podczas mojego ostatniego pobytu w Cuence spotkałem ludzi, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę ze Stanów i są w trakcie załatwiania formalności. Widać rownież coraz więcej młodych, którzy przyjeżdzają tutaj korzystając z programów państwa, które mają na celu podniesienie poziomu edukacji. Moje obawy były chyba przedwczesne. Sam osobiście też nie spotkałem się z niechęcią, stąd wyglada na to, że i tutaj politycy lubią grać kartami, które przemawiają tylko do tych ludzi, którzy za wszystko co się dzieje z ich życiem obwiniają innych, nie widząc siebie samych.   

Tony Macho.

W jednym ze swoich poprzednich artykułów pisałem na temat dbałości Hetmana Koronnego o jego sprawność fizyczną. Przyszło mi w związku z tym do głowy, że jego idolem zapewne musi być John Rambo. Bycie bowiem kimś podobnym do Einsteina raczej mu nie grozi, chociaż wyrazem twarzy może mu być bliżej do zwariowanego fizyka. Jego dbałość o kondycję połączona z wielkim patriotyzmem uzmysłowiła mi, że my nie mamy nikogo podobnego do amerykańskiego Rambo czy angielskiego Bonda i najwyższy czas aby tę lukę wypełnić. Owszem mieliśmy Borewicza, ale to przede wszystkim komunistyczny agent a i swoją działalnością ograniczał się do terytoriom naszego kraju. Nam trzeba kogoś o zasięgu międzynarodowym, żeby każdy mógł zobaczyć, że my nie jesteśmy tylko amerykańskimi popychadłami. Szogun niestety zniszczył naszą agenturę, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przecież on sam może odegrać główną rolę w naszej produkcji o super agencie. Jeśli nawet tego nikt nie kupi to przecież w TVP napewno pokażą. Należałoby jednak zacząć od wymyślenia jakiego pseudonimu dla naszego bohatera bo ze swoim obecnym nazwiskiem byłoby cieżko przebić się do pamięci kinomanów. Nie wchodzą w grę oczywiście jakiś Jan Kowalski czy Józef Nowak, z całym szacunkiem dla świetnego aktora. Brzmiałoby to trochę lokalnie. Nam trzeba kogoś o mocnym i jednocześnie krótkim imieniu kojarzącym się z silną osobą. Biorąc pod uwagę dane osobowe Hetmana, przyszło mi do głowy aby je wykorzystać, trochę skrócić i tak oto powstał Tony Macho, krótkie jak James Bond czy John Rambo a jednocześnie podkreślające silną osobę, z którą nie warto wchodzić w konflikty. Mam nawet pomysł na pierwszy odcinek przygód naszego bohatera. Dowiaduje się on, źe na terytorium imperium zła doszło do katastrofy lotniczej, którą przeżyło trzy osoby i teraz są przetrzymywane w jednym z łagrów w krainie białych niedźwiedzi. Zaprzeczają temu winowajcy, którzy, istnieje bowiem takie podejrzenie, przyczynili się do tego wypadku. Wysyłamy zatem Toniego Macho najpierw do sąsiedniego kraju Gruzji, z którym pozostajemy w bardzo bliskich stosunkach odkąd nasz prezydent uratował jego niepodległość. Stamtąd, przy pomocy siatki opozycjonistów walczących z imperium zła Tony przedostaje się nielegalnie do krainy wiecznego mrozu. Towarzyszy mu piękna córka, która jest wynikiem miłości, Polaka zesłanego tutaj w czasie ostatniej wojny światowej i Gruzinki. Wychowywana w niechęci do okrutnego sąsiada aż garnie się aby pomoc Toniemu w odnalezieniu łagrów, w których przetrzymywani są obywatele naszego kraju. W trakcie poszukiwania zaginionych,  można by było wkomponować parę scen patriotyczno-ideologicznych jak choćby odnalezienie innych Polaków zesłanych na te tereny, którzy chcą wrócić do ojczyzny ale zapomniał o nich poprzedni rząd. Taka gra na emocjach może zawsze przecież się przydać przy następnych wyborach. Niestety poszukiwanie przetrzymywanych kończy się fiaskiem bo jednak okazuje się, że katastrofy nikt nie przeżył. Tony odnajduje jednak kilku wyklętych żołnierzy i postanawia ich ocalić. W imperium zła dowiadują się jednak o próbie odbicia więźniów i wysyłają swoją elitarną jednostkę aby udaremnić plan ucieczki Toniego. Trup będzie teraz padał gęsto ale nasz bohater ze wszystkiego wychodzi obronną ręką. W finałowym pojedynku zrywa swój podkoszulek w narodowych barwach pokazując swoje kulturystyczne ciało. W pojedynku na wszystkie sztuki walki pokonuje a raczej wręcz demoluje ichniego mistrza. Kiedy jednak udaje się na miejsce, z którego ma zostać odebrany wraz z uratowanymi więźniami okazuje się, że nasz prezydent, który od dawna chciał go usunąć z funkcji nadzorcy wojska, zdecydował się wykorzystać moment i zdradził naszego bohatera. Na naszego niezłomnego agenta nie ma jednak siły, porywa samolot i wraz z uratowanymi i piękną pomocnicą wraca do kraju, po drodze lądując w miejscach martyrologii narodu polskiego oddając hołd ofiarom i zabierając pątników. W kraju oczywiście dochodzi do sceny pomiędzy prezydentem a Tonym, w której bierze udział Król Wszechpolski wygłaszając płomienną, patriotyczną mowę. Zażegnuje konflikt dla dobra kraju, oskarżając jednocześnie opozycję o brak pamięci dla wyklętych bohaterów, których uratował Tony. Oczywiście mój scenariusz należy trochę rozbudować ale główne tezy moim zdaniem są warte ich utrzymania. Martwi mnie jedynie aspekt erotyczny, bez którego ciężko dziś ściągnąć widza do kina. Tony reprezentujący nasze jedynie słuszne wartości musiałby jednak trochę sobie pofolgować, zwłaszcza, że bez pięknych kobiet, biorących udział w tych scenach, mało mamy dzisiaj filmów wzbudzających zainteresowanie tak zwanej kultury masowej. Sądzę jednak, źe mała donacja w pewnym kierunku mogłaby zapewnić dyspensę, zwłaszcza, że przecież chodzi o niedające się przeliczyć na pieniądze korzyści wizerunkowe dla naszej ojczyzny. Oczami wyobraźni już widzę kolejne odcinki z udziałem Toniego, który własnoręcznie doprowadza do upadku ostatni bastion komunizmu czyli królestwo Dzongów by w trzecim odcinku rozprawić się z krainą ISIS. Wystarczy tych banałów z Bondem i Rambo nadchodzi czas Toniego Macho. Czekam na pomysły i scenariusze.

