Stare śmieci

Przyjazd do Stanów zawsze sprawia nam sporo radości. Może dlatego, że trwa w porywach do dwóch tygodni i w związku z napiętym kalendarzem czas płynie bardzo szybko. Z naszej rodziny w New Jersey pozostał najstarszy syn, reszta rozjechała się. On zatem jest gospodarzem i u niego spędzamy najwiecej czasu. Ta cześć stanu odpowiada nam bardzo bo ma charakter bardziej wiejski i położona jest z dala od większych skupisk ludzkich. Druga strona medalu to jednak fakt, że  na terenach mniej zindustrializowanych mieszkają przede wszystkich zwolennicy aktualnego prezydenta naszego wielkiego brata. Ta właśnie ta cześć Stanów Zjednoczonych głosowała  na Trumpa. W wielkich aglomeracjach mieszkają zwolennicy demokratów. Mieszka w nich bowiem najwiecej robotników, którzy historycznie są wyborcami tej partii. Co innego wieś. Tu zdecydowanie zakotwiczyli się marzyciele wielkiej Ameryki, prawdziwi patrioci zwani w Stanach rednecks. Słowem tym byli określani farmerzy, którzy od nadmiaru pracy w polu bardzo często mieli mocno opaloną szyję. Z czasem określenie to przylgnęło do ultrakonserwatystów zamieszkujących szczególnie tereny rolnicze. Określenie to nie ma zabarwienia pozytywnego albowiem ta grupa nie znosi zmian i zdecydowanie hołduje starej dobrej Ameryce z niewolnictwem włącznie. Czasy oczywiście się zmieniły i do tej formy stosunków pracowniczych nie ma powrotu, toteż redneck jest przede wszystkim postrzegany jako ktoś kto uważa, że Ameryka jest dla Amerykanów uważając siebie za prawdziwego patriotę. Najwiecej wyznawców tej teorii mieszka na południu USA w stanach, które były przeciwne zniesieniu niewolnictwa. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma ich w pozostałych stanach. Będąc w tutaj w trakcie wyborów miałem możliwość oglądania ich przebiegu na żywo. To właśnie w każdym stanie farmerzy sprawiali demokratom najwiecej kłopotów i w końcowym efekcie zdecydowali o tryumfie republikanów. Trump genialnie mówił do nich językiem, którego od dawna nie słyszeli więc postawili dać mu szanse. New Jersey to stan bardziej przemysłowy niż rolniczy chociaż jego północno-zachodnia cześć to wciąż przede wszystkim rolnictwo.  Stan ten to jeden z najbogatszych w Stanach zatem filozofii redneck, aczkolwiek jest zauważalna, to jednak nie wyczuwa się jej tak jak na południu Ameryki. Od mojego przyjazdu do USA zawsze tu mieszkałem i nie będę ukrywał, że polubiłem ten stan. Wynika to pewnie rownież z tego, że tu mieszka najwiecej naszych znajomych, z którymi zamierzamy się spotkać co niewątpliwie spowoduje, że ani się obejrzymy w oboje będziemy się pakować. Póki co narazie cieszymy się, że jesteśmy tutaj bo choć to aktualnie nie nasz dom i miejsce na ziemi to trochę życia tu zostawiliśmy i fajnie się do tego wraca. 

