Pooskarowe refleksje

Nie jestem krytykiem filmowym w związku z czym nie mam zamiaru wypowiadać się na temat wartości artystycznych nagrodzonych na tegorocznych Oskarach filmów. Nie wszystkie też oglądałem. Mam jednak wrażenie, że moje przewidywania się potwierdziły. Wygrał film stworzony przez Afroamerykanów czego osobiście się spodziewałem. Z pięciu najważniejszych kategorii w trzech wygrali Afroamerykanie. Tylko najlepszego aktora i aktorkę wygrali aktorzy spoza tego kręgu. Nie oglądałem Moonlight więc nie będę polemizował z jego wyborem. Zaskoczyła mnie ilość nominacji dla La La Land i sześć ogólnie przyznanych Oscarów dla tego filmu. W moim przekonaniu ten muzyczny romans to aczkolwiek miły w oglądaniu film to jednak nie ma w nim nadzwyczajnego. Jeśli jednak weźmie się uwagę kto był producentem tej produkcji to wszystko staje się jasne. Nie zdziwił mnie rownież brak uznania Akademii dla Hacksaw Ridge, który wyreżyserował Mel Gibson, którego wypowiedzi na temat właścicieli Hollywood są powszechnie znane. Sam film na mnie zrobił bardzo duże wrażenie a odtwarzający główną rolę Andrew Garfield w moim przekonaniu zasłużył bardziej na Oscara niż Casey Affleck, skądinąd rownież świetny aktor. Jego rola w filmie Manchester by the Sea była bez wątpienia trudna jednak nie aż tak ciekawa i charakterystyczna jak występ Andrew Garfielda. To oczywiście moja opinia.

Bardzo ucieszyło mnie ujęcie Andrzeja Wajdy w tradycyjnym przeglądzie twórców filmu, którzy pożegnali nas w trakcie ubiegłego roku. W tym segmencie na ogół przedstawiani są twórcy lokalni zatem znalezienie się w tym gronie świadczy o tym, że twórczość naszego zmarłego reżysera cieszy się tutaj dużym uznaniem. Dobrze by było gdyby nasi rządzący się nad tym zastanowili i zamiast odżegnywać się od wielkich Polaków poświęcili im więcej uwagi wykorzystując ich wizerunek dla dobra kraju. To chyba jednak za dużo dla tej ekipy.
Definitywnie rozśmieszył mnie bojkot Oscarów przez reżysera z Iranu, który wygrał w kategorii filmów nieanglojęzycznych. Nie spodobała się jemu polityka Trumpa dotycząca zakazu wjazdu do Stanów mieszkańców pewnych krajów. Nie będę bronił prezydenta USA tyle, że w takich sytuacjach dobrze jest pamietać o swoim gnieździe. Jak to się dzieje, że w krajach islamskich w tym w Iranie nie można praktykować innych religii? Ciekaw jestem czy to nie przeszkadza oburzonemu reżyserowi. Jak to mówi stare polskie porzekadło – cudze pod lasem się widzi a swoje pod nosem już trudno. Śmieszą mnie rownież polityczne wystąpienia aktorów potępiających Washington. Żyją oni w luksusie o jakim przeciętny człowiek nawet nie może marzyć, kompletnie oderwani od realiów dnia codziennego oburzają się na amerykańską politykę. To nie oni przecież giną w zamach terrorystycznych na lotniskach czy w innych środkach transportu. Rozumiem oburzenie ale dotychczasowe metody walki zdają się zawodzić zatem chyba trzeba spróbować czegoś innego. Wszyscy chcemy wolności i jak najmniejszej ilości zakazów i nakazów. Problem w tym, że aby do tego doszło w każdym kraju walka ze złem musi wyglądać identycznie. Sprzeciwiając się zatem polityce waszyngtońskiej żądajmy równocześnie od krajów sprzyjających terrorystom aby włączyły się do wspólnej walki. W przeciwnym wypadku krytyka wyglada śmiesznie. 
Zakończeniu tegorocznych Oscarów przejdzie do historii jako największa kompromitacja w jego dziejach. Prezentujący kandydatów do najlepszego filmu roku Warren Beatty i Faye Dunaway ogłosili zwycięstwo La La Land. Jego twórcy pojawili się na scenie, odebrali statuetki i rozpoczęli swe mowy dziękczynne. Gdy nagle ktoś dokonał sprostowania pokazując kopertę z najlepszym filmem, którym okazał się Moonlight. Chwilowa konsternacja przerodziła się w kompletne zamieszanie. Twórcy La La Land musieli oddać statuetki i zejść ze sceny, na której niespodziewanie pojawili się już prawdziwi zwycięzcy. Okazało się, że prezenterzy nie mieli prawidłowej koperty. W jakiś sposób otrzymali przed wejściem na scenę kopertę z nazwiskiem najlepszej aktorki. Ponieważ była nią odtwórczyni głównej roli z La La Land więc kierując się tym faktem postanowili ten film ogłosić laureatem nagrody. Dlaczego żadne z nich nie zgłosiło, że maja nieprawidłowa kopertę? Niewiadomo, fakt pozostaje faktem, że zamieszanie powstałe w związku z tym było żenujące i pozostanie na długo w pamięci widzów.
Reklamy

