Żegnaj stary, witaj nowy

Tradycyjnie pod koniec roku wielu z nas robi jakieś tam podsumowania. Jaki był zatem mijający rok? Osobiście nie lubię lat przestępnych toteż moje nastawienie do 2016 roku juz na początku nie było pozytywne. Dlaczego nie lubię lat przestępnych? Prawdę mówiąc nie wiem. Nie należę do ludzi przesądnych jednak mam wrażenie, że ta niechęć bierze się z jakiś bliżej nieokreślonych przekazań ludowo-rodzinnych. Od paru lat nasze życie jest podzielone miedzy Polskę, Stany i Ekwador. Ostatnio do tej trójki dołączył Meksyk gdzie córka postanowiła się osiedlić. Dużo zatem czasu spędzamy w podróży i poza domem. To dziwne trochę uczucie bo kiedy juz przyzwyczaję się do bycia w jednym miejscu to trzeba się pakować. Z drugiej jednak strony te ciagle zmiany są dla nas swego rodzaju motorem napędowym. Zawsze coś się dzieje, zawsze jest coś do zrobienia. Nie inaczej było i w tym roku. Dla mnie jednak była jedna spora różnica. Musiałem się zmierzyć z życiem sam na sam. Samo doświadczenie z perspektywy oceniam pozytywnie bo trochę się o sobie dowiedziałem. Kuchnia, gotowanie i wszystko co jest z tym związane nauczyły mnie do tej pracy szacunku. Miałem spore obawy czy dam sobie radę ale jak to się mówi potrzeba jest matką wynalazku. Nie obawiam się juz kuchni aż tak bardzo, chociaż mam pretensje do starego roku, że mi nie pomógł w szukaniu sezonowej kucharki. To mial być żart. Okres spędzony samotnie generalnie jednak oceniam bardzo pozytywnie. Kiedy wyjeżdżałem z Polski jedną z motywacji była chęć sprawdzenia siebie w kompletnie nowym i nieznanym mi otoczeniu. Uważam, że takie przeżycie jest potrzebne każdemu aby zdać sobie sprawę na ile potrafimy uwierzyć we własne siły. Okres bycia sam ze sobą i tylko ze sobą jest w tym znaczeniu bardzo podobny. Udowodniłem sobie, że dam sobie radę co utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Takie nastawienie do życia było mi bardzo potrzebne a myśle, że przyda mi się na przyszłość. Mógłbym zatem biorąc powyższe pod uwagę uznać kończący się rok za udany. Ciagle jednak te jeden ekstra dzień w lutym każe mi patrzeć na niego podejrzliwie. Wiele rzeczy, w które wierzymy wysysamy z mlekiem matki, wiele z nich jest tez wypadkową otoczenia w jakim dorastamy i pewnie przesąd o roku przestępnym jest jedną z tych rzeczy. Nie będę go zatem ganił bo było w nim dużo słońca, do którego czuje bardzo duży sentyment. Słońce jest mi potrzebne jak powietrze, bez niego napewno się trudniej żyje. A, że od czasu do czasu trzeba popracować, to się pewnie nigdy nie zmieni. Nie chce wiele od 2017, oby był równie pogodny i słoneczny reszta zależy ode mnie.

