Witaj Cusco, Peru

Po trzech godzinach jazdy taksówką, dwu i pół godzinach lotu i czterech godzinach wyczekiwania na lotniskach dotarliśmy do Cusco. Wylatywaliśmy z Guayaquil o 8:30 ale z powodów bezpieczeństwa musieliśmy być na lotnisku trzy godziny przed wylotem. Jeśli dołożymy do tego ponad trzygodzinny dojazd do lotniska to się okaże, że musieliśmy wyjść z domu o drugiej na ranem. Zerwana noc nie sprzyja podróżowaniu. Lot do Limy i Cusco odbył się dla mnie na wpół we śnie na wpół na jawie. Spanie na siedząco w samolocie to żaden odpoczynek i powoduje że zmęczenie się tylko nawarstwia a co za tym idzie i napięcie. Lot do Limy nie miał zasadniczo nic nadzwyczajnego w sobie. Stolica Peru leży nad Pacyfikiem toteż widoki przy lądowaniu były całkiem niezłe. Lotnisko nas zaskoczyło swoją wielkością, dodatkowo, ponieważ lot do Cusco był lotem krajowym, musieliśmy odebrać nasze bagaże. Zatem w pierwszej kolejności kontrola paszportowa, następnie odbiór bagaży, transfer na terminal krajowy, kolejne sprawdzanie naszych bagaży, zdanie bagaży na kolejny lot wreszcie kontrola bagaży podręcznych i przejście przez kolejny aparat do prześwietlania ludzi. Zmęczeni goniliśmy jak zmaltretowane psy a ponieważ lotnisko zaskoczyło nas swoim rozmiarem poczuliśmy trochę presji bo do odlotu mieliśmy tylko nieco ponad godzinę. Udało nam się jednak zdążyć na kolejny samolot bez większych problemów. Zgodnie z planem z Limy do Cusco powinnismy lecieć półtorej godziny a skończyło się na niecałej  godzinie. Podejście do lądowania było o wiele bardziej emocjonujące niż to pierwsze w Limie. Miasto leży bowiem w dolinie, było w związku z tym pare ostrych skrętów, szybsze niż zwykle opadanie i to wszystko na trochę większej prędkości. Widać gościu za sterami miał w tym doświadczenie bo usiadł na płycie bez najmniejszych problemów. Wylądowaliśmy jednak pół godziny wcześniej i musieliśmy odczekać te pare minut na naszego przewodnika. Chociaż nie trwało to długo to jednak zmęczenie powoduje, że wszystko nabiera o wiele większych rozmiarów. Relatywnie szybko dotarliśmy jednak do hotelu gdzie poczęstowano nas herbatą z liści koki, której wypięcie jest niemal koniecznością z uwagi na wysokość na jakiej się znajduje miasto. Muszę przyznać, że to podziałała. W dniu przybycia do Cusco agencja turystyczna nie miała dla nas nic zaplanowanego. Mogliśmy zatem lęgnąć po podróży jak dwa wykończone koty. Herbata z koki dodała nam jednak sił i wyruszyliśmy w miasto. W pierwszej kolejności wymiana waluty i tu kolejne zaskoczenie. Sol, peruwiański złoty ma się lepiej do dolara niż złotówka i za jednego zielonego otrzymaliśmy tylko 3.36 sola. Stówa, która wymieniliśmy tak jakby miała nogi i zanim się spostrzegliśmy już było po niej. Nie dlatego, że w Peru jest drogo bardziej z powodu tutejszego rękodzieła, które chociaż do tanich nie należy to zrobiło na nas olbrzymie wrażenie i dokonało spustoszenia w naszych kieszeniach. Byliśmy jednak na to przygotowani. Następnego dnia dobraliśmy się do następnej kasy tyle, że tym razem postanowiliśmy być ostrożniejsi. Cusco to przede wszystkim turyści z całego świata, którzy tu przybywają dla Machu Picchu. Miasto jednak ma bardzo wiele do zaoferowania sądząc tylko po pobieżnych oględzinach. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na jego odkrywanie bo nazajutrz rano wyjeżdżaliśmy już w kierunku ruin po Majach. Wrócimy do Cusco za trzy dni wtedy będę miał więcej informacji. Teraz czas na Pisac, Urubamba i Ollantaytambo.