Nasza pierwsza wyprawa południowoamerykańska

Po ponad pięciu latach spędzonych z małymi przerwami w Ekwadorze nadszedł czas żeby ruszyć trochę w głąb Ameryki Południowej. Od dawna naszym marzeniem była wyprawa do Machu Picchu. Przymierzaliśmy się do niej wielokrotnie jednak zawsze było coś ważniejszego albo po prostu coś nie bardzo wychodziło. Tym razem postanowiliśmy naszą podróż zaplanować odpowiednio wcześniej aby nie dać się zbić z tropu. Jeszcze podczas pobytu w Polsce wybraliśmy znane nam biuro turystyczne w Cuence aby przygotowało nam dziesięciodniową wycieczkę, która obejmowałaby Machu Picchu i jezioro Titicaca. Dogadaliśmy się co do ceny i terminu, daliśmy zaliczkę a po powrocie do Ekwadoru zapłaciliśmy resztę rachunku zatem nie pozostało nam nic innego jak tylko cierpliwie czekać na termin wylotu. W międzyczasie staraliśmy się zebrać jak najwiecej informacji o miejscach, do których się wybieramy. Nasi sąsiedzi odwiedzili te miejsca dwa lata temu i okazali się skarbnicą wiedzy na ten temat. Pomimo lata na południowej półkuli warunki, z uwagi na wysokość na jakiej będziemy przebywać, mają być dość surowe i powinno być dość chłodno. Przygotowujemy się zatem na zimne szczególnie noce. Nasza podróż zacznie się od lotu do Limy gdzie zmienimy samolot na inny do Cusco. Tu spędzimy pare dni przemieszczając się po terenie i stąd udamy się na wycieczkę to świetego miejsca Inków. To będzie punkt kulminacyjny pobytu w Cusco a dla nas możliwość porównania tego co miały do zaoferowania Tikal w Gwatemali i Caracol w Belize czyli najbardziej znane miejsca ruin Majów. Po wyprawie do Machu przeniesiemy się nad jezioro Titicaca gdzie spędzimy dwa dni. Z opowieści naszych znajomych wynika, że to właśnie jezioro zrobiło na nich większe wrażenie niż ruiny Inków. Zgodnie z ich opowieściami oraz informacjami jakie Alicja znalazła na internecie pokłady energii emanowane z powierzchni jeziora są bardzo mocno odczuwalne a samo jezioro uważane jest za jedno z niewielu miejsc na ziemi  o tak wielkim natężeniu energii. Nie będę ukrywał, że zżera nas ciekawość a ostatnie godziny przed wylotem ciągną się w nieskończoność. Na jeziorze umiejscowione są sztuczne i zamieszkałe wyspy, jedną z których mamy w planie odwiedzić. W drodze na okoliczne lotnisko mamy jeszcze zatrzymać się w paru turystycznych miejscach a potem już powrotny lot do Limy. Tu spędzimy ostatnią noc i zaliczymy tour po mieście. Następnego dnia powrót do Ekwadoru. Definitywnie nie możemy się doczekać początku wyprawy choć to już tylko parę godzin. Ostatnie dwa miesiące były dla nas trochę wyczerpujące z uwagi na wiele prac wokół domu. Czas na mały relaks i odpoczynek by choć trochę oderwać się od rzeczywistości. Do usłyszenia z Peru.