Hipokryzja ma się dobrze

Zasypywany jestem ostatnio w mojej poczcie elektronicznej petycjami z rożnego rodzaju organizacji. Do niedawna jeszcze w ciagu miesiąca takich maili otrzymywałem zaledwie pare. Odkąd jednak wybory prezydenckie w Stanach przyniosły niespodziewany sukces Donaldowi Trumpowi nagle wszyscy, którzy z takim niedowierzaniem mówili o takiej możliwości zdali sobie sprawę, że Trump prezydentem, stało się faktem. Niedowierzanie szybko przerodziło się w szok bo podobnie jak Jarosław Kaczyński w Polsce, Donald Trump w Stanach budzi skrajne emocje. Mnożą się więc wszelkiego rodzaju petycje z prośba o podpisanie, domagające się wszystkiego tego co mało jest możliwe. Nikt przecież nie jest władny odwołania wyborów czy ich ponownego przeprowadzenia nawet jeśli owe żądanie podpisze każdy kto otrzymał jedno z tych „wołań o pomoc”. To przebudzenie  nastąpiło zatem zbyt późno i krzyki i wrzaski niczego już nie zmienią. Amerykańscy politycy, podobnie jak i polscy poznali moc demokracji. Nie jest możliwe wygrywanie kolejnych wyborów bez zapewnienia sobie zadowolenia większej części społeczeństwa. Trump napewno nie będzie tym czym jest Andrzej Duda w Polsce czyli czyimś chłopcem na posyłki, rola prezydenta w Stanach poza tym jest inna niż w naszym kraju. Nie mam jednak wątpliwości, że po objęciu władzy Trump pokaże inną twarz, co już powoli zaczyna być widać. Nie dziwią mnie zatem ani te petycje ani ich ilość tyle, że są one spóźnione. Stany Zjednoczone zmierzają w stronę podziału podobnego do tego z jakim mamy do czynienia w Polsce. Lud zmęczony i zamęczony przez establishment sięgnął po jedyną broń jaką ma sobie dostępną czyli głos w wyborach. Uległ zatem obietnicą rzucanym przez demagoga bo miał dość ich niedotrzymywania przez kolejne rządy poprzedników. Poprawa życia ludu zdaje się być więc hasłem, które daje duże szanse na sporą ilośc głosów. Paradoks wyborów w Polsce i w Stanach polega na tym, że chociaż komunizm jako system jest w obu krajach prawnie zakazany to jednak jego przesłania mają się dobrze. Mnożą się więc wszelkiej maści Robin Hoodzi, którzy obiecując ludowi gruszki na wierzbie a za zamkniętymi drzwiami załatwiają swoje ciemne sprawki rzucając ludowi na pożarcie od czasu do czasu coś lub kogoś aby od siebie odwrocić uwagę. Lud to kupuje bo sam nic nie mając lubi jak się innym zabiera. Lud to coraz większa masa ludzi pozbawionych marzeń i przyszłości, których frustracje wykorzystują wyzuci z wszelkich zasad hipokryci. Nie chce przez to powiedzieć, że hipokryzja to jakaś nowość tylko, że jej wyznawców obecnie jest więcej niż kiedykolwiek. 

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt

Kolejne święta spędzamy w innym klimacie. Nie mam tu na myśli tylko strefy geograficznej, bardziej chodzi mi o atmosferę. Ekwador nie różni się zbytnio od Stanów czy Polski. Tu rownież Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym. Mam jednak wrażenie, że jego przeżywanie ma charakter bardziej radosny. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście uroczysta parada i przemarsz główną ulicą wszystkich ludzi, którzy chcą pokazać coś związanego z narodzeniem naszego zbawiciela. Nie ma to jednak charakteru procesji, w której główną postacią jest ksiądz czy inny przedstawiciel kościoła. Jest to spontaniczna manifestacja rożnych organizacji, warstw i grup kulturowych mająca na celu nie tylko identyfikowanie się z wiarą ale rownież przedstawienie swojej specyficznej kultury. Maszerować będą zatem Indianie ubrani w swoje plemienne stroje tańcząc w rytm swoich instrumentów. Maszerować będą szkolne grupy artystyczne tańcząc i śpiewając. Można będzie zobaczyć platformy samochodowe, na których znajdować się będą inscenizacje historii związanych z przyjściem na świat syna Bożego. Będzie dużo muzyki, dużo tańca, dużo śpiewu i radości. Poprzebierane dzieciaki za różne postacie biblijne, uśmiechnie a jednocześnie zabawnie poważne będą stanowić największą grupę maszerujących. Z okolicznych okien obserwujący będą rzucać słodycze by podkreślić wdzięczność dzieciakom i rodzicom za wkład włożony w przygotowanie imprezy. No właśnie, cały ten spektakl to radosna impreza, w której kościół bardzo mało jest widoczny jeżeli w ogóle. Nie wiem czy taki był generalny zamysł tej parady czy przedstawiciele lokalnego kościoła zdecydowali się nie ingerować w jej przebieg, wiem jednak, że ludzie uczestniczą w tym z dobrej woli bez względu na podziały czy przynależność grupową. Głównym i bezsprzecznie najważniejszym punktem parady jest przeniesienie rzeźby małego Jezusa, wykonanej przez nieznanego artystę w 1823 roku i poświęconej w 1961 przez papieża Jana XXIII. Jak wieść niesie ów wędrujący Jezus wraca do Cuenki w każdą wigilie Bożego Narodzenia bo tu został stworzony i stad „wyemigrował” do ziemi świętej i Rzymu gdzie został poświęcony. Cuenkańskie „Pase del Niño” jest największą tego typu imprezą w całej Ameryce Łacińskiej, będzie trwało w granicach dziewięciu godzin gromadząc około pięćdziesiąt tysięcy uczestników. Co roku podobno obserwuje tą paradę ponad dwieście tysięcy turystów z rożnych stron świata. I my planujemy wypad do Cuenki aby jeszcze raz obejrzeć to wspaniałe widowisko. Nie ma jednak takiej możliwości abyśmy mogli obserwować je do końca. Musimy wracać do domu gdzie wspólnie z naszymi znajomymi planujemy usiąść do stołu zapoznając ich jednocześnie z naszą tradycją i specyfiką wigilii, na której nie zabraknie naszych potraw. 

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt. 

Lekarstwo na susze

Odkąd wróciliśmy do Ekwadoru pogoda jakby domyślała się czego nam było potrzeba. Od rana do wieczora słoneczko nie skąpiło nam swojego ciepła. Po relatywnie chłodnym październiku w Polsce i przeciętnej pogodzie w Stanach, ekwadorskie słońce poprawiło nasze nastroje. Nie ma co ukrywać bez niego samopoczucie większości z nas nie jest takie same. Naszej radości nie podzielali jednak okoliczni mieszkańcy bo jak się okazało nadmiar słońca spowodował braki wody w rzekach co odbiło się na zapasach wody pitnej. Chociaż nie odbiło się to w jakiejś drastycznej formie to jednak czuć było niepewność wynikającą z braku opadów deszczu. Ja wciąż zachowywałem spokój mistrza patrząc z niewątpliwym uwielbieniem w stronę słońca. Jednak moja życiowa partnerka, zapalona ogrodniczka powoli zaczynała odczuwać ciężar codziennego podlewania wszystkiego co posadziła. Nie da się rownież ukryć, że to podlewanie w końcowym efekcie spowodowało, że i moje nastawienie w kierunku rozpalonej kuli na niebie powoli ulegało zmianie. Deszcz podobnie jak słońce rownież jest potrzebny do życia. Coraz to suchsze rzeki i i wypalona gleba zdawały się krzyczeć i wołać o pomoc. Ta jednak nie nadchodziła, niebo zdawało się o nas zapomnieć. Wsród miejscowej ludności istnieje przekonanie, że jeśli spowoduje się pożar to, ten przyniesie deszcz. Kiedyś czytałem o tym w książkach indiańskich lecz nie sądziłem, że ta wiara jest wiecznie żywa. Przekonałem się, że tak jednak jest bo oto po przeciwnej stronie naszej rzeki na szczycie góry pewnego dnia pojawił się dym. Początkowo dość nieśmiały i nie zwiastujący niczego szczególnego. Brak wody odbił się rownież i na drzewach, które wyschnięte do granic wytrzymałości chętnie podtrzymywały powoli rozprzestrzeniający sie ogień. Patrząc z dala nie można było oprzeć się wrażeniu, że oto jesteśmy świadkami pożaru. Na niebie pojawiły się helikoptery a po okolicznych drogach nagle można było zauważyć wzmożony ruch zwiastujący nieciekawą sytuacje. Rzeczywiście drugiego dnia z dymu przypominającego smugę z komina nagle pojawiły się jęzory ognia rozprzestrzeniając się  w linii prostej. Z naszego patio widok na to wszystko był tak jakbyśmy siedzieli w teatrze w pierwszy rzędzie. Po zachodzie słońca łuna ognia rozświetlały cała okolice.  Pożar stawał się być coraz bardziej śmiały i bezczelny a na domiar złego okolice, w których się zadomowił uniemożliwiały akcje ratunkową z uwagi na mocne zbocze. Akcja lania wody z góry tez sprawiała problemy z uwagi na wiatr, który uniemozliwiał dokładnie trafienie z wody. Naszym zdaniem gdyby akcja zaczęła się wcześniej to prawdopodobnie udałoby się zniszczyć siedlisko pożaru w zarodku. Jak to zwykle jednak bywa najpierw są debaty a potem akcja. Po trzech dniach wydawało się że kataklizm został zażegnany i wszyscy mogliśmy odetchnąć z ulgą. Niestety w południe następnego dnia ponownie na widnokręgu pojawiła się smuga dymu i dało się słyszeć charakterystyczny głos palonego drzewa. Tym razem w ciagu godziny pojawiły się helikoptery z bombami wodnymi niemal natychmiastowo. Po części udało się sparaliżować ogień i wtedy z pomocą  przyszła matka natura. Rzęsisty deszcz, na który wszyscy czekaliśmy wreszcie spadł gasząc wciąż tlące się w oddali drzewa. Deszcz był potrzebny nie tylko ze względu na pożar ale rownież z uwagi na pogarszająca się sytuacje wodną. Przyszedł zatem oczyszczając rozgrzane powietrze i niespokojne ludzkie umysły. Pojawił się jednak w cztery dni po rozpętaniu pożaru w parku narodowym Cajas, który pozostawił po sobie brunatna plamę w krajobrazie parku. Władze potwierdziły, ze ogień został podłożony celowo prawdopodobnie przez kogoś z okolicy oczekującego opadów. A skoro padało przez najbliższe trzy dni to jak nie wierzyć Indianom, że lekarstwem na susze jest pożar? Mnie przekonali. 

Czterdzieści lat minęło

Ostatnie wydarzenia w polskim parlamencie jako żywo przypomniały mi historie sprzed czterdziestu lat. Wydarzenia z czerwca 1976 w Radomiu spowodowały, że oto słowo warchoł juz na zawsze będzie się kojarzyć z radomskim protestami. A oto co znalazłem na temat tamtych czasów na stronie dzieje.pl.

Komunistyczne władze od początku próbowały przeinaczyć sens protestu z 25 czerwca 1976.„Ta łatka warchołów, którą przypięto radomskim robotnikom, miała na celu przede wszystkim umniejszenie znaczenia protestu, a także wymazanie go z pamięci społecznej obywateli”  „Ta swoista narracja PRL-u, która przedstawiała radomski protest jako chuligańskie wybryki, w pewnej części na stałe przylgnęła do radomskiego Czerwca’76” . Bezpośrednią przyczyną protestu robotniczego, do którego doszło 25 czerwca 1976 r., była zapowiedziana dzień wcześniej przez ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza drastyczna podwyżka cen wielu artykułów żywnościowych; mięso i ryby miały podrożeć o 69 proc., nabiał – o 64 proc., masło o 60 proc., ryż o 150 proc. oraz cukier o 90 proc. Stanowczy sprzeciw robotników spowodował jednak, że władze zdecydowały się wycofać z planów podwyżek.

I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zinterpretował bunt przeciwko swojej polityce bardzo emocjonalnie. Może o tym świadczyć m.in. jego wypowiedź w czasie telekonferencji z I sekretarzami komitetów wojewódzkich, która odbyła się dzień po proteście, 26 czerwca. Gierek zażądał zorganizowania w wielu polskich miastach, w tym także w Radomiu, wieców poparcia dla linii partii i polityki rządu. „ Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, tym lepiej dla sprawy. To musi być atmosfera pokazywania na nich, jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle po świecie chodzą” – mówił Gierek o radomskich robotnikach.„Radomski Czerwiec’ 76 był wiadrem zimnej wody wylanej na ekipę Gierka, która żyła do tego momentu w przekonaniu, że jest najlepiej radzącą sobie ekipą ze wszystkich rządzących dotąd PRL-em. Owa słynna propaganda sukcesu była wtedy w apogeum i w pełni swojego rozwoju zderzyła się z protestem w Radomiu” . Stąd ta autentyczna nienawiść, którą wyraził Gierek. Miał poczucie, że Polska tak się wspaniale rozwija pod jego rządami, a tu nagle tłum atakuje komitet partii i absolutnie nie przyjmuje do wiadomości argumentów, że podwyżka cen żywności jest niezbędna. Gierek potępił robotników z Radomia i jednocześnie zażądał organizacji spektakularnych wieców poparcia. „Żebyście mogli, towarzysze, powiedzieć o słuszności tej właśnie decyzji, tzn. o słuszności propozycji i żebyście mogli powiedzieć, że wy się z tym solidaryzujecie, żebyście mogli powiedzieć na tym wiecu, że nie popieracie metod chuligaństwa i metod narzucania ogromnej większości klasy robotniczej, narodu woli niewielkiej grupy chuliganów(…). Towarzysze, mnie to jest potrzebne jak słońce, jak woda, jak powietrze” – mówił Gierek na partyjnej telekonferencji. Jeśli takie słowa padają z ust I sekretarza rządzącej partii komunistycznej, to partia, a w ślad za nią i całe państwo, muszą stanąć na baczność i wolę towarzysza I sekretarza wypełnić. Najpierw szukając warchołów i chuliganów,  którzy zakłócili dialog partii z narodem,  a potem karząc ich – możliwie najsurowiej, by potwierdzić tezy partyjnej propagandy .Zgodnie z życzeniem Gierka w całej Polsce zaczęły odbywać się wyreżyserowane wielotysięczne wiece dla poparcia polityki władz PRL. Propagandowa kampania nienawiści przetoczyła się przez prasę, radio i telewizję. Wobec radomian działacze partyjni używali różnych określeń. „Żałosnej maści warchoł”, „męt”, „osobnik z kręgu bandytyzmu i przestępczości”, „element, któremu wszyscy uczciwi Polacy winni okazać najgłębszą pogardę i potępienie” – to tylko niektóre z nich.Kulminacją kampanii był wiec zorganizowany 30 czerwca 1976 r. w Radomiu. Na stadion klubu sportowego „Radomiak” zwieziono delegacje z kilku ościennych województw. Na trybunach zasiadło ok. 35 tys. ludzi, ze szturmówkami i tysiącami propagandowych transparentów („Towarzysz Gierek naszym wzorem”, „Niech żyje KC PZPR”). Za postawę radomian przepraszał ówczesny prezydent tego miasta Tadeusz Karwicki. W jego przemówieniu znalazło się wszystko to, czego oczekiwała partyjna centrala: akty potępienia „warchołów i chuliganów” i słowa przeprosin pod adresem „pozostałych uczciwych Polaków”. W podobnym tonie były inne odczytywane z kartek przemówienia. W przerwach siedzący w pierwszej ławce aktyw partyjny skandował „Gierek – Polska!”, „Robotnicy Waltera”, jaka wasza godność”.

Postanowiłem wykorzystać ten tekst i lekko go zmodyfikować. Oto co powstało.

Pisowskie władze od początku próbowały przeinaczyć sens protestu KOD-u i opozycji dotyczących polityki rzadu.Łatka warchołów, którą przypięto opozycji miała na celu przede wszystkim umniejszenie znaczenia protestu, a także wymazanie go z pamięci społecznej obywateli. Ta swoista narracja PiS-u, która przedstawiała protest opozycji jako chuligańskie wybryki, w pewnej części na stałe do niej przylgnęła.Bezpośrednią przyczyną protestu opozycji do którego doszło w latach 2015 – 2016 było uchwalenie niezgodnych z prawem ustaw dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Ani premier Beata Szydło, ani prezydent Andrzej Duda nie dopatrzyli się w tych ustawach ewidentnego łamania prawa i konstytucji. I sekretarz KC PiS Jarosław Kaczyński zinterpretował bunt przeciwko swojej polityce bardzo emocjonalnie. Może o tym świadczyć m.in. jego wypowiedź w czasie telekonferencji z I sekretarzami komitetów wojewódzkich. Kaczyński zażądał zorganizowania w wielu polskich miastach wieców poparcia dla linii partii i polityki rządu.”Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, tym lepiej dla sprawy. To musi być atmosfera pokazywania na nich, jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle po świecie chodzą” –tak sądzi Kaczyński.