Rasizm po amerykańsku

Rasizm ro nie ulega watpliwości nieporządnie zjawisko. Wszyscy powinniśmy  być równi bez względu na kolor skory i inne nasze różności.  W Stanach walka z tym zjawiskiem prawdę mówiąc przybiera od czasu do czasu dziwne formy. Będąc w USA ponad dwadzieścia pięć lat nie zauważyłem jakichś szczególnych przejawów rasizmu przynajmniej w okolicach, w których przyszło mi żyć. Nie twierdzę, że go w ogóle nie ma jednak mam wrażenie, że często kiedyś nim dotknięci teraz wykorzystują ten fakt dla własnych celów. Doskonałym przykładem tego faktu były właśnie ubiegłoroczne Oscary. Zawiedzeni brakiem nominacji dla afroamerykańskich produkcji ciemnoskórzy artyści podnieśli wrzawę o rzekomym rasizmie w Hollywood. Pamietam jak po przyjeździe do Stanów gdy zacząłem się interesować ichnim sportem ile w nim było wrzasków, że brakuje czarnych coachów w każdej profesjonalnej lidze. Do nikogo wtedy nie docierał fakt, że sport to business i każdy jest w nim zainteresowany zyskiem. Właścicieli profesjonalnych klubów mało interesował kolor skóry a zdecydowanie bardziej wyniki. Pod naciskiem antyrasistowskich ruchów właściciele niemal zostali zmuszeni do angażowania na tych stanowiskach ciemnoskórych trenerów. Poza hokejem sport w USA zdominowany jest przez czarnych graczy, którzy są po prostu lepsi, każdy to rozumie i żaden z białych graczy nie płacze i nie podnosi wrzawy na temat rasizmu. Afroamerykanie póki co nie sprawdzili się w hokeju jako gracze i jakoś rozumieją w tym przypadku fakt, że są od nich lepsi w tej dyscyplinie sportu i nikt nie wzywa do jego bojkotu. Pamietam kiedyś słuchałem żartobliwy skecz z udziałem czarnoskórego komedianta. W trakcie rozmowy na temat sportu powiedział, że go kocha jedynie nie toleruje hokeja. Na pytanie dlaczego, odrzekł, że w nim jedynie czarny jest krążek i wszyscy okładają go kijami, że on na to po prostu nie może patrzeć. Było to jednak powiedziane bardzo żartobliwie i nikt nie mógł się poczuć tym urażony. Ciemnoskóre środowiska antyrasistowskie wciąż jednak użalają się nad równością obywateli w Stanach. Nie przekonuje ich fakt, że mieli swojego prezydenta, że w Trybunale Konstytucyjnym zasiada czarny sędzia, że mnóstwo ciemnoskórych obywateli piastuje ważne funkcje państwowe i w przedsiębiorstwach prywatnych, że prawo zwane affirmative action daje im pierwszeństwo przy angażu do firm państwowych i rządowych. To wszystko nic nie znaczy. Dlatego właśnie byłem bardzo zniesmaczony ich zachowaniem podczas ubiegłorocznych Oscarów. Nie ważne, że wygrywali już główne oscarowe nagrody, ważne że w ubiegłym roku nie mieli swoich reprezentantów a argument, że wytypowano najlepsze z najlepszych filmów nie trafiał im do przekonania. Jak zwykle w takich sytuacjach grają rasistowską kartą. Nie było mi żal włodarzy Hollywoodu, bo i oni nie lubią gdy się o nich mówi inaczej niżby sobie tego życzyli, używanie jednak rasizmu jako metody walki z czymś czego nie ma,  w takich sytuacjach uważam za przejaw wykorzystywania swojego koloru skóry do prywatnych celów. Patrząc na tegoroczne nominacje wyglada na to, że się udało a rasizm to ciągle mocna karta. 

