Bardzo ważne zwycięstwo

Od falstartu w Kazachstanie zanotowaliśmy cztery kolejne zwycięstwa i zdecydowanie prowadzimy w naszej grupie eliminacyjnej. Trzeba jednak przyznać, że poza meczem z Rumunią każde spotkanie to jedna wielka nerwówka. Szczęście niewątpliwie nam sprzyja i oby nam w dalszym ciągu tak dopisywało. Napewno w każdym rozegranym do tej pory meczu mieliśmy przewagę, którą za każdym razem dokumentowaliśmy strzelonymi bramkami. Niestety po objęciu prowadzenia nigdy nie potrafiliśmy udokumentować tego kolejnymi golami, może poza spotkaniem z Danią. Jednak nawet w tym meczu pozwoliliśmy sobie na strzelenie dwóch goli powodując, że końcówka była bardzo nerwowa. W dzisiejszym meczu dominowaliśmy bezwzględnie. Kontrolowaliśmy przebieg spotkania nie dając wiele miejsca Czarnogórcom na rozgrywanie swoich akcji. Wspaniały gol Lewandowskiego z rzutu wolnego był w pierwszej połowie najniższym wymiarem kary. Spokojnie mogliśmy prowadzić różnicą dwóch bramek. Początek drugiej połowy też nie wskazywał na nerwową końcówkę. Mieliśmy kolejne zaprzepaszczone sytuacje pod bramka na zdobycie następnych bramek. I nagle ni stąd ni zowąd przypadkowa bramka Czarnogóry i mecz zdawał się nam wymykać spod kontroli. Przeciwnicy ruszyli bowiem do ataku i gdyby po rzucie rożnym zostawiony zapełnienie samemu sobie ich napastnik nie spudłował fatalnie to mogliśmy przegrywać. Szczęście nam jednak dopisało tak jak w spotkaniu z Armenią, w którym w ostatniej minucie powinniśmy przegrywać ale ich kontra i sam na sam z bramkarzem skończyła się fatalnym strzałem Armeńczyka a w chwilę potem rzut wolny wykonywany przez Błaszczykowskiego, Robert Lewandowski zamienił na zwycięską bramkę. Mój słowacki sąsiad ma powiedzenie, które bardzo mi się podoba; nie dasz, dostaniesz. Czarnogóra nie wykorzystała swojej szansy na objęcie prowadzenia i została ukarana. Łukasz Piszczek zachował się jak rasowy atakujący ze spokojem przerzucając piłkę nad wybiegającym bramkarzem nie mając na to ani aż tak wiele miejsca ani czasu. Po pierwszej rundzie spotkań prowadzimy zdecydowanie w tabeli z przewagą aż sześciu punktów. W rewanżach trzy mecze rozegramy na własnym boisku a dwa na wyjezdzie i zdawać by się mogło, że tylko jakieś nieszczęście może mam odebrać wygranie grupy. Osobiście nie widzę takiej możliwości, chociaż w sporcie wszystko jest możliwe. Cieszy bardzo ta wygrana w Czarnogórze. Zwycięzców się nie sądzi czego i ja nie zmierzam tego czynić. Chciałbym jednak oglądać więcej takich meczów jak z Rumunią, bez nerwów w końcówce. 