Rymowanka o miłości

Aby pisać wiersze talent jest potrzebny

Do słów rymowania zda się on być względny

W obu jednak sytuacjach
Najważniejsze jest narracja
Czyli jak tu zawrzeć w prostych słowach 
By idea choć nie nowa 
Trochę inne brzmienie miała
Jednak sens swój zachowała
Weźmy miłość na ten przykład
Można na jej temat zrobić wykład
Każdy widzi ją inaczej
Bo i wiele jest jej znaczeń.
Ta najbardziej znana to jest dwojga ludzi
Jak już kogoś złapie to może pobudzić
Przypływ takich sił witalnych
Ze rzeczy niewykonalnych
Istnienie rozum neguje
Wszystko jest możliwe, wszystko się zbuduje.
Zakochanych nie da sie prowadzić na żadnej smyczy
Byle razem, byle dzisiaj, jutro sie nie liczy.
Jest tez miłość do ojczyzny
Pochodząca z ojcowizny
Co ma związek z ojcem oraz ziemią jego
Bo nie ma w świecie miejsca drugiego
W którym po raz pierwszy otwarlismy oczy
Co na zawsze będzie nas jednoczyć 
Oraz łączyć tą specjalną, niewidoczną więzią
Z tym narodem, którego staliśmy się częścią.
Miłość zatem zda się być uczuciem wzniosłym 
W swej wymowie bardzo prostym,
Być kochanym oraz kochać to w naturze naszej leży
W miłość przecież każdy człowiek wierzy
Moc jej znają też krętacze polityczni
Którzy w sposób iście skandaliczny
Z nienawiści, miłość do ojczyzny uczynili
Aby ci co nigdy nie kochali, uwierzyli
Że ta pustka, która serca ich wypełnia
Pozytywną rolę może spełniać.
Uwierzyli więc niektórzy i oddali swoje dusze propagandzie,
Która tą prawdziwą miłość ma we wzgardzie.
Serca jednak nie da się oszukać
Teraz wyje ono z bólu zamiast ckliwie pukać  
Bo miłość to uczycie takie, które buduje
A nienawiść szkodzi i zdrowie rujnuje.
Nie pozwólmy wszyscy więc oszustom
By z miłości uczynili frazę pustą.
Wyciągnijmy wszyscy ręce, skończmy głupie kłótnie
Niech zrozumią te rządowe trutnie
Że nie chcemy więcej być dzieleni
Źe to trzeba wreszcie zmienić 
Bo musimy razem iść do przodu
Dla dobra własnego i dobra narodu.
Miało być zabawnie oraz sympatycznie
Lecz końcówka wyszła trochę pompatycznie
Tak czy owak wiedzieć wszystkim się należy
Nie kochając szczerze w złym kierunku bieżysz 

Nowa przepowiednia

 

Dotarliśmy po dziewiętnastu godzinach podróży do punktu, w którym się rozdzielimy. Stąd ja wracam na południe a Luśka na wschód. Z jakichś bliżej mi nieznanych przyczyn w okolicach naszego podróżowania, jakby wszyscy jasnowidze sprzysięgli się przeciwko nam, pojawia się bowiem niemal zawsze jakaś przepowiednia, która może zdecydowanie zakłócić nasze plany. Jesteśmy otoczeni ludźmi, którzy wierzą w że, czy wcześniejszy czy późniejszy, koniec świata nastąpi. Nie ma być to jednak jakaś katastrofa likwidująca totalnie ludzkość ale coś w rodzaju wypadku, który doprowadzi to radykalnych zmian na ziemi. Spowoduje on napewno ograniczenie populacji naszego gatunku na planecie, nie wyginiemy jednak w całości. W ubiegłym roku pewien wróżbita przepowiadał oddzielenie się Ameryki Południowej w okolicach Kanału Panamskiego co miało doprowadzić do samodzielnego dryfowania całego kontynentu po Pacyfiku. Miało do tego dojść na kilka dni przed naszym powrotem do Ekwadoru. Słyszymy cały czas o niebezpiecznej aktywności słońca, przemieszczaniu się biegunów itp, itd. Pogoda w trakcie naszego pobytu nie miała nic wspólnego z tym co dzieje się o tej porze roku w tym miejscu. Najpierw susza, następnie  niekończące się opady deszczu, które spowodowały niezliczone ilości osuwisk błotnych. Co nas jeszcze czeka tym roku? No właśnie, jakiś mesjasz z Teksasu, który przewidział zwycięstwo Trumpa zapowiada konflikt nuklearny, który ma się zacząć w ciagu dwóch tygodni i potrwać do połowy października. Wsród państw zaangażowanych mają być Stany, Rosja, Chiny i nieobliczalna Korea Północna. Jakby tego było mało zaraz po przyjeździe do Stanów, prezydent tego kraju wydał oświadczenie, że wkrótce może  dojść do poważnego konfliktu właśnie  z Koreą Północną, przy czym słowo poważnego podkreślił używając go dwukrotnie. Z reguły do tego typu sensacji nie przywiązuję szczególnej wagi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że coraz większa liczba liderów tego świata to ludzie nie do końca normalni z ciężkimi schorzeniami w zakresie megalomanii to obraz naszej przyszłości nie wyglada najlepiej. Nie możemy się więc kierować tymi wszystkimi przewidywaniami i chyba nikt już tego nie bierze na poważnie. Niewątpliwe mamy do czynienia z czasami, które delikatnie należy określić jako niepewne i pewnie wreszcie jakiś Kim czy inny upośledzony na punkcie swojej wielkości naciśnie guzik, który będzie nas drogo kosztował. Mam jednak nadzieję, że jeszcze przez chwile to nie nastąpi. 

Tydzień z życia elit

Prezydent zdaje się być skłócony z Szogunem czyli ministrem od obrony w sprawach armii uważając, że ten go lekceważy jako zwierzchnika sił zbrojnych co zdaje się być prawdą. Rzeczniczka rządu niejaka pani Mazurek niczym były już pomocnik Szoguna niejaki Misiewicz, znając się na wszystkim określiła owe niesnaski jako „iskrzenie”, które powinno być wyjaśnione bez niepotrzebnego używania papieru i atramentu. Niewątpliwie wkur….ło to pierwszego obywatela bo ten zarzucił rzeczniczce nieumiejętność czytania i zaproponował powrót do szkoły. Z niecierpliwością czekamy na finał tej ekscytującej wymiany zdań. 

Minister od niby ochrony środowiska wycina drzewa gdzie się da, najczęściej jednak w wykupionych przez siebie od skarbu państwa lasach tak aby mógł je spieniężyć w celach budowlanych na potrzeby zapewne komunalno-mieszkaniowe uboższych warstw społeczeństwa. Ktoś jednak nie zrozumiał intencji środowiskowego Judyma i w przypływie złości wyciął drzewa w jego posiadłości. Oj dostanie się sprawcy jak tylko dostanie go w swoje ręce pierwszy sprawiedliwy Temid naszego kraju.
Jest on jednak póki co pochłonięty walką ze szpitalem, któremu nie udało się uratować życia jego ojca, z całym szacunkiem dla zmarłego. Nasłał on na ową placowkę kolejną kontrolę bo według niego to nie pan Bóg wezwał rodziciela jego na spowiedź ostateczną tylko jakiś niesprawny lekarzyna dokonał czynu zabronionego. Ścigać musi nasz Temid rownież wszystkich sędziów, którzy orzekają na niekorzyść lepszego sortu a lektura wyroków w tym względzie jest niemała a czasu coraz mniej. 
Ministrowa od cyfryzacji bąknęła coś na temat rządu, że ten odmawia współpracy z fachowcami w tej dziedzinie, przedkładając przekonania polityczne nad wiedzę praktyczną. Na odpowiedzieć premierowej nie trzeba było czekać długo. Potwierdziła ona spostrzeżenia pani od komputeryzacji kraju ale tego trzeba było doczytać się między wierszami. Ważniejsze bowiem dla pani premier było aby dać swojej podwładnej do zrozumienia, że nie ma pozwolenia na wychylania się od jedynie słusznej linii przewodniej siły narodu, partii prezesa.
Środowisko nauczycielskie też nie bardzo chce się pogodzić z reformą na ich podwórku. Zażądało  ono nawet  referendum w tej sprawie. Ktoś widocznie nie zwrócił uwagi, że w tym rządzie nikt się nie obija i nikt nie ma czasu na opinie zainteresowanych czymkolwiek. Tu po prostu wiedzą co jest dla nas dobre a na rozmowę z kimkolwiek na cokolwiek nie będą tracić czasu. Nie ma zatem mowy o referendum bo zmiany w oświacie walą już pełną parą uświadomiła nawiedzonych nauczycieli pani premier.
W NATO zaś mają jakieś pretensje do naszego specjalisty od spraw zagranicznych bo ten nie chce powierzyć stanowiska sprawdzonemu specjaliście i długoletniemu pracownikowi paktu reprezentującemu nasz kraj. Nasz pan minister chciał tam kogoś z San Escobar na co nie ma z kolei zgody NATO bo twierdzą, że owe państwo nie należy do struktur tej organizacji. Chyba to oni mało wiedzą.
Wicemarszałek Sejmu niejaki pan Terlecki nie zawahał się ani przez chwile by przyjść prezesowi z pomocą gdy tego chciał nagrać jakiś reporter, zapewne niezwiązany z telewizją narodowa. Sponiewierany życiem pan wicemarszałek rzucił się na owego dziennikarzynę niczym uczestnicy kibolskiej ustawki na siebie. Ucierpiała kamera, która pozbawiona została kabla i tak z nagrania wyszły nici. Pan wicemarszałek za to może liczyć na kolejne nominacje, może nawet na szefa rządu gdyby…..
Jakby tego wszystkiego było mało popierany przez nasz rząd kandydat na prezydenta Francji niejaki Makaron Włoski tfu, Emmanuel Macron opowiedział się za sankcjami dla naszego kraju w związku ze sposobem w jaki aktualny rząd sprawuje władze. Musowo musiał mu to podszepnąć niejaki Tusk, który podobno rozpoczął w naszym kraju kampanie wyborczą na prezydenta i to wtedy kiedy został wezwany do Polski przez prokuraturę w celu przesłuchania. No szczyt bezczelności. 
Jesli do tego dodamy, że amerykański prezydent od siedmiu boleści chce nas pozbawić dotacji i zapewne do tego doprowadzi to bez ogródek należy stwierdzić, że poza drobnymi potknięciami wszystko w naszym kraju ma się dobrze i idzie w z góry zaplanowanym kierunku. Trzymam kciuki.