Święto kina czyli Oscary 2017

W najbliższą niedziele świat filmu pochłonie bez reszty wszystkich kinomanów kolejną odsłoną kultowych Oscarów. Przetoczą się po czerwonym dywanie największe gwiazdy współczesnego kina ubrane w stroje specjalnie zaprojektowane na tą okazje. Przekaz telewizyjny oglądać będą miliony widzów bez względu na strefę czasową. W Stanach parę kanałów transmitować będzie wywiady, rozmowy, przewidywania z aktorami, krytykami i Bóg wie kim jeszcze. Druga po Super Bowl impreza w Stanach musi mieć swoją oprawę. W ubiegłym roku udało mi się wytypować zwycięzcę w kategorii najlepszego filmu. Było to relatywnie łatwe biorąc pod uwagę kto rządzi w Hollywood i jaka była tematyka zwycięskiego filmu. Akademia dostała jednak srogie cięgi za brak nominacji dla aktorów ciemnoskórych. Will Smith zdecydował się nawet zbojkotować święto filmu. Fala krytyki, która przelała się przez wszystkie media zdominowała przekaz spektaklu i podzieliła świat filmu. Nie pomogło nawet obsadzenie w roli prowadzącego Chrisa Rocka, ciemnoskórego uznanego komika. On prawdę mówiąc nie zamierzał trzymać języka za zębami i dolał swoimi tekstami oliwy do ognia. Rasizm znowu stał się zatem tematem przewodnim. Nie było mi specjalnie żal włodarzy Hollywood. Z drugiej jednak strony opinie o rasistowskim podłożu uważam za mocno przesadzone. Afroamerykanie umieją się upominać o swoje co widać przy tegorocznych nominacjach. Przejęta ubiegłoroczną krytyką Akademia wyciągnęła odpowiednie wnioski. Trzy filmy spośród dziewięciu to obrazy dotyczące i wiążące się z produkcją ciemnoskórych artystów. Właśnie tych trzech filmów nie oglądałem bo męczy mnie to ujadanie o rasizmie, który jeśli istnieje to jakoś uszedł mojej uwadze w trakcie moich ponad dwudziestu pięciu lat życia w Stanach. Nie będę zatem typował tegorocznego zwycięzcy ale nie zdziwi mnie dominacja afroamerykańskich produkcji w ramach „przeprosin” za rok ubiegły. Na mnie duże wrażenie zrobiły „Arrival” i „Hacksaw Ridge”. Pierwszy to futurystyczna historia sporo mówiąca o nas samych a drugi to ekranizacja autentycznych zdarzeń z okresu drugiej wojny światowej i inwazji Stanów Zjednoczonych na Japonię. Reżyserem tego drugiego filmu jest Mel Gibson, który nie cieszy się wielkim uznaniem wsród właścicieli Mekki amerykańskiego kina. Andrew Garfield odtwórca głównej roli w tym filmie wywiązał się ze swojej roli doskonale i stawiałbym na niego w konkurencji najlepszy aktor, tyle że nominowany został też Denzel Washington za swoją rolę w produkcji afroamerykańskiej, która mówi o segregacji i problemach ludzi czarnych w tym okresie. Denzel już raz dostał Oscara co może pomóc innym aktorom. Nie podejmuję się typować najlepszej aktorki bo i tu mogą zdecydować inne niż warsztat aktorski wartości. Już jutro wszystko się wyjaśni a ja sam z ciekawością obejrzę ten jarmark próżności po to tylko aby zweryfikować moje pro-ciemnoskóre podejrzenia tej edycji Oscarów.  

Opętani z MON-u

Już od dawna zastanawiam się czy istnieje u nas jeszcze Ministerstwo Obrony Narodowej? Działania tego resortu napewno niewiele mają wspólnego z obronnością. Jeśli na jego czele stoi historyk, specjalista od teczek i haków, znany rownież jako inspektor Clouseau do spraw Smoleńska to po co to udawanie nazwijmy to ministerstwo zgodnie z jego działalnością czyli Ministerstwo Okłamujące Naród, też MON a zatem skrótu zmieniać nie trzeba. Od samego ministra przez jego rzecznika po jego zastępcę, całe to naczelne dowództwo każdego dnia udowadnia, że wiedzę w zakresie obronności ma kompromitująca, za to w zakresie katastrofy smoleńskiej szokującą. Prowadzą te swoje śledztwa od momentu wypadku, powołują komisje, rzeczoznawców, świadków, średnio raz na ro rok przeprowadzają ekshumacje a nawet nakręcili film zgodny z prezesową wiedzą na ten temat i co?  I nic. Ta ich prawda o Smoleńsku okazuje się wciąż popularną trzecią prawdą czyli gówno prawdą. Cały świat się sprzysięgł i ukrywa jakieś fakty na temat tego feralnego dnia. Wie o tym nasz niezastąpiony inspektor i czy wcześniej czy pózniej dojdzie do tej swojej prawdy choćby miała ona być równie absurdalna jak jego wiedza o obronności. Choroba smoleńska dotknęła rownież jego zastępcę, który dopatrzył się krwi pochodzącej od ofiar katastrofy na rękach opozycji. Szanowny panie wiceminister, nie ma co zwlekać, jeżeli ta krew tam wciąż jest na czyichś rękach to trzeba jak najszybciej pobrać próbki, przekazać je ekspertyzy może coś się uda wreszcie ustalić rzeczowego. Osobiście wątpię ale przecież za to wasze opętanie wy nie płacicie tylko nasze podatki więc czemu nie spróbować? Dla opozycji mam ofertę aby w odpowiedzi na dramat o Smoleńsku sfinansowała dreszczowiec pod znamiennym tytułem „Opętani” z tą całą plejadą gwiazd z Ministerstwa Oszukującego Naród. Hm, z tego szybciej by wyszła chyba komedia….

Skąd ja to znam? Wybory w Ekwadorze

Podobnie jak w na całym świecie tak i w Ekwadorze polityka zaczyna odbijać swoje piętno na stosunkach międzyludzkich. Chociaż nas to aż tak bardzo nie dotyczy bo specjalnie nie znamy ani kandydatów, ani ich programów to jednak nasi sąsiedzi są zbulwersowani przebiegiem całej kampanii. W pierwszej turze kandydatów było ośmiu i jeśli zwycięzca uzyskałby czterdziestoprocentowe poparcie wyborców to zostałby nowym prezydentem. Niestety najbliższy do zwycięstwa Lenin Moreno uzyskał nieco ponad trzydzieści dziewięć procent co powoduje, że odbędzie się druga runda, w której wezmą juz udział tylko kandydaci z pierwszego i drugiego miejsca. Moreno to rzecznik ludu z poparciem ustępującego prezydenta, jego przeciwnikiem będzie Guillermo Lasso były bankier i przedstawiciel konserwatystów. Pięciu z sześciu przegranych kandydatów już poparło Lasso w związku z czym zwycięstwo Moreno w kwietniowej drugiej turze wcale nie jest pewne. Niewątpliwie tak jak na całym świecie tak i w Ekwadorze ludzie żyjący z dnia na dzień stanowią większość społeczeństwa i do nich dociera prawda o niesprawiedliwości głoszona przez Moreno. Z drugiej jednak strony naród zdaje się być zmęczony ośmioma latami rządów Rafaela Correi co może dać sukces Lasso. Nie to jednak jest aż tak istotne. Nasi sąsiedzi są przede wszystkim zaskoczeni brutalnością kampanii jak i faktem, że zwolennicy jednego czy drugiego obozu nie tolerują się nawzajem używając wobec siebie sformułowań z pogranicza wulgarności a często nawet dochodzi do przepychanek ulicznych. Podobno tak nigdy nie było i jest to dla nich niezbyt przyjemna nowość. Zgodnie z ich opiniami polityka już podzieliła ludzi a nawet znajomych i członków rodziny. Skąd my to znamy? Ekwador stał się zatem kolejną ofiarą zbrutalizowanej walki o władze i wpływy. Ludzie już dawno wszędzie pogubili się w tym co dobre a co złe. Cieszy nas to, że my możemy stać z boku i nie ma ta sytuacja wpływu na nasze życie tutaj. Martwi niewątpliwie, że ludzie pozwalają grać na swoich emocjach, martwi rownież fakt braku tolerancji, który jeszcze w poprzednich wyborach nie był aż tak bardzo wyrazisty. Chyba nie ma już ucieczki przed politycznym śmietnikiem i jedyne co nam pozostało to go ignorować. Na wynik wyborów z niecierpliwoscią czeka twórca WikiLeaks, Julian Assange, który w przypadku zwycięstwa konserwatysty Lasso zostanie poproszony o opuszczenie ambasady ekwadorskiej w Londynie, w której ukrywa się od wielu lat. Obawiam się, że nie jest zachwycony tą perspektywa. Druga tura odbędzie się drugiego kwietnia i jak mówią nasi znajomi ludzie kierują się bardziej mniejszym złem niż wiarą w program wyborczy czyli raz jeszcze skąd my to znamy?