Ołowiany Szogun

Patrząc na naszego Szoguna czyli ministra od obronności przypomina mi się piosenka o małym chłopcu co to chciał być żołnierzem. Miał on ołowiane wojsko i wyprawiał z nim co mu się podobało. Nasz Hetman Wielki Koronny tez żyje w jakimś iluzorycznej przestrzeni , z której nawet Król Polski Jarosław Ponury nie może go wydostać sam coraz głębiej zapadając się w owym świecie. A w nim istnieją tylko trzy podmioty poza naszym ukochanym krajem: Królestwo Dobra czyli kraj za wielka wodą, Królestwo Zła czyli stepy na wschodzie i Diabeł Wcielony czyli przewodniczący Rady Europejskiej. Nie pojmuje z jakich powodów pan Antoni został powołany na stanowisko Szoguna. Jeżeli już koniecznie trzeba było dać jakieś ministerstwo temu panu należało coś dla niego stworzyć na ten przykład Ministerstwo do Walki z Diabłem Wcielonym, czy może do spraw Religii Smoleńskiej. Religia i Diabeł to sprawy nienamacalne a w nich nasz wielki odkrywca prawdy nawiedzonej czuje się najlepiej. Splata te swoje podejrzenia, przypuszczenia, historyjki wcale nieśmieszne zapominając, że stoi na czele armii złożonej nie z ołowianych żołnierzyków. Zauważył to nawet mało widzący mieszkaniec Belwederu i z przejęcia napisał list do Hetmana. Ten jednak znowu jest na delegacji w Smoleńsku i zastrzeżenia pierwszego obywatela przekazał zapewne do rozpatrzenia swojemu rzecznikowi, który niby jest wizerunkowym problemem ale na armii zna się, jak wieść niesie, lepiej niż jego szef. Zasłynął ów rzecznik szczególnie wprowadzeniem musztry z parasolem. I tak mamy to co mamy: minister od siedmiu boleści miota się miedzy Kremlem a Brukselą w swojej wyimaginowanej rzeczywistości w poszukiwaniu diabła albo diabeł wie czego. Od czasu do czasu w realnym życiu wpadnie do Warszawy w celu złożenia jakiegoś doniesienia do prokuratury, na nie ma znaczenia kogo, byleby donieść ( jedno z ulubionych zajęć pana Antoniego ). Pilną uwagę zwraca na płomień religii smoleńskiej i jak juz przygasa to dorzuci do niego znowu jakiś absurdalny pomysł. A w ministerstwie szarogęsi się chłopak, któremu się zdaje, że wojsko jest z ołowiu i można je przetapiać według własnego widzi mi się. Paru generałów nie dało się przetopić i uformować z parasolką w ręku więc musieli zrezygnować. Oczywiście wszystko się odbywa w ramach dobrej zmiany, czego nie omieszkał zauważyć Król Wszechpolski Jarosław Ponury. Jak tak dalej pójdzie to nasze wojsko nie będzie nawet ołowiane a bardziej papierowe. W razie „W” Donald ten zza wielkiej wody na sto procent nam pomoże. Nie ma się zatem co martwić. 

Lenin na prowadzeniu

Za niespełna dwa tygodnie poznamy nowego prezydenta Ekwadoru. Na placu boju pozostało po pierwszej rundzie dwóch kandydatów. Lenin Moreno nie przypadkowo nosi imię wodza rewolucji październikowej. Jego rodzice nadali mu to imię na znak swojego uznania dla pierwszego przywódcy kraju rad. Nie wiem na ile znali prawdziwą stronę bolszewizmu, zapewne jednak marzyły im się utopijne zasady komunizmu. Ich syn to kandydat, którego popierają najbiedniejsze warstwy społeczne i te, które są o włos wyżej w tej hierarchii. Wstępne badania opinii publicznej po pierwszej rundzie dawały przewagę jego konkurentowi, Guillermo Lasso, którego poparli niemal wszyscy kandydaci, którzy odpadli w rozpoczynającym wybory głosowaniu. Wydawało się zatem, biorąc pod uwagę niewielkie różnice, że to właśnie on zastapił ustępującego prezydenta Rafaela Correę. Powiązania Lasso z bankami nie wpłynęły korzystnie na sposób jego odbierania. Nieoczekiwanie zatem na niespełna dwa tygodnie przed głosowaniem w sondażach prowadzi Moreno, którego przewaga jest już ponad dziesięć punktów procentowych. Ekwador to wciąż państwo na dorobku z dużą przewagą klasy żyjącej z dnia na dzień. Rafael Correa zrobił wiele aby tym ludziom pomóc ale robił to kosztem ludzi lepiej usytuowanych, opodatkowując ich jak się tylko da. To spotyka się z coraz większym ich sprzeciwem pozostawiając sprawę wyboru następnego prezydenta ciagle otwartą. Wielu z moich znajomych, którzy w poprzednich wyborach poparli Correę dzisiaj odwracają się od jego partii niezgadzając się z wieloma pomysłami ustępującego prezydenta. dlatego właśnie mam wrażenie, że w ostatnich dniach wiele jeszcze może się zmienić.  Nieszczęściem jednak jest to, że grupy popierające swoich kandydatów nie potrafią ze sobą rozmawiać i są w stosunku do siebie bardzo agresywne. Nie wróży to nic dobrego na przyszłość. Głównym tematem poza gospodarczo-ekonomicznymi jest korupcja, która jest największa plagą na szczeblach rządowych. Nikt nawet nie stara się tego faktu ukryć a Lenin Moreno wręcz miał powiedzieć, że oczywiście jego partia kradnie tylko, źe nie aż tyle ile ukradła partia jego przeciwnika kiedy ona sprawowała władze. Ot taka miejscowa „uczciwość”. Nie znam dokładnie programów obu kandydatów, nie mam jednak watpliwości, że w krajach o tak silnej przewadze ludzi reprezentujących niższe warstwy społeczne, cieżko będzie wygrać komuś kto jest kojarzony ze środowiskiem bankowym, które chyba już na całym świecie uważane jest za najbardziej chciwe. Tak czy inaczej nadchodzi nowe bo nawet Moreno chce zrezygnować z niektórych podatków narzuconych przez Correę. Finał rozgrywki odbędzie się drugiego kwietnia a pare dni potem poznamy zwycięzcę. Oby tylko nie było takich podziałów jakie mamy w Polsce.

Królowie życia

Jeśli nie wiecie

Co dzieje się w świecie

Czytajcie proszę 
Co ja donoszę
Ze Stanów wieści
W głowie pomieścić
Nie sposób nijak
Więc je pomijam
Chcesz wiedzieć chłopie
Co w Europie?
Przeszkód nie widzę
Lecz na to liczę
Że jak tam mieszkasz
To oczy wytrzeszczasz
Bo nikt nie pojmuje 
Co Unia tam knuje
W Polsce podobnie
Równie żałobnie
O wierze kadzą
Gdzie nas prowadzą
Sami nie wiedzą
Więc bzdury bredzą
W Syrii wciąż walczą
A w Rosji warczą
Że rządu Asada
Bronić wypada
Chociaż on zbójem
Co ludzi morduje.
A w Ekwadorze 
Bitwa na noże
Wybory za pasem
Kto będzie asem?
Lepiej nie wiedzieć
I w domu siedzieć 
I gdzie by nie spojrzeć
Sam musisz dojrzeć
Że zło nas ogarnia
Jak wściekła psiarnia
Kierując się złością
Zamiast miłością
Miast się jednoczyć
Plujemy w oczy
Sobie nawzajem
Bo to nam daje
Poczucie bycia
Królami życia 
A co u mnie w domu?
Nie powiem nikomu.
 

Kiedyś a dzisiaj

Po kompromitacyjnej porażce przyszło opamiętanie. Kandydat na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej wysunięty przez polski rząd, po snach o potędze, rozbudził się w szarzyźnie życia codziennego. Może nawet by się tym wszystkim aż tak nie przejął gdyby nie fakt, że jego miesięczny czek przez to całe fiasko rownież się skurczył. Zasiadający do tej pory w dwóch komisjach europejskich z ramienia swojej partii pan Wolski został z obu wykluczony i przeniesiony do innego ciała unijnego. Portretujący się na Rejtana obrońca polskich interesów twierdzi, że spodziewał się reperkusji swojego postępowania. Podobno nawet nie chciał ale musiał jakby to określił nasz były już prezydent. Oczywiście na jego decyzje nie miały wpływu rozgrywki wewnątrz jego poprzedniej partii lecz osobisty brak zgody na załatwianie spraw polskich poza granicami naszego kraju. Tak czy inaczej z komisji do spraw zagranicznych i komisji do spraw konstytucyjnych pozostały tylko wspomnienia. Teraz niedoszły przewodniczący znalazł się w komisji do spraw petycji. To takie ciało, w którym prostują banany i zastanawiają się czy pomidor to owoc czy warzywo. Jakby na sprawę nie patrzyć to w porównaniu z poprzednimi komórkami te przenosiny muszą oznaczać relegację. I tak właśnie to traktuje nowy zwolennik ideologii pisowskiej. Wyczytał jednak, źe pozbawienie go poprzednich stanowisk może być nielegalne zgodnie z jakimś tam artykułem regulaminu Parlamentu Europejskiego i będzie się odwoływał do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. I tak sobie myśle; jak to się czasy zmieniają: kiedyś porażka w stosunku 27:1 uznana byłaby za klęske, dzisiaj twierdzą, źe to zwycięstwo, sukces i bohaterstwo. Kiedyś tak ośmieszony „bohater” uniósłby się honorem i wycofał z życia publicznego, dzisiaj nie tylko tego nie zrobi a wręcz przeciwnie pójdzie do sądu w charakterze pokrzywdzonego a tych, którzy z niego szydzą oskarży o hipokryzję. W tym ostatnim punkcie trudno z panem Wolskim się nie zgodzić bo cała ta polityczna mafia to banda hipokrytów od Tuska zaczynajac na Kaczyńskim kończąc. 

Sekta na Wawelu

Niejaki Ryszard Nowak, przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa na Wawelu, które miałoby polegać na znieważaniu prezesa rządzącej partii niejakiego Jarosława Kaczyńskiego. Ów głoszący miłość i pojednanie dobroduszny pasterz wszystkich Polaków lepszego sortu przyjechał pomodlić się nad grobem brata w rocznice jego pochówku. Dla podkreślenia rodzinnego charakteru tego wydarzenia wziął ze sobą najbliższych członków pisowskiej familii marszałka i wicemarszałka Sejmu oraz marszałka Senatu. Na żałobników czekała niestety niemiła niespodzianka. Oto bowiem czekała na nich bliżej niezidentyfikowana sekta prawdopodobnie składająca się Polaków gorszego sortu, która chciała zakłócić pokojowy przecież przyjazd w celach religijnych pana prezesa. Pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli sobie pozostawiając jednak niemile wrażenie. Serdecznie dopiekło to panu Nowakowi, który dopatrzył się w tej manifestacji aktów sekciarstwa i przemocy, co miało się przejawiać w znieważeniu prezesa Kaczyńskiego, i z takim właśnie wnioskiem zwrócił się do prokuratury o przeprowadzenie śledztwa. Polska prokuratura już pewnie ledwo dyszy od podobnych wniosków bo gwoli przypomnienia ostatni sondaż zaufania dla polityków pokazuje, że aż 53% nie ufa prezesowi. Proponuje zatem panu Nowakowi niech do tego śledztwa dołoży te powyższe procenty i wtedy to juz byśmy mieli do czynienia z prawdziwą sektą. Myśle, że dobrym pomysłem byłoby dołożyć do sprawy rownież Antoniego obrońcy naszego kraju, któremu nie ufa sześćdziesiąt procent naszych obywateli. Jeśliby zatem udało się panu Nowakowi przekonać pierwszego prokuratora, że mamy do czynienia z olbrzymia sektą namawiającą do nienawiści i przemocy a potem skazać to całe towarzystwo na dożywocie to wreszcie w kraju nastałby ład i porządek pełen zgody i miłości. Podejrzewam, że takie rozwiazanie mogłoby się bardzo spodobać ministrowi od sprawiedliwości bo i on sam nie cieszy się zbyt wielkim zaufaniem. Jeśliby zabrakło miejsca w zakładach resocjalizacyjnych to zawsze można udobruchać Putina i wysłać te 60% na białe niedźwiedzie. Doprawdy panie Nowak nie ma co być małostkowym jak już walczyć z sektami do wykorzenić to plugastwo do samego dna. Miałbym jeszcze jeden pomysł dla pana Ryszarda, żeby lekko zmienił nazwę swojego komitetu na Ogólnopolski Komitet Obrony przed Przemocą i Sekciarstwem w skrócie O.K.O przed PiS – em. Wiem, wiem nie brzmi to zbyt dobrze i mogłoby świadczyć, że prezesowa partia to jakaś sekta. Z drugiej strony….

Cytaty dla Kaczyńskich i Trumpów tego świata.

Z ciekawością przeczytałem wywiad redaktora Onetu Bartosza Rumieńczyka z Janine Di Giovanni na temat wojny domowej w Syrii zamieszczony na tym portalu 18 marca. Rozmówczyni to korespondentka wojenna, która widziała niejeden dramat spowodowany walkami o coś tam, czy w imię czegoś tam. Kiedyś jedna z naszych ulubionych zabaw podwórkowych była gra w wojnę. Karabinami z patyków strzelaliśmy do siebie starając się wygrać i unicestwić wroga. Na końcu tej zabawy wszyscy jednak żyli i nie było żadnych ofiar śmiertelnych, ba nie było nawet rannych. Ta prawdziwa wojna to jednak nie zabawa, tu giną często niewinni ludzie niewiedząc dokładnie dlaczego. Konflikt w Syrii zaczął się od pokojowych demonstracji i przerodził się w sześcioletnią już wojnę domową, która dotknęła i zniszczyła cały ten kraj. Co gorsze trwa ona w najlepsze bez możliwości jakiegokolwiek rozwiązania. Mało tego, ów konflikt staje się zaczątkiem nowej zimnej wojny. Polecam przeczytanie tego wywiadu wszystkim, szczególnie tym nierozumiejącym tragedii uchodźców. Wielu z nas nie dostrzega jak niewinnie rozpoczynają się konflikty, które mogą mieć nieobliczalne następstwa. Dlatego zgadzam się z tezą Janine Di Giovanni, która brzmi następująco:
 
To czego dziś doświadczają Syryjczycy może przydarzyć się także nam 
 
A oto niektóre z pytań redaktora Onetu i odpowiedzi jakich udzieliła Janine:
 

A jakie były nastroje społeczne przed Arabską Wiosną? Czy Syryjczycy marzyli o obaleniu Assada i o wolności?

W Arabskiej Wiośnie, moim zdaniem, nie chodziło tyle o wolność, ile o godność. Ludzie domagali się równych szans oraz politycznej reprezentacji, politycznego głosu. Chcemy godności – to było naczelnym hasłem Arabskiej Wiosny. Ludzie chcieli mieć takie same możliwości, jakie mieli tylko przedstawiciele elity. Bo tak to już jest w reżimach – czy to arabskich, czy komunistycznych, że pewne posady i stanowiska są zarezerwowane wyłącznie dla tzw. elity. Tak samo było w przypadku Syrii – ludzie widzieli, że aby mieć dobrą pracę trzeba należeć do elity, najlepiej być alawitą tak, jak Assad. Arabska Wiosna w Syrii była więc napędzana ekonomiczną frustracją. Co więcej, tuż przed rewolucją, Syrię dotknęła susza, a ja uważam, że rewolucja wybucha wtedy, kiedy ludzi po prostu nie stać na chleb.

Bardzo ważna definicja reżimu i jeśli ktoś nie dostrzega zapędów naszej aktualnej władzy tym kierunku to proponuje chwile zadumy.

A jak syryjska wojna wpłynęła na kształt świata?

Odcisnęła na nas ogromne piętno. Możemy myśleć, że Syria jest daleko – ale upadłe państwo w Lewancie, w tym gorącym regionie, jest czymś szalenie niebezpiecznym. Czym bowiem są upadłe państwa? Są matecznikiem terroryzmu, tak jak Somalia, Jemen, czy Pakistan, który co prawda nie jest państwem upadłym, ale również stał się siedliskiem terroryzmu. Z drugiej strony kryzys uchodźczy napędza elektorat prawicowym populistom, czy to w Polsce, czy w Holandii, czy we Francji. Sam widzisz co dzieje się w twoim kraju, jak wielka jest niechęć wobec uchodźców. Jak bardzo niebezpiecznym politykiem jest Kaczyński? Takim samym jak Wilders w Holandii, Le Pen we Francji, czy Trump w USA. Ruchy polityczne wracają falami. Nie powinniśmy zapominać, że faszyzm w Europie zrodził się nie tak dawno temu.Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale uważam, że żyjemy w bardzo niebezpiecznych czasach. Ataki terrorystyczne będą się powtarzać i będzie ich coraz więcej, tego jestem pewna. Ale daliśmy też głos populistycznym przywódcom politycznym. I oni mają olbrzymie poparcie wśród ludzi, którzy boją się „obcych”. A „obcym” jest każdy, kto nie jest taki jak my.

Bez komentarzy.

A co dalej z Syrią? Pokój to jedna rzecz, ale czy po latach wojny domowej uda się tam zbudować spójne społeczeństwo?

W Rwandzie to się udało. W Bośni akurat nie, ale tylko dlatego, że ta wojna nie zakończyła się – moim zdaniem – uczciwym traktatem pokojowym. Ale zawsze jest nadzieja na pojednanie. Czasem może to trwać całe pokolenia, ale popatrz na Rwandę. Ludobójstwo miało miejsce w 1994 roku, a Rwanda potrafiła się z nim zmierzyć i miała olbrzymie międzynarodowe wsparcie w budowie państwowych instytucji. Co więcej, Rwanda ma dziś najwięcej kobiet w parlamencie, co pokazuje, jak niesamowitą drogę przeszedł ten kraj. Podobnie jest w RPA. Nelson Mandela wierzył w przebaczenie, mimo wszystkiego tego, co doświadczył. Przebaczenie jest bardzo trudne. Ciężko jest przebaczyć tym, którzy wymordowali twoją rodzinę i podpalili twój kraj. Tylko że społeczeństwa, które wychodzą z takich konfliktów, tak naprawdę nie mają innego wyboru. W przeciwnym razie będą tkwić w nienawiści na zawsze.

Jestem przekonany, że bardzo mało wiemy o Nelsonie Mandeli a przydałoby się dowiedzieć więcej na jego temat. Nie widzę możliwości ruszenia do przodu bez wybaczenia. Czasu nie da się cofnąć. Sprawujący władze w kraju ostentacyjnie modlą się i chodzą do kościoła ale nie potrafią wybaczyć. Kiepska to wiara.

A ta nienawiść rodzi kolejne konflikty.

Tak jak w Bośni. Wiesz, cały czas martwię się o przyszłość Bałkanów. Tylko powiem ci tak: widziałam ponad 18 wojen, a mimo to jestem optymistką. I wierzę w ludzkość. Wierzę więc, że można zakończyć wojnę w Syrii. Wierzę też, że ludzie będą mogli żyć tam w pokoju, nie zapominając o tym, co się wydarzyło, ale wybaczając.

No właśnie wybaczyć to nie znaczy zapomnieć. Trzeba kultywować i mówić o przeszłości jednak bez nienawiści. Dzisiaj widać, że język naszych elit nie tylko nie potrafi wybaczać ale wręcz namawia do nienawiści. Czas zrozumieć, że jest to zły kierunek dlatego uważam, że rzeczywiście to co się dzieje w Syrii może się przytrafić wszędzie.

 

Zastrzeżenia do ustawy

Nie wiem czy śmieszny czy dziwny jest ten nasz pan prezydent. Kiedy łamane było prawo przez rządzącą ekipę i Trybunał Konstytucyjny pod niezależnym prezesem kwestionował te przepisy, pan Prezydent nic sobie z tego nie robił i podpisywał ustawy bez względu na porę dnia, bez zastanowienia. Mało go interesowała krytyka wszystkich środowisk łącznie z jego Alma Mater, Uniwersytetem Jagiellońskim. Stał jak wierny żołnierz po stronie tych co kpili sobie z konstytucji. Ni stąd ni zowąd nie spodobały mu się przepisy ustawy o zgromadzeniach i postanowił zwrócić się do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie czy jej zapisy nie łamią ustawy zasadniczej. Może nawet i zrobiłoby to na mnie wrażenie gdyby nie fakt, że na stanowisku prezesa TK nie ma już osoby niezależnej, jest natomiast kolejna poddana wszechmogącego prezesa, która dopuściła do orzekania sędziów (cicho sza) wybranych niezgodnie z naszą konstytucją, których notabene dbający i stojący na jej straży pan prezydent zaprzysiągł. Po co zatem ta cała szopka z zastrzeżeniami do ustawy o zgromadzeniach? Dla mnie Andrzej Duda wiedział, że jego zastrzeżenia nie będą uwzględnione. Wie rownież jak bardzo podejrzewany jest o bycie zależnym od Jarosława Kaczyńskiego. Śmiem twierdzić, że gdyby ma czele Trybunału ciagle był sędzia Rzepliński belwederskich zastrzeżeń raczej by nie było. Jestem zatem przekonany, że w całym tym przedstawieniu bardziej chodziło o twarz pan Prezydenta niż o zgodność czy niezgodność czegokolwiek z konstytucją. Zgodnie z oczekiwaniem nowa, równie zabawna, pani prezesowa TK nie dopatrzyła się naruszeń artykułów ustawy zasadniczej. Nawet gdyby takie naruszenia miały miejsce to nie po to została wybrana na to stanowisko aby je stwierdzać. Pan prezydent pozostał jednak przy swoich zastrzeżeniach. Tylko czy kogoś to interesuje? Obawiam się, że prezes nawet i to przedstawienie rozpisał i porozdawał role głównym aktorom a potem nawet nie zwracał uwagi na przebieg spektaklu znając jego zakończenie. Być może na kimś zrobiło „postawienie się” pana Andrzeja Dudy, mnie jednak nie i w dalszym ciagu uważam, że jest tylko narzędziem w rękach JK i dopóki ten będzie rządził tak będzie. 

Natenczas Wolski……

Natenczas Saryusz chwycił na taśmie przypięty

Swój unijny znaczek trochę stary i pogięty
Machając nim przed wszystkich oczami
Śledził urzędasów wzrokiem jakby chciał ich zganić 
Po czym wypełnił powietrzem płuca swoje
Jak muzyk posługujący się obojem 
I wrzasnął z całej siły w niebogłosy
Aż wszystkim na głowie stanęły włosy
A głos jego był straszny, chociaż trochę niski
Postawił na baczność delegatów wszystkich
„Jam jest kandydatem rządu polskiego
Macie głosować na Saryusza – Wolskiego”
I zaklął przy tym bardzo okrutnie
Dając do zrozumienia, że nie czas na spory i kłótnie 
Bo Warszawa niczym pępek w środku Europy leży
I ze zdaniem jej rządu liczyć się należy 
I gdy tak po sali echo głos jego niosło
Strach i napięcie wsród obecnych rosło
W budynku w tym czasie nie było Tuska
Bo on na zewnątrz z Angelą w basenie się pluskał
A że potęga jej głosu też była nie byle jaka
To i owszem wybrali, choć nie z Warszawy, to jednak Polaka 
I na nic zdały się groźby polskiej premierowej 
Do bojkotu całych obrad już prawie gotowej
Bo jakiekolwiek w polityce odgrażanie mało znaczy
Gdy większość krajów bardziej chce współpracy
Której przyrzeczenia  w Saryuszowym głosie zabrakło
Miast więc głos jego mocy nabrać, bardzo szybko zblaknął
Dotarł jednak do Warszawy gdzie wszystkim się zdawało,
Że grzmi jeszcze a to echo się już tylko śmiało.
Wieszczu drogi, wybacz mnie kiepskiemu poecie,
Że ukradłem Twoje rymy opisując śmiecie

W razie „W” prztrwamy

Nasz przysiołek, jeśli to można tak nazwać, liczy sobie sześć domostw. Pierwsi lokatorzy postanowili się tutaj wybudować mniej więcej sześć lat temu. Większość tych terenów stanowiła własność jednej rodziny. Z biegiem jednak czasu i rozwojem Cuenki zainteresowanie tą okolicą zaczęło wzrastać. Pierwotni właściciele podzieli ją na szereg  działek i zaczęli je sprzedawać. Prawo budowlane na terenach poza miastem praktycznie nie istnieje co pozwala na swobodne budowanie według własnego uznania i portfela. My jesteśmy ostatnią rodziną, która zdecydowała się osiedlić na tym terenie. Położenie bardzo nam odpowiadało ale przed wszystkim spokój i cisza przerywana jedynie szumem rzeki to było właśnie to czego szukaliśmy. Nie znaliśmy oczywiście motywów naszych sąsiadów, które spowodowały, że i oni się tutaj osiedlili. Zaczynamy jednak powoli ich poznawać dzięki czemu poznaliśmy ich powody. Okazuje się, że większość z nich uwierzyła w zbliżający się koniec świata. Jeden z naszych sąsiadów jest bardzo na bieżąco ze wszystkimi teoriami i jest przeświadczony o zbliżającym się Armageddonie. Nie znam teorii, która jego przekonuje dość jednak powiedzieć, że wybrał to miejsce bo zgodnie z mapami, które muszą być częścią tej przepowiedni ta okolica ma przetrwać. Sam kiedyś byłem pod wpływem kalendarza Majów, który głosił jakiś tam kataklizm 21 grudnia 2012 roku. Jednak do tego nie doszło zatem i mój stosunek do tego typu przepowiedni uległ zmianie. Nasze zauroczenie okolicą nie miało nic wspólnego z próbą przetrwania czegokolwiek. Jak się jednak okazało cztery rodziny osiedlając się tutaj kierowały się właśnie teoriami o zbliżającym się końcu świata. Zgodnie z owymi przypuszczeniami miał on już nastąpić, co się oczywiście po raz kolejny nie sprawdziło. Zdruzgotana takim obrotem sprawy jedna z rodzin wróciła już do Cuenki bo mieszkając tutaj i jednocześnie pracując to było dla nich zbyt uciążliwe. My na szczęście dojeżdżać codziennie nie musimy a dwa razy w tygodniu wypady do miasta nie stanowią większego problemu. Nasza oaza spokoju okazało się zatem, że ma jeszcze jeden dodatkowy walor w przypadku końca świata my tutaj przetrwamy zgodnie z wiedzą naszego sąsiada. No i jak tu się nie cieszyć z takiego wyboru. Prawdę mówiąc gdybyśmy się zdecydowali wrócić do Polski też chyba byśmy przetrwali bo z tego co słyszę wiele teorii mówiących o zniszczeniu Europy wskazuje nasz kraj jako miejsce, które ni zginie. Osobiście bardzo lubię te futurystyczne przepowiednie zwłaszcza jeśli wiem, że moje miejsce da sobie radę.