Znowu w podróży

Kontynentalne przemieszczanie stało się ostatnio częścią naszego życia. Dobrze, że mamy punkt zaczepienia w Stanach i nie musimy lecieć z Ekwadoru do Polski non stop. Taka podróż trwa dość długo i niewątpliwie byłaby bardziej uciążliwa. Nadszedł właśnie czas wyprawy do rodzinnego kraju. Zgodnie z naszym harmonogramem postanowiliśmy, że spędzimy parę dni z dzieciakami zanim nasze drogi rozdzielą się na parę miesięcy. Luśka wiedząc, że przez chwile będzie nieobecna musiała doprowadzić i zostawić dom w stanie, który uważała za satysfakcjonujący. Na tym punkcie różnimy się trochę w opiniach podejrzewam jednak, że nie tylko my. Nasza podróż do New Jersey ma w sobie zawsze przesiadkę. Najlepszą drogą jest lot do Panamy gdzie zmieniamy samolot do Newarku. Tym razem z uwagi na fakt, że Luśka leciała na bilecie powrotnym musieliśmy się przesiać w Miami. Tuż przed wylotem American Airlines wysłał mi wiadomość, że z uwagi na przewidywane złe warunki atmosferyczne panujące na wschodnim wybrzeżu Stanów powinnismy się spodziewać opóźnień w locie. Z naturą nie wygra. Licząc się zatem z konsekwencjami rozpoczęliśmy podróż z Guayaquil do Miami zgodnie z planem. Jedyną przygodą była konieczność pokazania ekwadorskim pogranicznikom co wywozimy bo prześwietlenie naszych bagaży im się nie spodobało. W takich wypadkach wywołują pasażera przez lotniskowy system nagłaśniający. Nigdy nie otwierają bowiem bagażu bez obecności jego właściciela w przeciwieństwie do procedur w Stanach gdzie bagaż otwierają mając w poważaniu jego późniejsze w miarę przyzwoite spakowanie. Amerykańscy celnicy mają karteczkę, która pozostawiają na pamiątkę w bagażu, na której powołują się na jakieś bzdury o bezpieczeństwie wymyślone przez tropiciela diabłów niejakiego Busha Juniora. W Ekwadorze robi się przegląd w sposób bardziej cywilizowany. Najpierw drą się przez megafony, że taki a taki terrorysta ma się skontaktować z obsługą bramki. Biorą potem takiego bandziora, w tym przypadku mnie, do miejsca z bagażami gdzie spisują personalia osobnika a potem każą mu otworzyć bagaż. Widać na ich twarzach, że lubią to grzebanie bo to prawie jak striptease pasażera. No ale taka ich praca. Rzadko coś znajdują, przynajmniej jednak pomagają się ponownie spakować. Nic oczywiście przy nas nie znaleziono a my przy okazji mieliśmy choć odrobine czasu wypełnianą w oczekiwaniu na samolot zamiast siedzieć bezczynnie. Do Miami dolecieliśmy zgodnie z planem. Tu rownież wyglądało wszystko w porządku do momentu rozpoczęcia wpuszczania pasażerów na pokład samolotu. Oops, nie dolecimy na czas bo w Newarku warunki atmosferyczne mogą nie pozwolić na lądowanie. Pomyślałem więc, że wyślę wiadomość tekstową do naszego synala aby go uprzedzić o naszym opóźnieniu. Miami daje półgodzinny darmowy dostęp do internetu. Dorwałem zatem mojego kompa i wysłałem wiadomość. Mając to za sobą pomyślałem, że jeszcze trochę poserfuje sobie po internecie. Moje pół godziny prawie dobiegało końca gdy nagle przez skype nasz syn zaczął się do nas dobijać. Połączyliśmy się bez problemów ale jego pierwsze pytanie niemal zwaliło nas z nóg. „Kiedy wy przyjeżdżacie”? Jak to kiedy, jesteśmy już w Miami i za chwilę odlatujemy i do New Jersey. „A ja byłem przekonany, że to jutro”. Nieoczekiwane opóźnienie okazało się zatem zbawienne, bez niego pewnie po przylocie czekałaby nas nieprzewidywana „niespodzianka”. Skończyło się bez niej bo wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny. W Newarku warunki atmosferyczne wcale niebyły takie tragiczne. Opóźnienie samolotu było zaplanowane abym wykonał to połączenie, którego nie planowałem. Przeznaczenie i tyle.  

.  

