Ministerstwo zagraniczne

W ministerstwie zagranicznym,

Pewien facet spontaniczny
Rządzi kraju dyplomacją całą
W niego trzeba wiarę mieć niemałą
Bo on miast pomyśleć już coś rzeknie
Tak, że premier przy nim blednie
Zna on wszystkie państwa świata
Gdzie on nie był, gdzie nie latał
Sam już nie wie bo tak wiele odbył tych podróży
Właśnie z San Escobar wrócił gdzie z kart sobie wróżył
Pewien szaman tam postawił mu pasjansa
I przekonał jego, że jest szansa
Na wygranie stanowiska szefa rady
Pod warunkiem, że wystawi tak dla swady
Swego kandydata rownież z Polski
A najlepiej jakby się nazywał Wolski
„Znam takiego” wrzasnął nasz minister
Po czym szybko złapał za tornister,
Z którym nie rozłącza się od szkoły podstawowej
Ma w nim bowiem odpowiedzi na wszystko gotowe
I w te pędy wrócił do kraju swego stolicy
By z prezesem oraz premierową przy Soplicy
Obgadać swój plan przewrotny i diabelski
I się pozbyć tego co sprawił dramat smoleński
W ten właśnie sposób pan Saryusz – Wolski
Został kandydatem rządu z Polski
Jak skończyła się ta heca, dobrze wiemy
I zapomnieć o niej bardzo chcemy.
A co robi dzisiaj nasz szanowny pan minister?
Właśnie nowa zaczął podróż wraz z tornistrem
By ją skończyć w…….Pacanowie
A co przeżył i co widział, wkrótce rząd wam da odpowiedż

Władza jak markotyk

12  kwietnia to święto założenia Cuenki przez Hiszpanów. Z tej okazji odbywa się oczywiście wiele imprez. Pogoda skutecznie je jednak torpeduje.  Nie tylko Cuenca ma kłopoty z nadmierną ilością opadów ale rownież spora cześć północnej części wybrzeża kraju. Choć mamy do czynienia z porą deszczowa w tej części kontynentu to jednak deszcz bije rekordy w tym roku. Ostatnie takie nasilenie miało miejsce podobno ponad trzydzieści lat temu. Pora deszczowa kończy się dopiero w maju zatem mamy jeszcze ponad miesiąc deszczowych „uciech”. Codzienna deszczowa szaruga  jest niewątpliwie męcząca, wiem jednak, że ten rok jest pod tym względem wyjątkowy, nie przejmuje mnie więc to zbytnio. Człowiek wciąż nie potrafi sobie poradzić z kaprysami natury co bardziej mnie cieszy niż martwi. Przyroda i jej siły to wielka moc i choć niektórzy mówią, że nauczyliśmy się niektórymi zjawiskami sterować to ja w to nie bardzo wierze. Brak mojej wiary w tym względzie bierze się choćby z faktu, źe nie potrafimy wciąż kontrolować naszych emocji i chciwości. Oto bowiem dobiegły końca wybory w Ekwadorze. Wygrał Lenin kandydat ludzi mniej uprzywilejowanych. Nie może i nie chce się z tym pogodzić Lasso, reprezentujący górne warstwy społeczne. Podobnie jak pewien znawca lotnictwa w Polsce, wciąż wymyśla jakieś teorie dotyczące sfałszowania wyborów, na co nie ma żadnych dowodów. Nie ma najmniejszego zamiaru uznać swojej porażki, domagając się ponownego liczenia głosów z większości okręgów wyborczych. Ma do tego jakieś tam prawo o czym świadczy, że jego odwołanie jest rozpatrywane. Nie to jest jednak najważniejsze. Smutny i przygnębiający jest fakt, że w swoich wypowiedziach posługuje się językiem, który dzieli ludzi. Doprowadza to oczywiście do niesnasek pomiędzy jego wyborcami i tymi, którzy głosowali na jego przeciwnika. Nie ma to wpływu na nasz pobyt tutaj, jesteśmy bardziej obserwatorami niż kimś zaangażowanym w ten konflikt. Widzimy jednak, ze podobnie jak na całym świecie tak i tutaj dotarł przykry ale jakże efektywny sposób sprawowania władzy przez dzielenie społeczeństwa. Nawet nasi sąsiedzi, którzy oficjalnie popierali przegranego kandydata są jego aktualną postawą zniesmaczeni. Gdy pisze o tym przypomniały się mi moje lata studenckie. Mój wykładowca z przysposobienia obronnego mówił, że władza jest jak markotyk (przez m nie n). Dlatego na zachodzie było tylu markomanów bo odbywało się to wszystko w sposób niekontrolowany. Jak twierdził w naszym kraju, w którym nad wszystkim piecze trzymała przewodnia siła narodu, wszystko było pod kontrolą władzy. Pewnie stąd nigdy nie mieliśmy awantur wyborczych bo tylko ówczesna władza miała wyłączność na markotyki. Jak się dobrze nad tym zastanowić to chyba coś w tym jest.