Czas na reklamę

Dobra zmiana, z którą wiązał tak wielkie nadzieje Ojciec Dyrektor rownież zawodzi jego oczekiwania. A przecież dla zwycięstwa partii, która miała ową zmianę wprowadzić, zaangażował się całym sobą i całą wspólnotę, którą reprezentuje. Poświecił swój czas, kładąc na szali cały swój autorytet. Przyświecały mu w tym wartości reprezentowane przez partię prezesa, która w wierze upatrywała i upatruje to co jest najważniejsze dla naszej kultury. Obrona wiary i jej dogmatów przyniosła upragnione zwycięstwo i szanse na ambitne wprowadzenie rzeczonych zmian. Tajemnicą poliszynela jest wstręt i niechęć kleryka z Torunia do pieniędzy, władzy i życia w zbytku. Egzystujemy jednak w czasach, w których bez tych atrybutów niewiele da się zdziałać, zwłaszcza jeśli ma się tak niewyobrażalnie wielkie ego jakie przytrafiło się propagującego życie w skromności temu słudze kościoła. Zmysł biznesowy jakim jest obdarzony ów propagator wiary, zapewne był mu nadany przez jego stwórcę, zatem wszystko co robi to jest na cześć i chwałę jego imienia. Schowany za nim czuje się bezpieczny, bo gdyby używał tych samych sloganów w imieniu sił nieczystych pewnie nie mógłby liczyć na podobne ślepe poparcie. Nienawiść jest równie ślepa jak i miłość, tyle, źe łatwiej o poparcie zasłaniając się tą drugą. Mając zatem rzesze oddanych miłujących naszą tzw kulturę, przyczynił się do zwycięstwa obecnie panującej nad nami opcji. Ta już wielokrotnie mu się za tę pomoc odpłaciła, przyznając niezliczone ilości donacji podległym jemu różnego rodzaju przedsięwzięciom. Choć mają one niewiele wspólnego z wiarą i kościołem, to jednak schowany za plecami kreatora ziemi redemptorysta tak nie uważa. Kwoty przelane na jego konta a raczej na konta jego inicjatyw mogłyby zapewne pomóc wielu, ale przecież tu nie chodzi o wspomożenie czy coś mieszczącego się w granicach tego określenia. Pycha władzy już dawno zdominowała sposób myślenia tego duszpasterza. Domaga się teraz aby jego kanał telewizyjny był bardziej wykorzystywany w celach reklamowych oczywiście za skromną opłatą. W normalnym kraju, normalni menedżerowie reklamują swoje przedsiębiorstwa tam gdzie wiedzą, źe można osiągnąć z tego określony i wymierny wynik ekonomiczny. Decyduje o tym oczywiście oglądalność i popularność czy to danego kanału, czy też emitowanego programu. Tej prostej zależności zdaje się nie rozumieć chciwy kleryk. I pewnie osiągnie swój cel bo jego żale mają moc, której obawia się nawet sam prezes, zwłaszcza, źe spółki z udziałem Skarbu Państwa to dla rządzących studnie bez dna.