Czas rozliczeń

Pogoda w trakcie mojego pobytu w Polsce nie dopisała. Październik był chłodny i pochmurny. Na temat zmian w klimacie dużo się ostatnio mówiło jednak to co mieliśmy w Polsce we wrześniu i w październiku napewno nie było globalnym ociepleniem. Stany przywitały nas też chłodem i deszczem. Obawialiśmy się, że tak będzie przez cały nasz dwutygodniowy pobyt. Jednak po dwóch dniach pogoda uległa kompletnej zmianie ku naszemu zadowoleniu. Po ślubie syna myślami byliśmy oczywiście już w domu i z niecierpliwością oczekiwaliśmy daty wyjazdu. Kiedy więc wylądowaliśmy po przygodach w podróży w Guayaquil pierwsze co poczuliśmy to zmiana klimatu. Tradycyjnie w tym nad-oceanicznym mieście natychmiast daje się odczuć specyfikę okolicznej aury. Bardzo wilgotne powietrze sprawia problemy z oddychaniem i powoduje  szybkie pocenie. Właśnie to było główną przyczyną, że nie zdecydowaliśmy się osiedlić bliżej Pacyfiku. Kiedy wreszcie dopadliśmy Andów nastąpiła kolejna zmiana pogody. W miejsce tropikalnego oceanicznego powietrza zaczął się pojawiać górski bardziej chłodny a jednocześnie przyjemny w zapachu, jeśli można tak to określić, wiatr. Rzadko się zdarza aby po drodze nie padało i nie było mgły. Nie inaczej było i tym razem. Wspinaczka do wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów zwłaszcza w nocy nie należy do spokojnych. Droga bowiem jest pełna ostrych zakrętów co przy mgle i padającym deszczu wymusza na kierowcy zachowanie szczególnej ostrożności i nie pozwala na rozwiniecie jakiekolwiek szybkości. Na ogół jednak zanim dojedziemy do Cuenki aura się poprawia, mgła ustępuje a deszcz zanika. Tym razem było inaczej. Szczególnie deszcz nie miał zamiaru dać za wygraną i towarzyszył nam aż do samego domu. Już obawialiśmy się, że przyszła za nami brzydka jesienna słota, którą zostawiliśmy w Polsce. Nic z tych rzeczy. Następnego dnia słońce rozbudziło nas ku naszej niewątpliwej uciesze. Wymordowani podróżą zalegaliśmy na naszym patio oddając się słodkiej bezczynności. Ja mógłbym tak trwać jeszcze parę dni ale nie było mi dane. Wielkimi krokami nadchodził czas rozliczeń. Gospodarzyłem przecież sam przez ponad pół roku. O ile dom i porządki w nim nie wzbudziły większych uwag o tyle ogródek a raczej to co z niego pozostało to juz kompletnie inna para kaloszy. Nie miałem złudzeń, że będzie cieżko szczególnie, że za tą częścią naszego gospodarstwa nie bardzo przepadam w wręcz sprawiało mi przyjemność patrzenie jak to wszystko tak ślicznie i żywiołowo zarasta. Należę do ludzi w miarę zorganizowanych w ogrodnictwie lubię jednak jak natura sama sobie ustala co i gdzie ma rosnąć. Mogę ewentualnie jej pomóc kosząc trawę, reszta to już nie moja sprawa. Okazało się, że nawet koszenie trawy to czynność niezbyt bezpieczna bo przy okazji skosiłem chrzan i coś jeszcze, czego nazwa nic mi nie mówi a co dopiero wygląd tego czegoś. Byłem przygotowany na burzę z piorunami skończyło się na burzy z drobnymi wyładowaniami po części pewnie dzięki zmęczeniu po podróży, po części pewnie dzięki słoneczku, które radośnie patrzyło na nas z góry nie szczędząc nam swych promieni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s