Wystąpienia organizacji opozycyjnych są wiadrem zimnej wody wylanej na ekipę Kaczyńskiego, która żyła do tego momentu w przekonaniu, że jest najlepiej radzącą sobie ekipą ze wszystkich rządzących dotąd w IV Rzeczypospolitej. Propaganda dobrej zmiany zdawała się być w apogeum i w pełni swojego rozwoju zderzyła się z protestami. Stąd ta autentyczna nienawiść, którą wyraża Kaczyński. Ma on wciąż poczucie, że Polska tak się wspaniale rozwija pod jego rządami, a tu nagle tłum atakuje komitet partii i absolutnie nie przyjmuje do wiadomości jego argumentów. Kaczyński  potępia wszystkich inaczej myślących i jednocześnie żąda organizacji spektakularnych wieców poparcia. „Żebyście mogli, towarzysze, powiedzieć o słuszności tej właśnie decyzji, tzn. o słuszności propozycji i żebyście mogli powiedzieć, że wy się z tym solidaryzujecie, żebyście mogli powiedzieć na tym wiecu, że nie popieracie metod chuligaństwa i metod narzucania ogromnej większości klasy robotniczej, narodu woli niewielkiej grupy chuliganów(…). Towarzysze, mnie to jest potrzebne jak słońce, jak woda, jak powietrze”. Czyż nie świadczą o powyższym słowa premier Szydło i prezydenta Dudy na temat zamieszek w Sejmie i oskarżania o nie opozycji? 

Jeśli takie słowa padają z ust I sekretarza rządzącej partii, to partia, a w ślad za nią i całe państwo, muszą stanąć na baczność i wolę towarzysza I sekretarza wypełnić. Najpierw szukając warchołów i chuliganów, którzy zakłócili dialog partii z narodem, a potem karząc ich – możliwie najsurowiej, by potwierdzić tezy partyjnej propagandy. Zgodnie z życzeniem Kaczyńskiego w całej Polsce będą odbywać się wyreżyserowane wielotysięczne wiece poparcia dla polityki władz PiS. Propagandowa kampania nienawiści przetoczy się przez prasę, radio i telewizję. Wobec opozycji działacze partyjni już używają różnych określeń. „Żałosnej maści warchoł”, „męt”, „osobnik z kręgu bandytyzmu i przestępczości”, „element, któremu wszyscy uczciwi Polacy winni okazać najgłębszą pogardę i potępienie” – to tylko niektóre z nich.

Kulminacją kampanii propagandowo – ustawodawczej PiS-u ma być zmarginalizowanie opozycji albo wręcz zlikwidowanie jej w celu przejęcia kompletnej władzy, wykorzystując do tego naiwność klasy pracującej. Tak właśnie funkcjonowała PZPR, ówczesna partia rządząca, tylko, że ludzie pracy nie dali się już na to nabrać i cztery lata po wydarzeniach radomskich nie było już Gierka. 

Mnie nie pozostaje nic innego jak tylko mieć nadzieje, że tym razem lud nie będzie czekał aż cztery lata. 

 