Nietykalny rzecznik

Co ma na Jarosława Antoni

Że ten z rządu boi się go przegonić?
Coś musi on wiedzieć o prezesie
Bo jak wieść gminna niesie
Szef partii nie chce pewnego rzecznika
Z czego na ogół wynika, 
Że takiego kogoś kariera
Choć się wciąż broni, nogami przebiera
Powinna zgasnąć zanim tempa nabierze 
I zniszczy wszystko jak dzikie zwierze
Ów rzecznik dla partii to postać niechlubna
Zadufana w sobie i samolubna
Jednak szef jego, minister obrony
Walczy o niego niczym pies rozwścieczony
Sprzeciwiając się prezesowej woli
Na wyrzucenia gamonia wciąż nie chce pozwolić
Taka sytuacja świadczyć może tylko o jednym
Jak bardzo człowiekiem jest wrednym
Ktoś z całej tej trójki tu opisanej
Bo trzeba być chyba bałwanem
Żeby nie postawić sobie pytania
Do którego zdrowy rozsądek skłania
O co w tym wszystkim naprawdę chodzi?
Przecież rzecznik powadze resortu szkodzi
Ośmieszył siebie, pozycje, wojsko i oficera
A jednak minister wciąż bardzo go wspiera
Choć praca to żadne jest koleżeństwo
Trzymać bufona to jakieś szaleństwo
Coś mi się zdaje, że ręka tu rękę myje
I na każdego, każdy ma jakieś pomyje
Szogun się boi swego rzecznika 
Dzięki czemu ten się wymyka
Spod jurysdykcji samego prezesa,
Bo ten z kolei też się w coś wmieszał
O czym zaś wie bóg wojny i obronności
I choć prezesa ów rzecznik złości
Obaj z ministrem są w jego rękach
Ot za karierę taka podzięka.
W tej sytuacji bez wyjścia prawie
Minister doniósł w rzecznika sprawie
Do służb rządzonych przez znajomego,
Że ktoś nie wiedzieć dlaczego
Podszył się pod oddanego mu pracownika.
Zapewne kieruje tym jakaś klika
Z pewnym facetem z Brukseli na czele, 
Który w Smoleńsku namieszał już wiele
Bo retoryka szukania głupszego od siebie
Jak dotąd sprawdza się na polskiej glebie.
Czy to znowu porządane efekty przyniesie?
Już wkrótce prasa o tym doniesie.

Konstrukcje, budowy, specjaliści

Odkąd wróciliśmy do Ekwadoru, z przerwą na wycieczkę do Peru, cały czas coś robimy wokół domy. Zaczęło się tradycyjnie niewinnie od zbudowania muru, który ma za zadanie trochę uprządkować nasza sytuacje przed domem. Mur ten jeszcze zakontraktowałem z okolicznym robotnikiem przed wyjazdem do Polski dając mu wolna rękę jeśli chodzi o termin jego wykonania. Miał go zrobić w trakcie naszej nieobecności sądzę jednak, że wolał być opłacany na bieżąco toteż po naszym przyjeździe okazało się, źe tylko wykopał pod niego rów. I tak się zaczęło. Chcąc trochę przyspieszyć całą tą konstrukcje zdecydowałem się na role pomocnika. Cztery ciężarówki okolicznego kamienia o rożnej wielkości to praca prawie jak na siłowni, która chociaż fizycznie wyczerpująca daje sporo mentalnego odpoczynku. Mój brygadzista był człowiekiem o bardzo rozwiniętym poczuciu estetyki co często doprowadzało mnie do skrajnej rozpaczy zwłaszcza gdy kamień, który mu podałem nie pasował do jego wizji. Napracowaliśmy się przy tym murze setnie ale efekt był zgodny z oczekiwaniem. Okoliczny kamień ma coś w sobie szczególnego i jakąś specyficzną energię i prawdę mówiąc wykorzystywałbym go do wszystkiego co możliwe. Nasz dom rownież jest z niego zbudowany. Przesada oczywiście nie jest wskazana. Z jednej strony nasz dom graniczy z zarośniętym dziką trawą dość wysokim pagórkiem. Powstał on na skutek robót przy konstrukcji domu. Niestety owo wzniesienie sztucznie stworzone przy opadach powoduje osuwanie się ziemi w dół. Alicja już od dawna myślała o wzmocnieniu tego miejsca belkami ale w taki sposób aby utworzyły one swego rodzaju stopnie umożliwiając na nich plantacje kwiatów czy innego zielska charakterystycznego dla tego terenu. Przymierzaliśmy się do tego projektu od kilku lat, ceny jednak były zaporowe i musieliśmy go na trochę odłożyć. W tym roku udało nam się wreszcie wygospodarować trochę funduszy i zdecydowaliśmy się nasz plan zrealizować. Do tego wynajęliśmy okolicznych specjalistów bo to zdecydowanie przekraczało moje kwalifikacje i wiedzę okolicznych majsterkowiczów. Konstrukcja tego cacka pochłonęła ponad pięć tygodni udręki z brudem, kurzem, transportami i innymi „przyjemnościami” wynikającymi z budowy. Nasz front domu wyglądał jak pole bitwy, na którym ja z moim brygadzistą walczyłem z murem z jednej strony zaś naprzeciwko specjaliści od wzornictwa ogrodowego próbowali nam odebrać miejsce do składowania materiałów. Obeszło się bez ran postrzałowych i większych kłótni i jakoś oba przedsięwzięcia dotarły do celu w mniej więcej tym samym czasie. Jeszcze w trakcie budowy kamiennej ściany Alicja zdecydowała się oprzeć na niej namiot. Moja zapalona ogrodniczka nie mogąc sobie poradzić z uprawą niektórych warzyw z uwagi na niesprzyjającą pogodę postanowiła spróbować jeszcze raz tyle, że pod namiotem. I tak ruszyliśmy z następnym projektem, do którego przyszli nowi specjaliści. W tym samym czasie, z uwagi na sporą ilość kamienia, który pozostał po konstrukcji muru zdecydowałem się na budowę balustrady, która miała oddzielić nasz dom od przyszłego miejsca na parking. Około dwadzieścia pięć metrów specjalnego nadproża zbudowanego z kamienia z kolumnami, a jakże oczywiście ze skał, a w to wkomponowana metalowa balustrada, którą na zamówienie wykonał lokalny rzemieślnik. To zdecydowałem się wykonać razem z moim specjalistą od murów. Spore braki w kamieniu wykończeniowym spowodowały, że każda kolumna to inna konstrukcja ale wszystko razem dało całkiem fajny efekt. Dobiliśmy z tym wszystkim do końca i juz widzimy potrzebę kolejnych usprawnień bo tak z tym wszystkim zwykle bywa, źe jak się zacznie jedno to w trakcie jego konstrukcji coś nowego przychodzi do głowy. Musimy jednak z kolejnymi pomysłami poczekać bo w niewiadomy dla mnie sposób ktoś zainstalował drenaż w mojej kieszeni i pochłonięty jestem szukaniem winowajcy. 

