Powrót do korzeni

To spotkanie planowaliśmy na grubo przed naszym przyjazdem do Stanów. Nie widzieliśmy się od ponad roku z rożnych przyczyn. Tym razem jednak udało nam się  tak zaplanować naszą wizytę abyśmy wreszcie mogli rozegrać kolejną partie brydża. Organizacja spadła na Irenę i Wojtka, których miejsce zamieszkania zdawało się być najbardziej dogodne dla nas wszystkich. Chyba trochę w tym momencie przesadziłem bo to ze względu na moje i Luśki plany podróżnicze wszyscy trochę nagięli się do nas. Nasze spotkania w czasach gdy mieszkaliśmy jeszcze w stanach odbywały się każdorazowo u kogoś innego, czasem raz na kwartał, czasem rzadziej. Nasz zlimitowany pobyt w kraju Trumpa do pewnego stopnia wymusza terminy  i miejsca naszych brydżowych szaleństw i musieliśmy porzucić kwartalne ich odbywanie. Z tym więc większą niecierpliwością oczekiwaliśmy na kolejny rozdział naszej księgi wspólnych spotkań. To był chyba pierwszy taki wieczór naszego grona, że niemal wszyscy z nas nazajutrz nie spieszyli się do pracy. No może nie następnego dnia bo to byłaby niedziela ale w rownież w poniedziałek. Aczkolwiek związany z tym pośpiech stał się dla nas obcy to wcale nie znaczy, że mamy więcej czasu. Okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Dom, dzieci, wnuki i tylko bozia wie co jeszcze pochłania wszystkim tyle czasu, że praktycznie zostaje go bardzo niewiele na lenistwo. Nie bez dumy muszę przyznać, że ja się z tego wyłamuje. Pociąga mnie życie w myśl maksymy, którą zakodował we mnie Wojtek, gospodarz imprezy, której poświęcam tutaj te pare słów. Mówił on do mnie, że praca hańbi i wynaturza, lenistwo natomiast uszlachetnia. Mam olbrzymi szacunek do pracy tyle, że nicnierobienie ma coś takiego w sobie co przemawia do mnie wielkimi literami. I wcale nie chodzi o to aby nie dać się ruszyć z miejsca, chodzi mi bardziej aby zachować zdrowe proporcje na korzyść wiadomo czego. Czyż może być coś bardziej przyjemnego od wspólnej biesiady ze znajomymi, z którymi łączy nas tyle wspomnień przy suto zastawionym stole? Jasne, że może gra w karty przy kieliszku naszego specjalisty od nalewek z Kentucky Derby w tle. To wszystko mieliśmy podczas owego zgromadzenia grupowo-brydżowego. Dzięki Irenie i Wojtkowi wróciliśmy do korzeni naszych zebrań i mamy nadzieje kontynuować je w przyszłości może nawet następnym razem w Ekwadorze. To spotkanie, chociaż nikt o tym nie mówił, miało jednak szczególny charakter. Ostoja spokoju przy brydżowym stole Zbyszek, który z racji swoich zobowiązań w „niebiesiech” nie mógł być z nami obecny ciałem, był za to obecny duchem. I tak już pewnie zawsze będzie, tak długo jak długo będziemy „brydżować”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s