Bo ludzie, którzy wiedzą wszystko nadają się na pastwisko

Patrząc na to co się dzieje dzisiaj na świecie przypominają mi się moje studia ekonomiczne. W zakresie samego meritum trudno porównywać ówczesny program z tym, który obowiązuje dzisiaj. W moich czasach mieliśmy przecież do czynienia z ekonomią socjalizmu i „parszywego” kapitalizmu. Niewiele juz pamietam z tamtych wykładów jedynie co niezmiennie przychodzi mi do głowy to przewaga socjalistycznej ekonomii nad tą kapitalistyczną, która wynikała z jej planowego charakteru. W kapitalizmie wszystko miało być żywiołowe bez żadnych prognoz czy oczekiwać. Z tego też powodu owa kapitalistyczna gospodarka miała, w przeciwieństwie do naszej, wzloty i upadki zwane kryzysami. Ale to tak na marginesie. Mój wykładowca prowadził oba przedmioty w związku z czym łatwo mu było porównywać oba systemy, przynajmniej teoretyczne. Uważał on siebie za specjalistę w dziedzinie ekonomii chociaż na ogół prowadząc zajęcia czytał najbezczelniej w świecie przedmiotowy podręcznik. Zagiąć go jednak na tematy ekonomii nie było takiej możliwości. Na drugim roku dołączył do nas chłopak, którego rodzice właśnie zjechali z placówki dyplomatycznej na tak zwanym zachodzie. Niezależnie od tego w tych właśnie latach najjaśniej świeciła gwiazda Mario Kempesa wspaniałego napastnika reprezentacji Argentyny. Podejrzewam jednak, że nasz wykładowca nie bardzo interesował się piłka nożną. Tak się złożyło, że na jednych z zajęć wdał się w polemikę z naszym „światowym” kolegą. Ów postanowił sprawdzić bieżącą wiedzę naszego doktora, pytając go czy czytał najnowszą publikację Mario Kempesa, która miała wnosić wiele nowego do zagadnienia, którego dotyczyła polemika. No cóż, nie chcąc sobie pozwolić na nieznajomość najnowszej przedmiotowej literatury wykładowca potwierdził przeczytanie owej pozycji ale żeby nie pozwolić na dalszą dyskusje uciął rozważania stwierdzając, że kompletnie nie zgadza się z tezami tam zawartymi. W ten oto sposób Mario Kempes stał się ekonomistą a nasz znawca zagadnień wszelkich kompletnym idiotą. Trzeba umieć przyznać się do nieznajomości czegoś czy niewiedzy o czymś. Piszę o tym bo to co nam oferuje partia rządząca przypomina mi jako żywo owego „naukowca”. Kompletny brak wiedzy na temat wielu zagadnień i jednocześnie ten głupi upór i chęć udowodnienia, że wszystko wiedzą najlepiej. Brak dialogu, oszukańcza wyciągnięta ręka, która oczekuje nie kompromisu ale akceptacji żałosnych pomysłów, odwoływanie się do naszych najniższych instynktów, skłócanie wszystkich to w skrócie program partyjnego guru. Właśnie przeczytałem na Onecie, że jest on uważany za jednego z „potężniejszych” ludzi Europy. Nie mam złudzeń, że i ten wielki człowiek czytał ekonomie Mario Kempesa, która jest zapewne lekarstwem na wszystkie bolączki naszego kraju tym bardziej, że socjalistyczny ekonomista się z nią nie zgadzał. Jestem rownież przekonany, że i nasz specjalista od obrony próbuje kierować się tezami z tej pozycji tyle, że w jego przypadku aby cokolwiek z tego zrozumieć potrzebuje on nastoletnich doradców. A zasada jest prosta, lepiej przyznać się do swojej niewiedzy niż zrobić z siebie kompletnego idiotę. Tyle, że nie o to chodzi w dobrej zmianie.

