Wyprawa na Machu Picchu

Ostatnią noc przed wyruszeniem do Machu Picchu spędziliśmy w Ollantaytambo w hotelu jak niemal z bajki. I nie mam tu na myśli jego wyglądu ale bardziej jego położenie. Cała zresztą Święta Dolina, w której położonej jest też Ollantaytambo zrobiła na nas wielkie wrażenie. Stąd do osady nazwanej podobnie jak cel naszej podróży udaliśmy się specjalnym pociągiem, który sam w sobie jest olbrzymią atrakcją turystyczną. Przejazd trwa około półtorej godziny a tory zostały wybudowane wzdłuż rzeki Urubamby. Wagony kolejki mają okna sufitowe pozwalające na obserwację terenu rownież ku górze. Torowisko napewno jest kontrolowane z punktu widzenia jego bezpieczeństwa jednak jego stan techniczny pozostawia sporo do życzenia. Ja bardzo lubię ten charakterystyczny stukot wagonów kolejowych o złącza szyn bo przypomina mi on młodość. Stukało zatem na potęgę ku mojemu zadowoleniu. Początek trasy był trochę frustrujący. Stacja bowiem jest bardzo mała a tymczasem w odstępie dwudziestu minut odjeżdżały dwa pociągi, na które czekało mnóstwo turystów. Ścisk, ciasno każdy chce być pierwszy chociaż bilety na oba pociągi miały charakter miejscówek. Nikt nie mógł zostać, ale wytłumacz to ludziom o siódmej rano zwłaszcza gdy musieli wstać conajmniej półtorej godziny wcześniej, tak jak my, żeby się spakować i zdążyć zjeść hotelowe śniadanie. Obyło się jednak bez kłótni czy zamieszek sejmowych. Dostaliśmy się wreszcie do środka i już siedząc spokojnie czekaliśmy na odjazd. Podróż upłynęła na robieniu zdjęć i krótkiej drzemce. Po dotarciu do celu naszej podróży gdzie czekała na nas kolejna osoba, która miała nami pokierować, wsiedliśmy do autobusu, który udawał się na szczyt góry gdzie znajdowała się słynna osada Inków. Dwa wypełnione pociągi dotarły w odstępie dwudziestu minut. Cała ta masa ludzi przyjechała tu aby odwiedzić Machu Picchu. Kolejka do autokarów była zatem potężna tyle, że pakowano tą żywą masę ludzi niczym króliki do klatek w bardzo szybkim tempie. Co pięć minut ruszał kolejny autobus. Wreszcie i my znaleźliśmy się na trasie. Emocje zaczęły być coraz większe, jeszcze kilka minut i zobaczymy jeden z siedmiu cudów świata. Najpierw jednak półgodzinna droga pod górę z zakrętami, które już same w sobie mroziły krew w żyłach. Z jednej strony przepaść z drugiej nadjeżdżający z naprzeciwka zjeżdżający w dół pojazd zajmujący niemal całą drogę. Oczywiście tak to wyglada z perspektywy pasażera, kierowca jednak wie co robi. Kolejne pół godziny upłynęło na ochach i achach mojej żony, która siedziała przy oknie doprowadzając mnie do skrajnej rozpaczy swoimi przewidywaniami, które dzięki Bogu i partii jednak się nie spełniły. Tu czekał na nas kolejny „odbiorca przesyłki” wykrzykując wniebogłosy moje nazwisko. Musiał tak wrzeszczeć do każdego autobusu a my przyjechaliśmy pewnie dziesiątym jeśli nie dalej. Jego rola polegała chyba tylko na wykrzykiwaniu naszego nazwiska bo tak szybko jak nas odebrał równie szybko pozbył się nas na rzecz kolejnego odbiorcy przesyłek ludzkich. Ten okazał się juz przewodnikiem i po utworzeniu grupy z turystów nie znających hiszpańskiego, nakazał nam przejść przez bramy wstępu i za nimi czekać na niego. Nasza grupa liczyła pewnie ze dwadzieścia osób tyle, że przed nami w kolejce do wejścia na teren wykopalisk było pewnie z dziesięć takich grup. Aby przejść same bilety nie wystarczają, należy rownież okazać się dokumentem osobistym co oczywiście spowalnia cały proces. Jest jednak kilka stanowisk co z kolei przyspiesza posuwanie się kolejki. Tak czy śmak kolejne dwadzieścia minut w tej ludzkiej masie było rzeczywiście niezłym czasem. Chwile jeszcze potrwało zbieranie się całej grupy i ruszyliśmy wreszcie do miejsca zobaczenie, którego było jednym z naszych marzeń. Co było dalej … następnym razem, bo to musi być oddzielny wpis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Architektura doświadczeń

Proste doświadczenia i skomplikowana rzeczywistość

notatki na mankietach

mysli szybkie, mysli smiale, wszystkie mysli duze i male...

𝓛𝓾𝓼𝓽𝓻𝓸 𝓬𝓸𝓭𝔃𝓲𝓮𝓷𝓷𝓸ś𝓬𝓲 - 𝓴𝓪𝓵𝓲𝓷𝓪𝔁𝔂

𝒯𝑜 𝓃𝒾𝑒 𝒿𝒶 𝒷𝓎ł𝒶𝓂 𝐸𝓌ą 𝒯𝑜 𝓃𝒾𝑒 𝒿𝒶 𝓈𝓀𝓇𝒶𝒹ł𝒶𝓂 𝓃𝒾𝑒𝒷𝑜 𝒞𝒽𝑜𝒸𝒾𝒶ż 𝒹𝑜𝓈𝓎ć 𝓂𝒶𝓂 ł𝑒𝓏 𝑀𝑜𝒾𝒸𝒽 ł𝑒𝓏, 𝓉𝓎𝓁𝓊 ł𝑒𝓏 𝒥𝑒𝓈𝓉𝑒𝓂 𝓅𝑜 𝓉𝑜, 𝒷𝓎 𝓀𝑜𝒸𝒽𝒶ć 𝓂𝓃𝒾𝑒

Myśli (nie)banalne Joanny

Moje spojrzenie na świat

FacetKA

... bo ktoś musi nosić spodnie!

365 dni w obiektywie LG/Samsunga

365 days a lens LG/Samsung

rymki i nie tylko

Przed wejściem tutaj nie musisz konsultować się z żadnym lekarzem, farmaceutą, a nawet z rodziną, gdyż treści tu zawarte z pewnością nie zaszkodzą Twojemu zdrowiu i życiu,

Burgundowy Kangur

Zawiłości codzienności

Accordéon et dentelles au jardin

ou les tribulations d'Agathe Balboa de Kwacha

TAKI JEST ŚWIAT

życie to nie bajka

Bursztynka

Cała ja:)

Spisane na kolanie

We and nature

Katie's Planners

Tworzę piękne i minimalistyczne kalendarze, notesy, plenery cyfrowe oraz do druku, także autorskie narzędzia i szablony ułatwiające organizację i wcielanie planów w życie.

sudeckie klimaty

hills and valleys of grassroot creativity

UnstableTrip

Digital Nomad Travel Blog

Na skraju miasta

takie tam obserwacje

%d blogerów lubi to: