„Sully” a sprawa Lecha Wałęsy

Mój zbiór filmów rozrasta się w tempie przyspieszonym. W dobie cyfryzacji tworzenie filmów zdaje się byś mniej skomplikowane toteż każdego tygodnia na rynku pojawia się kilka nowych tytułów. Przy zakupie zwykle kieruje się obsadą i jeśli gra jeden z, według mnie, uznanych aktorów to  na ogół taki film staje się moja własnością. Lubię Toma Hanksa zatem nie miałem problemu z podjęciem decyzji z zakupem „Sully” jednego z ostatnich jego filmów. Wyreżyserował go Clinton Eastwood co jeszcze bardziej przemawiało za nabyciem filmu. Historia dotyczy pilota, który wylądował na rzece Hudson. Zaraz po starcie w silniki samolotu wpadła gromada ptaków uszkadzając je oba. Nie było możliwości powrotu i dzięki przytomności umysłu kapitana samolot bezpiecznie wylądował na rzece. Nikt nie zginął a dowódca samolotu stał się z dnia na dzień bohaterem. Niestety tylko dla pasażerów bo właściciel linii lotniczych wraz z federalną agencją do spraw lotnictwa uznali, że istniała bezpieczna możliwość powrotu na lotnisko co oczywiście nie skutkowałoby kompletnym zniszczeniem samolotu i kosztami jego wydobycia. Film pokazuje jakimi przesłankami kierowali się pracownicy agencji i jak długo pilot był podejrzany o popełnienie błędu. Przy podejmowaniu decyzji nie wzięto pod uwagę czynnika ludzkiego i realiów konkretnej sytuacji. Wrzucono do komputera dane z czarnych skrzynek i użyto je przy symulacji lotu. Komputer to bezduszna maszyna, która niewiele ma wspólnego z byciem człowiekiem. Realia czyli sytuacja, w której dana osoba się znajduje wymuszają określone działania czasami mniej, czasami bardziej racjonalne co kompletnie pominięto przy symulacji. Sytuacja ta skojarzyła mi się z zamieszaniem wokół Lecha Wałęsy. Mało mnie interesuje czy współpracował on czy nie współpracował ze służbami. Nie wierzę też, że autor niechcianego życiorysu Wałęsy napisał te swoje wypociny sam od siebie. Nie mam złudzeń, że zapotrzebowanie wyszło z góry a informacje, wielkiemu historykowi, podano na tacy. Nie mam zamiaru bronić szefa Solidarności z lat osiemdziesiątych. Dla świata był on i pozostanie jej liderem chociaż sam nie zdziałałby wiele. Lechowi Wałęsie przydałoby się napewno trochę więcej pokory i samokrytycyzmu. Swoim pędem na świecznik po stanowisko, do którego się nie nadawał przyczynił się do zniszczenia mitu Solidarności a sam jako prezydent więcej narobił sobie szkody niż przyniósł pożytku. Bez względu jednak na jego plusy i minusy mam wrażenie, że coraz więcej ludzi zapomina, że to właśnie na jego plecach i robotników zrzeszonych w Solidarności wyjechała z nicości do władzy ta cała dzisiejsza elita. Jakoś żaden z nich nie umiał poderwać ludzi do walki chociaż przykleili się do tego ruchu jak misie do miodu. Nie jestem zwolennikiem Lecha Wałęsy chociażby ze względu na jego egoistyczne mniemanie, że to on samodzielnie wszystkiego dokonał i szkoda, że nie potrafi dostrzec milionów ludzi, którzy tak naprawdę doprowadzili do upadku minionego systemu, a których on był tylko twarzą. To jednak jest juz inne zagadnienie. W tamtych czasach ludzie nagminnie byli wzywani gdzieś tam bez specjalnego powodu. Coś tam podpisywali dla świetego spokoju. Nie wiem co podpisał Wałęsa i jeszcze raz powtarzam nie chce wiedzieć. Osądzając jednak ludzi dobrze byłoby wziąć pod uwagę realia i czasy w jakich wtedy żyliśmy. I tego w tej całej nagonce na Lecha Wałęsę mi brakuje. Ta banda nieudaczników raczej kieruje się w swoim postępowaniu filozofią Czerepacha z Rancza; przykleić komuś łatkę i niech się z tego tłumaczy. Szkoda tylko, że pan Lech tak łatwo połknął haczyk. Gwoli przypomnienia ministrem od spraw wewnętrznych w latach 1991-1992 był sam dzisiejszy Wielki Shogun od obrony i donoszenia, który w obronie swojego śmiesznego rzecznika właśnie znowu doniósł do prokuratury. Weryfikował on wtedy wszystkich i wszystko co się tylko ruszało. Czyż nie mógł przy okazji „zweryfikować” swojej teczki i teczki szeryfa z Żoliborza? To tłumaczyłoby dlaczego tak mocno się razem trzymają. Że co, że to jakieś pomówienie? A niech się tłumaczą.