Podatek od bycia gringo

Kolejne lata spędzone w Ekwadorze pozwalają mi na coraz lepsze poznanie okolicznych ludzi i ich zwyczajów. Dochodzę powoli do wniosku, że świat w podstawowych sprawach i aspektach życia mało się różni. Ekwador jest krajem na dorobku. Widoczne są duże podziały społeczne. Ludzie, którzy reprezentują tutejszą średnią klasę muszą mieć pomoc domową bo wręcz nie wypada aby kobieta zajmowała się domem nawet jeśli ma na to czas. Amerykanin albo ktoś pochodzący z zagranicy, próbujący się tutaj osiedlić jest postrzegany jako bezdenny worek z pieniędzmi.  Nie jest to oczywiście generalna zasada ale można ją odczuć niemal na każdym kroku. Co ciekawe na bycie bez skrupułów wykorzystanym narażają nas przede wszystkim ci lepiej sytuowani często starający wkraść się w nasze łaski. Jest to bardzo łatwe bo ta grupa ludzi zna język angielski co umożliwia im łatwe nawiązywanie kontaktów z przybywającymi do Ekwadoru Amerykanami, których większość nie ma pojęcia nawet bladego o języku hiszpańskim. Polegają zatem często na reklamowanych przez swoich znajomych mówiących po angielsku tubylcach. Pojęcie podatek od bycia gringo jest bardzo powszechny wsród przybywających do Ekwadoru. Wielu z nas nie ma problemu z płaceniem wyższych cen na prywatne usługi bo płace robotników są tak niskie, że pare dolarów więcej na dniówce nie robi większej różnicy dla przeciętnego amerykańskiego portfela. Sam wykorzystujė do prac koło domu miejscowego robotnika i chociaż mamy dżentelmeńską umowę co do wynagrodzenia mój pomagier często spóźnia się i wychodzi wcześniej. Fakt jednak pozostaje faktem, że pracuje bardzo cieżko a gdy zwracam mu uwagę na jego brak punktualności śmieje się do mnie rozbrajająco co  wywołuje i na mojej twarzy uśmiech i jutro jest to samo. Przyzwyczaiłem się  już do tego zwłaszcza, że wkłada w to co robi dużo serca i stara się to zrobić jak najlepiej, a że przy okazji nie pracuje umówionej ilości godzin przestało mieć większe znaczenie. Inaczej sprawy mają się z tymi niby mądrzejszymi bardziej wykształconymi tzw znajomymi, którzy często uważają siebie za naszych przyjaciół. Większość z nich jest opętana przez chciwość i pozbawiona wszelkich skrupułów. Pamietam jak jeden z tej właśnie grupy ludzi na spotkaniu z amerykańskimi inwestorami mówił jak bardzo go martwi fakt, że jesteśmy wykorzystywani przez cwanych Ekwadorczyków a po chwili rzucał w nas takimi cenami, że nawet w najdroższym stanie w USA z a podobna usługę tyle by nikt nie zapłacił. Z tego typu postawą spotkałem się tutaj wielokrotnie aczkolwiek daleki jestem od generalizowania. Wszyscy rozumiemy, źe tutejsze koszty utrzymania są dla nas w porównaniu z życiem w Stanach czy Polsce o wiele niższe. Wielu z nas płaci podatek od bycia gringo z uśmiechem. Jest jednak różnica pomiędzy sposobem w jaki nam naliczają ów podatek robotnicy i ci tzw przyjaciele. Chciwość wszędzie ma taki sam kształt i wygląd. Mam wiele respektu dla tych, którzy cieżko pracując starają się troszeczkę „nabrać” swojego pracodawcę. Na chciwców jedyna rada jest jak najszybsza nauka języka z czym walczę każdego dnia. Idzie jak po grudzie ale ja im jeszcze pokaże. 

Smoleńsk po amerykańsku

Nasza premierowa po spektakularnej klęsce w Brukseli, którą razem z prezesem próbowała sprzedać narodowi jako sukces zauważyła, że słupki zaufania do niej zaczęły dołować. Przyjęła zatem w ostatnim okresie taktykę pierwszego obywatela czyli najlepiej się nie odzywać. Zabierając rzadko głos w ważnych sprawach okazuje się, że prowadzi on w rankingach zaufania. Ta taktyka sprawdza się nawet wtedy gdy pan prezydent rozsierdzony ignorancją ministra od obrony smaruje do niego pisma, które jakoś przedostają się do mediów. Hetmana Wielkiego Koronnego można besztać bo on w kategorii zaufania znajduje się na samym dnie i chociaż nie powinno się kopać leżącego to w tym wypadku ludziskom się to nawet podoba. Specjalnym zaufaniem nie cieszy się również znawca spraw zagranicznych, który wije się jak piskorz starając się udowodnić swoją przydatność z czego niewiele mu wychodzi,  no może poza nawiązaniem stosunków dyplomatycznych z San Cristobal. Mnie najbardziej rozśmiesza jego naiwność w relacjach z wielkim bratem zza wielkiej wody. Kiedy na prezydenta, dawno temu, wybrano niejakiego juniora od tamtego momentu stopień inteligencji tamtejszych polityków budzi zastrzeżenia wielu obserwatorów amerykańskiej polityki. Miał okazję przekonać się o tym nasz znawca spraw zagranicznych, który oczekiwał, prawdę mówiąc nie wiem za bardzo czego, pomocy od wielkiego brata w zakończeniu kryminału smoleńskiego. Ustami swojego ambasadora w Polsce nasz największy sojusznik stwierdził, że zrobili już wszystko w tej sprawie co mogli. Urzędnik zza wielkiej wody znowu nic nie załapał. Nam nie chodzi o żadną pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy. Nasi specjaliści z komisji smoleńskiej już dawno je ustalili. Wprowadzają od czasu do czasu tylko drobne poprawki do swoich koncepcji jednak fakt, że to był zamach stanu nie podlega żadnej dyskusji. My oczekujemy w związku z tym inwazji Amerykańców na sprawców tego zamachu czyli na putinowską Rosję. Ileż można o to prosić? Juz nawet nie zależy nam na zniesieniu wiz, byle tylko dzielna armia zza wielkiej wody przyjechała do nas i z naszego kraju uderzyła i zniszczyła to czerwone zło ze wschodu. Nie łapał tego Obama i widać nie łapie tego Trump. Hm, może to jednak nasi rządzący nie rozumieją że Ameryka to przede wszystkim business i pieniądze. Kierując się zatem mocno podejrzaną polską racją stanu mogliby na tym więcej stracić niż zarobić. Warto aby nasi rządzący, poddani amerykańcom, o tym pamiętali. Brat zza wielkiej wody już raz postawił na nas krzyżyk, jak trzeba będzie to zrobi to ponownie. 

Dwie sprawności

Dawno już nie pisałem na temat mojego ulubionego ministra w w naszym rządzie  wszechczasów. Szogunowi od obrony pali się ostatnio coraz mocniej grunt pod nogami. On jak widać jednak niewiele sobie z tego robi. Odwołał kogo się dało a na zwolnione  stanowiska powołał tych co zdali pozytywnie musztrę z parasolkami. Bronił tak długo jak mógł balast wizerunkowy PiS-u aż wreszcie sam król Wszechpolski musiał pogonić z partii śmiesznego rzecznika. Teraz się okazuje, że specjalista od lotnictwa w komisji smoleńskiej maczał łapy tam gdzie ich maczać nie powinien. Zdawać by się mogło, ze dni Hetmana są policzone. Stoi jednak on na czele armii, w której wymienił już wszystkich nieposłusznych. Jak się będą go dalej czepiać zawsze może wyprowadzić wojsko na ulice i wprowadzić stan wojenny, tfu na psa urok, stan wyjątkowy dla oczywiście dobra ojczyzny. Niby zwierzchnikiem sił zbrojnych jest pewien facet co to mieszka w Belwederze. Zaczął on nawet domagać się odpowiedzi od ministra na temat wojska i jego stanu. Szogun to jednak olał i nie zamierza się tłumaczyć nikomu na temat swoich decyzji zwłaszcza komuś kogo nie bardzo zna. Prawdę mówiąc po tym jak prezes przegonił zaufanego pracownika on sam niewiele może powiedzieć co się dzieje w armii. Nigdy zbytnio nie interesował się ministerstwem od obrony będąc pochłoniętym spiskiem w Smoleńsku. Siedem lat z górą już tropi domniemanych zamachowców, zna nawet ich nazwiska tyle, że nie idzie ich postawić w stan oskarżenia bo jeden jest prezydentem Rosji a drugi mimo, że pełni jakieś mało odpowiedzialne stanowisko w parlamencie unijnym to ktoś dał mu immunitet i nie ma jak się do niego dobrać. Ma rownież nasz pan minister zobowiązania wobec swoich wyborców z miasta Piotrków Trybunalski i tak na dobrą sprawę nie ma zbyt wiele czasu na ministerstwo od obrony. Ma jednak na kierowniczych stanowiskach w armii swoich ołowianych żołnierzy, którzy pójdą za nim w ogień. Nie będzie zatem łatwo pozbyć się Hetmana zwłaszcza, że sam nie ma ochoty zrezygnować z zajmowanego stanowiska bo zbyt na sercu mu leży dobro kraju i jego obywateli. Przyzwyczaił się poza tym do pewnych przywilejów i cieżko byłoby mu z nich zrezygnować. Okazuje się, że jest on wielkim miłośnikiem pływania tylko, źe znowu z jego czasem nie bardzo ma kiedy pływać. Korzysta zatem z basenu żandarmerii w środku nocy. Na jej czele też postawił swojego człowieka bo poprzednik nie miał ochoty sterczeć po nocach w oczekiwaniu na szacownego bojownika o prawdę smoleńską. Uprawia teraz więc tę swoją ulubioną dyscyplinę sportu pod ochroną nowego generała od żandarmerii i niech mu ktoś sprubuje podskoczyć. Pan minister przygotowuje się do walki wręcz o swoje stanowisko dbając o swoją kondycję fizyczną. 