Wołyńskie reminiscencje

W trakcie pobytu w Polsce miałem okazje obejrzeć „Wołyń”. Długo przymierzałem się do skreślenia paru słów na jego temat bo prawdę mówiąc nie wiedziałem od czego zacząć. Tematyka filmu jest mi znana z opowiadań mojej teściowej, która wiele z tego co pokazano na filmie widziała i przeżyła. Chociaż mało na ten temat mówiła to wiedzieliśmy, że trauma jaką przeżyła nie da się z niczym porównać. Wiedziałem zatem czego oczekiwać wybierając się do kina. Obraz ma niewątpliwie jednak większą moc niż jakakolwiek opowieść. To co zobaczyłem przekroczyło moje oczekiwania. Mord sam w sobie jest rzeczą podłą jeżeli jednak dodamy do niego okrucieństwo z jakim był zadawany to to już nie mieściło i nie mieści się w moich kategoriach pojamowania człowieczeństwa. Film bez żadnych retuszów pokazał do czego prowadzi skrajny nacjonalizm poparty religią i urojoną krzywdą. Ludzie przestali być ludźmi a zamieniali się w głodne krwi bestie zabijając i pastwiąc się nad swoimi ofiarami z dziką przyjemnością. Nie chce i nie będę streszczał filmu bo uważam, że jest niemal obowiązkiem każdego obejrzenie tego obrazu. Sam przed filmem nie zdawałem sobie sprawy z rozmiarów tej tragedii dopiero jego obejrzenie i komentarze ludzi, którzy to przeżyli uświadomiły mi jak wielu jest jeszcze wsród nas rodaków, którzy w taki czy inny sposób zostali dotknięci tym nieszczęściem. Moja teściowa została wywieziona na Syberie dzięki czemu pewnie przeżyła. Kiedy jednak temat wołyński pojawił się w ostatnich latach w naszym życiu publicznym, niezmiennym mottem jej wypowiedzi było stwierdzenie, że w całym swoim życiu nie doznała tyle zła od Rosjan na Syberii ile doświadczyła od nacjonalistów ukraińskich we własnym domu. I nie piszę tego w obronie Putina czy w celach antyukraińskich. Żyjemy w czasach silnej propagandy rządowej i interesów ponad państwowych. Oba te czynniki decydują o naszym postrzeganiu świata wrogów i świata przyjaciół. One rownież kształtują racje stanu a ta przekłada się na polityczną poprawność. I tak pastwienie się nad Rosją za Katyń jest uzasadnione a wypominanie Ukrainie Wołynia już nie. I wcale nie chodzi mi tu o jakaś nagonkę na naszego wschodniego sąsiada bo dzisiejsi jego obywatele niewiele z tamtymi czasami mają wspólnego. Chodzi mi bardziej o to aby rządzący Ukrainą zaakceptowali i nazwali po imieniu to co stało się z Polakami na Wołyniu. A było to bestialskie ludobójstwo dokonane na całej naszej nacji bez względu na wiek i płeć. Nazwanie tego czystkami etnicznymi przy jednoczesnym uznaniu Bandery za bohatera Ukrainy w obecności naszego prezydenta jest niczym innym niż pluciem nam w twarz. Czy można mieć jednak pretensje do Ukrainy jeśli nasz rząd udaje, że deszcz pada? Czy na tym ma polegać polityczna poprawność aby udawać, że zło na nas dokonane dzisiaj nie jest złem bo kraj, który to zło dokonał dzisiaj jest naszym sojusznikiem w walce z innym imperium zła? Jeśli od nas się wymaga kajania za Jedwabne mamy chyba moralne prawo do domagania się tego samego od Ukrainy za Wołyń. Nasz wschodni sąsiad chce do wstąpić do Unii Europejskiej tylko czy jest gotowy oddać zagrabione mienie tak jak my to robimy? Osobiście nie sądzę. Film w doskonały sposób pokazał do czego prowadzi nienawiść i ślepy nacjonalizm. Warto się nad tym zastanowić szczególnie w dobie gdy w naszym kraju radzącą partia hołduje tym dwóm uczuciom nazywając je górnolotnie patriotyzmem. System ten przez wielu nazwany kaczyzmem to nic innego jak miękka odmiana nacjonalizmu opartego na nienawiści. Póki co miękka odmiana, póki co.

Już wystarczy

Spójrz do góry

Ponad chmury
Tam jest niebo
Do którego
Stąd zmierzamy
Gdy do bramy
Ona zakołacze
Choć rodzina płacze
Tobie wolno
Drogą polną
W pełnym słońcu
Dojść na końcu
Do krainy
Gdzie dziewczyny
I chłopaki 
Są jak ptaki
Państw tu nie ma
Cała owa „ziemia”
Jest własnością
I przyszłością
Tych co w zgodzie
W swym ogrodzie
Pokój pielęgnują
Wespół się szanując
Chcesz tam mieszkać?
Musisz przestać
Widzieć w niebie
Tylko siebie
Już na ziemi
Musisz zmienić
Sposób życia
I styl bycia
Pomoc innym
Tym mniej silnym
Dać nadzieje
Którym wieje
Wiatr wprost w oczy
Zamiast kroczyć 
Bez współczucia
Bo uczucia
Rzeczy są to ważne
Bez nich straszne
Nawet chwile
Niby mało, lecz aż tyle
Mnie sie zdaje
Wszystkie kraje 
Gdyby chciały
To by miały
Tu na ziemi niebo
Lecz potrzebą
Wszechmogącą
Tych co rządzą
Jest skłócanie
I wmawianie
Że to innych wina
Choć to drwina
O czym wiemy
Lecz nie chcemy
Wiecej walczyć
Już wystarczy
Lepiej umrzeć…