Orły minionego systemu

Mój sąsiad z prawej strony to wielki kibic piłki nożnej. Rzadko rozmawialiśmy na ten temat toteż nie wiedziałem jak wielkim jest miłośnikiem tego sportu. Ostatnie mecze z cyklu Ligi Mistrzów dały nam możliwość wymienienia paru słów na ten temat. I tak od słowa do słowa dowiedziałem się, że bardzo lubi tą dyscyplinę sportu. Mało tego odkąd pamięta oglądał mistrzostwa świata i doskonale pamięta te z Niemiec z 1974 roku. Nasza narodowa reprezentacja zajęła na tych mistrzostwach trzecie miejsce i prawdziwy kibic krajowy nie ma problemów z nazwiskami naszych zawodników z tych pamiętnych rozgrywek. Nie spodziewałem się jednak, że i mój sąsiad będzie pamiętał naszych piłkarzy. Chociaż przeinaczał trochę nazwiska i oczywiście nie wszystkich piłkarzy sobie kojarzył to jednak jego wiedza na temat naszej drużyny bardzo mnie zaskoczyła. Spytał mnie najpierw czy ja pamietam wszystkie nazwiska a gdy potwierdziłem poprosił o ich wymienienie. Pomyślałem sobie, że to dobry moment, nie tylko na sprawdzenie jego wiedzy ale rownież, na próbę wprowadzenia go w błąd. Rzeczywiście poznawał wszystkie nazwiska z naszej drużyny. Kiedy jednak powiedziałem mu, że stopera grał Duda, na chwile zmarszczył czoło i popadł w zadumę. „No conozco” co znaczy nie pamietam, rzekł do mnie po chwili. Ponieważ nie zamierzałem skończyć swojej zabawy, odpowiedziałem mu, że gościu nie grał we wszystkich meczach i wchodził z ławki rezerwowych. Ucieszyło to go nawet bardzo bo koniecznie chciał mi udowodnić, że pamięta naszych zawodników. Z obrony przeszliśmy do pomocy i tu jednym z „zawodników”, którego wkomponowałem w skład był sam mój rządowy ulubieniec pan Antoni z MON-u. Patrzyłem na twarz mojego rozmówcy jednocześnie gryząc się w język z całej siły. Coś tam poszukiwał w swojej pamięci męcząc się okrutnie by po chwili poddać się tym samym stwierdzeniem co wyżej „no conozco”. Z trudem panującym nad śmiechem potwierdziłem, że to tez rezerwowy gracz i w związku z tym nie powinien się przejmować faktem nie rozpoznania jego nazwiska. Bez problemów rozpoznał Late i Gadoche ale gdy środkowego napastnika przedstawiłem jako Kaczyński jego twarz znowu skrzywiła się w zadumie i rezygnacji, która tak mnie w tym momencie rozśmieszyła, że już dłużej nie mogłem udawać. Spojrzał na mnie trochę zdumiony a gdy mu opowiedziałem o swoim podstępie i kim są ludzie, których on nie mógł rozpoznać, sam zaczął się śmiać. Na koniec pogratulowałem mu jego wiedzy i zapewniałem go, że nieznajomość owych trzech nazwisk nie przynosi mu żadnej ujmy. Mało kto bowiem w piłkarskim świecie zna tych panów w przeciwieństwie do naszych orłów z minionego systemu. 

