Tydzień z życia elit

Prezydent zdaje się być skłócony z Szogunem czyli ministrem od obrony w sprawach armii uważając, że ten go lekceważy jako zwierzchnika sił zbrojnych co zdaje się być prawdą. Rzeczniczka rządu niejaka pani Mazurek niczym były już pomocnik Szoguna niejaki Misiewicz, znając się na wszystkim określiła owe niesnaski jako „iskrzenie”, które powinno być wyjaśnione bez niepotrzebnego używania papieru i atramentu. Niewątpliwie wkur….ło to pierwszego obywatela bo ten zarzucił rzeczniczce nieumiejętność czytania i zaproponował powrót do szkoły. Z niecierpliwością czekamy na finał tej ekscytującej wymiany zdań. 

Minister od niby ochrony środowiska wycina drzewa gdzie się da, najczęściej jednak w wykupionych przez siebie od skarbu państwa lasach tak aby mógł je spieniężyć w celach budowlanych na potrzeby zapewne komunalno-mieszkaniowe uboższych warstw społeczeństwa. Ktoś jednak nie zrozumiał intencji środowiskowego Judyma i w przypływie złości wyciął drzewa w jego posiadłości. Oj dostanie się sprawcy jak tylko dostanie go w swoje ręce pierwszy sprawiedliwy Temid naszego kraju.
Jest on jednak póki co pochłonięty walką ze szpitalem, któremu nie udało się uratować życia jego ojca, z całym szacunkiem dla zmarłego. Nasłał on na ową placowkę kolejną kontrolę bo według niego to nie pan Bóg wezwał rodziciela jego na spowiedź ostateczną tylko jakiś niesprawny lekarzyna dokonał czynu zabronionego. Ścigać musi nasz Temid rownież wszystkich sędziów, którzy orzekają na niekorzyść lepszego sortu a lektura wyroków w tym względzie jest niemała a czasu coraz mniej. 
Ministrowa od cyfryzacji bąknęła coś na temat rządu, że ten odmawia współpracy z fachowcami w tej dziedzinie, przedkładając przekonania polityczne nad wiedzę praktyczną. Na odpowiedzieć premierowej nie trzeba było czekać długo. Potwierdziła ona spostrzeżenia pani od komputeryzacji kraju ale tego trzeba było doczytać się między wierszami. Ważniejsze bowiem dla pani premier było aby dać swojej podwładnej do zrozumienia, że nie ma pozwolenia na wychylania się od jedynie słusznej linii przewodniej siły narodu, partii prezesa.
Środowisko nauczycielskie też nie bardzo chce się pogodzić z reformą na ich podwórku. Zażądało  ono nawet  referendum w tej sprawie. Ktoś widocznie nie zwrócił uwagi, że w tym rządzie nikt się nie obija i nikt nie ma czasu na opinie zainteresowanych czymkolwiek. Tu po prostu wiedzą co jest dla nas dobre a na rozmowę z kimkolwiek na cokolwiek nie będą tracić czasu. Nie ma zatem mowy o referendum bo zmiany w oświacie walą już pełną parą uświadomiła nawiedzonych nauczycieli pani premier.
W NATO zaś mają jakieś pretensje do naszego specjalisty od spraw zagranicznych bo ten nie chce powierzyć stanowiska sprawdzonemu specjaliście i długoletniemu pracownikowi paktu reprezentującemu nasz kraj. Nasz pan minister chciał tam kogoś z San Escobar na co nie ma z kolei zgody NATO bo twierdzą, że owe państwo nie należy do struktur tej organizacji. Chyba to oni mało wiedzą.
Wicemarszałek Sejmu niejaki pan Terlecki nie zawahał się ani przez chwile by przyjść prezesowi z pomocą gdy tego chciał nagrać jakiś reporter, zapewne niezwiązany z telewizją narodowa. Sponiewierany życiem pan wicemarszałek rzucił się na owego dziennikarzynę niczym uczestnicy kibolskiej ustawki na siebie. Ucierpiała kamera, która pozbawiona została kabla i tak z nagrania wyszły nici. Pan wicemarszałek za to może liczyć na kolejne nominacje, może nawet na szefa rządu gdyby…..
Jakby tego wszystkiego było mało popierany przez nasz rząd kandydat na prezydenta Francji niejaki Makaron Włoski tfu, Emmanuel Macron opowiedział się za sankcjami dla naszego kraju w związku ze sposobem w jaki aktualny rząd sprawuje władze. Musowo musiał mu to podszepnąć niejaki Tusk, który podobno rozpoczął w naszym kraju kampanie wyborczą na prezydenta i to wtedy kiedy został wezwany do Polski przez prokuraturę w celu przesłuchania. No szczyt bezczelności. 
Jesli do tego dodamy, że amerykański prezydent od siedmiu boleści chce nas pozbawić dotacji i zapewne do tego doprowadzi to bez ogródek należy stwierdzić, że poza drobnymi potknięciami wszystko w naszym kraju ma się dobrze i idzie w z góry zaplanowanym kierunku. Trzymam kciuki.