Jak sam stwierdził w jednej ze swoich swoich wypowiedzi „sprawność fizyczna jest najważniejsza”. I wyszło mi na to, źe znowu przez całe życie byłem w błędzie sądząc, że to jednak sprawność umysłowa powinna być priorytetem. Cóż człowiek uczy się całe życie by głupim umrzeć. 

Kłótnie z opadami

Co mają ze sobą wspólnego deszcz w Ekwadorze z przegranym kandydatem na prezydenta tego kraju? Ano to, że oboje nie dają za wygraną. Po mniej więcej tygodniu bez opadów matka natura zreflektowała się, przypominając sobie, źe przecież mamy porę deszczowa i każdego dnia znowu sowicie obdarowuje nas kolejnym litrami anielich łez. Wynikałoby z tego, że i w niebie coś jest nie tak skoro zastępy skrzydlatych istot wylewają tyle łez. Jeśli nawet płaczą nad rządami w Polsce to niech ta woda tam się leje a nie tutaj. Może jednak płaczą nad tym co się dzieje tutaj bo mija trzeci tydzień od wyborów a wciąż kandydat, który uległ w dogrywce wymyśla rzeczy nie z tej ziemi aby jego zwolennicy nie uznali ich wyników. Liczą zatem te głosy gdzie według niego doszło do fałszerstw i nic nie szkodzi, że niczego jak do tej pory nie udało sie udowodnić. Ostatnie zarzuty są takie, że podmieniono prawidłowe głosy ze sfałszowanymi nad czym czuwa aktualny prezydent bo to przecie kandydat z jego partii nieoficjalnie został zwycięzcą. Trwają zatem przepychanki rownież na ulicach niemal jak w trakcie przyjazdu pewnego gościa z Brukseli do Warszawy. Cieżko przewidzieć jak się ten upór skończy i kto lub co wcześniej ustąpi Lasso czy deszcz. Kolejne opady spowodowały na mojej drodze do cywilizacji sporo osuwisk błotnych nie mówiąc o konkretnych zniszczeniach na niej samej. Do tej pory jednak wszystko było w granicach relatywnie szybkiej naprawy. Wczoraj jeszcze maszerowałem z Cuenki i chociaż nie brakowało na drodze wody i górskiego mułu, dało się przejść. W nocy jednak w niebiesiech musiało dojść do konkretnej awantury bo chlusnęło na nas bezlitośnie. W efekcie nasz sąsiad, który dojeżdża do pracy codziennie został uziemiony z powodu poważnego osuwiska, które zatorowało nasz highway nie tylko dla ruchu kołowego ale i dla pieszych rownież. Podobno trwa naprawa i jeśli w niebie doszli do porozumienia, na co wskazywałaby dzisiejsza piękna pogoda, to jest spora szansa, źe droga odzyska przejezdność. W normalnej sytuacji nie martwi nas taki stan rzeczy zbytnio. Niestety w naszych planach na przyszły tydzień znajduje się lot do kraju Trumpa zatem chcielibyśmy nasze bilety wykorzystać. Mądrzy ludzie wymyślili pewne powiedzenie którego ja się trzymam jak tonący brzytwy. Otóż wszystko co się wokół nas dzieje ma swoje przyczyny a z nimi najlepiej jest się zgadzać. To chyba takie wolne tłumaczenie powiedzenia, że niech się dzieje wola nieba z nią się  zawsze zgadzać trzeba. Amen.