Kolej na Real i Bayern

W najbliższą niedziele w Ekwadorze odbędą się wybory. Nie znam dokładnie jeszcze całego tego systemu ale z tego czego się doczytałem to wynika, że wybiorą nie tylko nowego prezydenta ale tez i cały parlament. Podobnie jak w większości krajów gdzie wybiera się prezydent a rownież w Ekwadorze może on piastować swoje stanowisko tylko dwie kadencje. W związku z tym aktualny prezydent Rafael Correa nie może kandydować jako, że pełnił ta funkcje juz dwukrotnie. Mówiono wiele na temat zmiany konstytucji umożliwiającej trzecią kadencje ale spadająca popularność gospodarza tutejszego białego domu zmusiła go chyba do zastanowienia się nad tym projektem i wycofania się z niego. Umrze zatem król i nastanie nowy król. Kandydatów, tak jak na całym świecie gdy chodzi o stanowiska publiczne, jest więcej niż bezdomnych psów na ulicy. Politycy jak wszędzie tak i tutaj nie mając innego pomysłu na swoje życie chcą decydować o naszym życiu. To się chyba już nie zmieni chyba, że ludzkość wywróci cały porządek tego świata do góry nogami. Póki co na to się jednak nie zanosi ale nigdy nie mów nigdy, kto zatem wie co nam przyszłość przyniesie. Głównym kandydatem na odziedziczenie schedy po ustępującym prezydencie jest były jego zastępca, który cieszy się jego poparciem i w obecnej chwili przewodzi we wszystkich przedwyborczych prognozach niejaki Moreno o bardzo źle wiozącym imieniu Lenin. Tak, tak Lenin może odżyć niespodziewanie w Ekwadorze. Wywodzi się on z tej samej partii co ustępujący przywódca aczkolwiek podobno w poglądach miedzy nimi jest wiele różnic. Tak czy inaczej partia ta ma zabarwienie prospołeczne w kierunku ubogich jego warstw. Dotychczasowa polityka Rafaela Correy i jej popularność bardzo zmarginalizowała opozycje. Ostatnie jednak posunięcia rządu połączone ze światowym kryzysem nie cieszyły się zbytnim poparcie przeciętnego Ekwadorczyka. Umocniło to pozycje opozycji, która wydaje się zdobywać coraz większa popularność. Chociaż w wyścigu po fotel prezydenta startuje wielu sprzeciwiających się obecnemu układowi już dzisiaj cała opozycja zapowiedziała, że po wyłonieniu swojego lidera w drugiej turze wyborów zjednoczą się pod jego przywódctwem. Nic nie wskazuje bowiem na to, że uda się wyłonić prezydenta już w pierwszej turze. Przewaga Lenina Moreno choć zdecydowana jeśli nawet się utrzyma to w tej chwili nie doprowadzi do jego wyboru. Druga rura ma się odbyć drugiego kwietnia i w niej juz nie będzie miało znaczenia ile procent, który kandydat uzyska tylko wygra ten, który zdobędzie więcej głosów. Jak juz wspomniałem równocześnie toczy się walka o sto trzydzieści siedem miejsc w parlamencie. I tu kandydatów jest zatrzęsienie. Z moich obliczeń wynika, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać na tą fuchę. Kandydatów z tego co wyczytałem jest ponad trzy tysiące pięćset na sto trzydzieści siedem miejsc czyli prawie trzydziestu na jedno miejsce czyli prawie jak na medycynę czy archeologię śródziemnomorską za czasów słusznie minionych. Trochę zapewne przesadzam z tym stwierdzenie, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać ale to wynika głównie z mojej niechęci do polityków. Jeśli w tej gonitwie po pieniądze podatników tutaj można dostrzec coś pozytywnego to chyba tylko to, że wybory i do parlamentu, i na prezydenta odbywają się w tym samym czasie co zapewne pozwoli koszty tej demokratycznej zabawy chociaż trochę obniżyć. Będąc rezydentem Ekwadoru ma prawo do wzięcia udziału w tej szopce. Póki co wciąż bardziej odpowiada mi ta bożonarodzeniowa a wnieś nie ma miejsca dla polityków. 

Nadchodzi Lenin

W najbliższą niedziele w Ekwadorze odbędą się wybory. Nie znam dokładnie jeszcze całego tego systemu ale z tego czego się doczytałem to wynika, że wybiorą nie tylko nowego prezydenta ale też i cały parlament. Podobnie jak w większości krajów gdzie wybiera się prezydenta rownież w Ekwadorze może on piastować swoje stanowisko tylko dwie kadencje. W związku z tym aktualny prezydent Rafael Correa nie może kandydować jako, że pełnił tą funkcje już dwukrotnie. Mówiono wiele na temat zmiany konstytucji umożliwiającej trzecią kadencje ale spadająca popularność gospodarza tutejszego białego domu zmusiła go chyba do zastanowienia się nad tym projektem i wycofania się z niego. Umrze zatem król i nastanie nowy król. Kandydatów, tak jak na całym świecie gdy chodzi o stanowiska publiczne, jest więcej niż bezdomnych psów na ulicy. Politycy jak wszędzie tak i tutaj nie mając innego pomysłu na swoje życie chcą decydować o naszym życiu. To się chyba już nie zmieni chyba, że ludzkość wywróci cały porządek tego świata do góry nogami. Póki co na to się jednak nie zanosi ale nigdy nie mów nigdy, kto zatem wie co nam przyszłość przyniesie. Głównym kandydatem na odziedziczenie schedy po ustępującym prezydencie jest były jego zastępca, który cieszy się jego poparciem i w obecnej chwili przewodzi we wszystkich przedwyborczych prognozach niejaki Moreno o bardzo źle wróżącym imieniu Lenin. Tak, tak Lenin może odżyć niespodziewanie w Ekwadorze. Wywodzi się on z tej samej partii co ustępujący przywódca aczkolwiek podobno w poglądach miedzy nimi jest wiele różnic. Tak czy inaczej partia ta ma zabarwienie prospołeczne w kierunku ubogich jego warstw. Dotychczasowa polityka Rafaela Correy i jej popularność bardzo zmarginalizowała opozycje. Ostatnie jednak posunięcia rządu połączone ze światowym kryzysem nie cieszyły się zbytnim poparciem przeciętnego Ekwadorczyka. Umocniło to pozycje opozycji, która wydaje się zdobywać coraz większą popularność. Chociaż w wyścigu po fotel prezydenta startuje wielu sprzeciwiających się obecnemu układowi już dzisiaj cała opozycja zapowiedziała, że po wyłonieniu swojego lidera w drugiej turze wyborów zjednoczą się pod jego przywódctwem. Nic nie wskazuje bowiem na to, że uda się wyłonić prezydenta już w pierwszej turze. Przewaga Lenina Moreno choć zdecydowana jeśli nawet się utrzyma to w tej chwili nie doprowadzi do jego wyboru. Druga tura ma się odbyć drugiego kwietnia i w niej już nie będzie miało znaczenia ile procent, który kandydat uzyska tylko wygra ten, który zdobędzie więcej głosów. Jak już wspomniałem równocześnie toczy się walka o sto trzydzieści siedem miejsc w parlamencie. I tu kandydatów jest zatrzęsienie. Z moich obliczeń wynika, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać na tą fuchę. Kandydatów z tego co wyczytałem jest ponad trzy tysiące pięćset na sto trzydzieści siedem miejsc czyli prawie trzydziestu na jedno miejsce czyli prawie jak na medycynę czy archeologię śródziemnomorską za czasów słusznie minionych. Trochę zapewne przesadzam z tym stwierdzeniem, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać ale to wynika głównie z mojej niechęci do polityków. Jeśli w tej gonitwie po pieniądze podatników tutaj można dostrzec coś pozytywnego to chyba tylko to, że wybory i do parlamentu, i na prezydenta odbywają się w tym samym czasie co zapewne pozwoli koszty tej demokratycznej zabawy chociaż trochę obniżyć. Będąc rezydentem Ekwadoru ma prawo do wzięcia udziału w tej szopce. Póki co wciąż bardziej odpowiada mi ta bożonarodzeniowa a w niej nie ma miejsca dla polityków.