Znowu w podróży

Kontynentalne przemieszczanie stało się ostatnio częścią naszego życia. Dobrze, że mamy punkt zaczepienia w Stanach i nie musimy lecieć z Ekwadoru do Polski non stop. Taka podróż trwa dość długo i niewątpliwie byłaby bardziej uciążliwa. Nadszedł właśnie czas wyprawy do rodzinnego kraju. Zgodnie z naszym harmonogramem postanowiliśmy, że spędzimy parę dni z dzieciakami zanim nasze drogi rozdzielą się na parę miesięcy. Luśka wiedząc, że przez chwile będzie nieobecna musiała doprowadzić i zostawić dom w stanie, który uważała za satysfakcjonujący. Na tym punkcie różnimy się trochę w opiniach podejrzewam jednak, że nie tylko my. Nasza podróż do New Jersey ma w sobie zawsze przesiadkę. Najlepszą drogą jest lot do Panamy gdzie zmieniamy samolot do Newarku. Tym razem z uwagi na fakt, że Luśka leciała na bilecie powrotnym musieliśmy się przesiać w Miami. Tuż przed wylotem American Airlines wysłał mi wiadomość, że z uwagi na przewidywane złe warunki atmosferyczne panujące na wschodnim wybrzeżu Stanów powinnismy się spodziewać opóźnień w locie. Z naturą nie wygra. Licząc się zatem z konsekwencjami rozpoczęliśmy podróż z Guayaquil do Miami zgodnie z planem. Jedyną przygodą była konieczność pokazania ekwadorskim pogranicznikom co wywozimy bo prześwietlenie naszych bagaży im się nie spodobało. W takich wypadkach wywołują pasażera przez lotniskowy system nagłaśniający. Nigdy nie otwierają bowiem bagażu bez obecności jego właściciela w przeciwieństwie do procedur w Stanach gdzie bagaż otwierają mając w poważaniu jego późniejsze w miarę przyzwoite spakowanie. Amerykańscy celnicy mają karteczkę, która pozostawiają na pamiątkę w bagażu, na której powołują się na jakieś bzdury o bezpieczeństwie wymyślone przez tropiciela diabłów niejakiego Busha Juniora. W Ekwadorze robi się przegląd w sposób bardziej cywilizowany. Najpierw drą się przez megafony, że taki a taki terrorysta ma się skontaktować z obsługą bramki. Biorą potem takiego bandziora, w tym przypadku mnie, do miejsca z bagażami gdzie spisują personalia osobnika a potem każą mu otworzyć bagaż. Widać na ich twarzach, że lubią to grzebanie bo to prawie jak striptease pasażera. No ale taka ich praca. Rzadko coś znajdują, przynajmniej jednak pomagają się ponownie spakować. Nic oczywiście przy nas nie znaleziono a my przy okazji mieliśmy choć odrobine czasu wypełnianą w oczekiwaniu na samolot zamiast siedzieć bezczynnie. Do Miami dolecieliśmy zgodnie z planem. Tu rownież wyglądało wszystko w porządku do momentu rozpoczęcia wpuszczania pasażerów na pokład samolotu. Oops, nie dolecimy na czas bo w Newarku warunki atmosferyczne mogą nie pozwolić na lądowanie. Pomyślałem więc, że wyślę wiadomość tekstową do naszego synala aby go uprzedzić o naszym opóźnieniu. Miami daje półgodzinny darmowy dostęp do internetu. Dorwałem zatem mojego kompa i wysłałem wiadomość. Mając to za sobą pomyślałem, że jeszcze trochę poserfuje sobie po internecie. Moje pół godziny prawie dobiegało końca gdy nagle przez skype nasz syn zaczął się do nas dobijać. Połączyliśmy się bez problemów ale jego pierwsze pytanie niemal zwaliło nas z nóg. „Kiedy wy przyjeżdżacie”? Jak to kiedy, jesteśmy już w Miami i za chwilę odlatujemy i do New Jersey. „A ja byłem przekonany, że to jutro”. Nieoczekiwane opóźnienie okazało się zatem zbawienne, bez niego pewnie po przylocie czekałaby nas nieprzewidywana „niespodzianka”. Skończyło się bez niej bo wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny. W Newarku warunki atmosferyczne wcale niebyły takie tragiczne. Opóźnienie samolotu było zaplanowane abym wykonał to połączenie, którego nie planowałem. Przeznaczenie i tyle.  

.