Fair Play czyli Gest Garrinchy

Po ostatnich kontrowersyjnych rozstrzygnięciach meczów piłkarskich z cyklu Ligii Mistrzów opętało mnie znaczenie pojęcia fair play. Wrzuciłem zatem w wyszukiwarkę internetową to hasło aby się dowiedzieć czegoś więcej na rzeczony temat. Ku memu zaskoczeniu zagranie, które uznano za fair play po raz pierwszy miało miejsce już w 1960 roku a pierwszym zawodnikiem, który wykopał piłkę celowo poza boisko z uwagi na kontuzje rywala był, uwaga, Garrincha. Stąd też to zachowanie zostało określone gestem Garrinchy. Było w tym rzeczywiście coś na wskroś pięknego co miało świadczyć o duchu sportowej walki i nie wygrywaniu za wszelka cenę. Chodzilo w tym wszystkim rownież o respekt dla przeciwnika. Gest Garrinchy stał się tak powszechny, że trudno sobie dzisiaj wyobrazić aby mecz mógł się odbyć w całości bez chociaż jednego z tego typu wykopów piłki na aut. Niestety zmienili się zawodnicy, którzy dzisiaj zalegają na boisku z byle powodu i po niemal każdym starciu z przeciwnikiem. Nowoczesny piłkarz dnia dzisiejszego to już nie tylko utalentowany zawodnik tej dyscypliny sportu to rownież absolwent jednej ze szkół teatralnych. Odgrywają zatem te swoje komedie po każdym wyskoku trzymając się za głowę i po każdym wślizgu łapiąc się za okolice piszczela. Piłka to sport kontaktowy i bez mniej lub bardziej groźnych faulów mecz nie byłby tym samym widowiskiem. Dzisiejsi zawodnicy w arsenale swoich umiejętności musza rownież mieć „bajerowanie” sędziego czyli jak wymusić faul, którego nie było. Najbardziej popularne jest oczywiście tak zwane nurkowanie szczególnie w polu karnym. Padają jak ścięci toporem udając, że właśnie doznali wielomiejscowego złamania nogi i ich kariera jest skończona. To nic, że telewidzowie zobaczą powtórkę, po której dostaną ataku histerycznego śmiechu, najważniejsze aby nabrać sędziego i wymusić wapno. Gdy sędzia nie da się jednak nabrać rozkładają wtedy ręce w geście pokrzywdzonego dziecka po czym równie szybko wstają i wracają do gry. Dzisiejsza piłka to przecież taki spektakl a to, że banda idiotów na stadionie się nim podnieca i miliony przed telewizorami obgryza paznokcie to już ich problem a nie zarabiających miliony aktorów zwanych piłkarzami. Gdy jednak jeden z nich padnie na glebę i zwija się z bólu jak po wylewie to koniecznie trzeba zatrzymać grę i udzielić pomocy umierającemu. Czasami to zaleganie na murawie nie ma nawet nic wspólnego z kontaktem z przeciwnikiem, ot zwykły skurcz, który w zawodach piłkarskich może mieć następstwa z końcem kariery włącznie. Zdruzgotany jednak nieszczęściem członka tej samej grupy związków zawodowych, unijny kolega wykopuje piłkę na aut na znak solidarności. Tak przecież nakazuje kod fair play. Co innego nurkowanie w polu karnym, udawanie ostrego faulu w celu spowodowania czerwonej kartki, słowne obrażanie rywala aby go wyprowadzić z równowagi, żeby tylko wymienić kilka standardowych „zagrywek” nie koniecznie piłkarskich ale mających miejsce w trakcie każdego meczu. Po co komu potrzebne to udawanie dbania o zdrowie przeciwnika? W dzisiejszym sporcie liczy się kasa, która się dostaje za zwycięstwa a nie za porażki. Doskonale o tym wie dwudziestu dwóch milionerów biegających po boisku. Fair play?  Mało kto z nich rozumie to pojęcie bo gdyby tak było to napewno nie mielibyśmy wymuszeń rzutów karnych czy czerwonych kartek. Udawanie, że ktokolwiek z nich dba o wygranie meczu zgodnie z duchem sportu to profanacja gestu Garrinchy. Nie mam złudzeń, że wielki Brazylijczyk widząc do czego sprowadzono jego zachowanie przewraca się dzisiaj w grobie. 

Dzisiaj w Barcelonie wielka Barca spróbuje dokonać kolejnego cudu i odrobić trzy bramki z Turynu. Mając w swoim składzie mistrzów świata w nurkowaniu w osobach Neymara i Suareza nie jest to niemożliwe. Czy uda im się naciągnąć arbitra? Wkrótce się przekonamy. Mnie nie pozostaje nic innego jak życzyć sobie i wszystkim miłośnikom kopanej emocjonującego meczu bez niepotrzebnego wykopywania piłki na aut w geście Garrinchy za to w duchu fair play i niech wygra lepszy a nie ten, który lepiej udaje.