Czas rozliczeń

Pogoda w trakcie mojego pobytu w Polsce nie dopisała. Październik był chłodny i pochmurny. Na temat zmian w klimacie dużo się ostatnio mówiło jednak to co mieliśmy w Polsce we wrześniu i w październiku napewno nie było globalnym ociepleniem. Stany przywitały nas też chłodem i deszczem. Obawialiśmy się, że tak będzie przez cały nasz dwutygodniowy pobyt. Jednak po dwóch dniach pogoda uległa kompletnej zmianie ku naszemu zadowoleniu. Po ślubie syna myślami byliśmy oczywiście już w domu i z niecierpliwością oczekiwaliśmy daty wyjazdu. Kiedy więc wylądowaliśmy po przygodach w podróży w Guayaquil pierwsze co poczuliśmy to zmiana klimatu. Tradycyjnie w tym nad-oceanicznym mieście natychmiast daje się odczuć specyfikę okolicznej aury. Bardzo wilgotne powietrze sprawia problemy z oddychaniem i powoduje  szybkie pocenie. Właśnie to było główną przyczyną, że nie zdecydowaliśmy się osiedlić bliżej Pacyfiku. Kiedy wreszcie dopadliśmy Andów nastąpiła kolejna zmiana pogody. W miejsce tropikalnego oceanicznego powietrza zaczął się pojawiać górski bardziej chłodny a jednocześnie przyjemny w zapachu, jeśli można tak to określić, wiatr. Rzadko się zdarza aby po drodze nie padało i nie było mgły. Nie inaczej było i tym razem. Wspinaczka do wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów zwłaszcza w nocy nie należy do spokojnych. Droga bowiem jest pełna ostrych zakrętów co przy mgle i padającym deszczu wymusza na kierowcy zachowanie szczególnej ostrożności i nie pozwala na rozwiniecie jakiekolwiek szybkości. Na ogół jednak zanim dojedziemy do Cuenki aura się poprawia, mgła ustępuje a deszcz zanika. Tym razem było inaczej. Szczególnie deszcz nie miał zamiaru dać za wygraną i towarzyszył nam aż do samego domu. Już obawialiśmy się, że przyszła za nami brzydka jesienna słota, którą zostawiliśmy w Polsce. Nic z tych rzeczy. Następnego dnia słońce rozbudziło nas ku naszej niewątpliwej uciesze. Wymordowani podróżą zalegaliśmy na naszym patio oddając się słodkiej bezczynności. Ja mógłbym tak trwać jeszcze parę dni ale nie było mi dane. Wielkimi krokami nadchodził czas rozliczeń. Gospodarzyłem przecież sam przez ponad pół roku. O ile dom i porządki w nim nie wzbudziły większych uwag o tyle ogródek a raczej to co z niego pozostało to juz kompletnie inna para kaloszy. Nie miałem złudzeń, że będzie cieżko szczególnie, że za tą częścią naszego gospodarstwa nie bardzo przepadam w wręcz sprawiało mi przyjemność patrzenie jak to wszystko tak ślicznie i żywiołowo zarasta. Należę do ludzi w miarę zorganizowanych w ogrodnictwie lubię jednak jak natura sama sobie ustala co i gdzie ma rosnąć. Mogę ewentualnie jej pomóc kosząc trawę, reszta to już nie moja sprawa. Okazało się, że nawet koszenie trawy to czynność niezbyt bezpieczna bo przy okazji skosiłem chrzan i coś jeszcze, czego nazwa nic mi nie mówi a co dopiero wygląd tego czegoś. Byłem przygotowany na burzę z piorunami skończyło się na burzy z drobnymi wyładowaniami po części pewnie dzięki zmęczeniu po podróży, po części pewnie dzięki słoneczku, które radośnie patrzyło na nas z góry nie szczędząc nam swych promieni.

Cud nad Wisłą

Nie oczekuj cudów 

Od faceta z Dudów
Nie dziw się Beacie,
Że ma pełne gacie
Marka rownież zrozum
Że mu odebrało w sejmie rozum
Staszek ten z Senatu
Boi się jak ognia batów
Na Ryszarda spojrzeć mi wystarczy
On ze strachu ledwie charczy
Mariusz niby twarda sztuka
Miejsca do schowania ciagle szuka
Dajmy spokój Antoniemu od obrony
Toż on wiecznie przestraszony
Zbigniew zwany również sprawiedliwym
Niby pewny siebie tyle, że lękliwy
Piotrek co to niby zna się na kulturze
Chowa się po każdej dziurze
Witold, znany jako postrach zagranicy
Po biurze chodzi w damskiej spódnicy
A i Krystyna choć postury jest konkretnej
Na widok wodza całkowicie blednie
Właśnie od finansów odwołali gościa
Wymaganiom szefa nie mógł sprostać
Nowy co Mateusz ma na imię
Drzewa będzie sadził w zimie
Na nich wielkiej kasy latem się spodziewa
Pieniądz nie obrodzi, trzeba będzie zwiewać 
Komu z bandy szefa byś nie spojrzał w oczy
Żaden z nich cię nie zaskoczy
Nikt z nich nie ma swego zdania
Nawet jeśli proste masz pytania
Mówią jedno, robią drugie
A wyborców mają się w dupie
Jarek Kiepski ich nauczył tego
Patrzą zatem na guru swojego
Niczym Waldek na swojego tatę.
Żeby zdobyć Jarosława aprobatę
Muszą się myślenia wyrzec
I bossowi swemu przyrzec 
Ze ich zakuć może nawet w dyby
Jeśli tylko albo gdyby
Rzekną coś bez jego wiedzy.
Prawdą jest co mówią mi koledzy
Że tym krajem kiepska rządzi zgraja
Chociaż chciałbym aby to kwietniowe były jaja
Rzeczywistość jednak temu przeczy
Zamiast być świadkami wielkich rzeczy
Z arogancją i głupotą walczyć nam przychodzi
I z facetem, który nam celowo szkodzi.
Wszystko się rządowi pomieszało
Co i z prezydentem tez się stało
Miast krajowi pozostawać oddanymi
Stali się prezesa poddanymi
Taki oto stał się cud nad Wisłą
Przyszli prezesowi, nastrój dobry prysnął.

Podróż z przygodami

Po sześciu tygodniach pobytu w Polsce, dwóch w Stanach wróciliśmy wreszcie do domu. Aby wrócić do domu potrzebujemy czterech lotów: dwóch z Polski do Stanów i dwóch ze Stanów do Ekwadoru. W tym roku dodatkową atrakcją pobytu w USA był ślub starszego syna. Dzięki temu spotkaliśmy się całą rodziną bo i córka zjechała na tę uroczystość z Meksyku. Mieszkamy w tylu zakątkach świata, że takie spotkania należą do rzadkości toteż tym większa była z tego faktu frajda. Oczywiście najważniejszym akcentem tego pobytu był ślub, który pomimo relatywnie krótkiego czasu, jeśli chodzi o jego przygotowanie, wypadł znakomicie. Pobyt w Stanach umożliwia nam zawsze łagodniejsze przestawienie się na inna strefę czasową. Podróż przez Atlantyk zabiera nam dziewic godzin a gdybyśmy chcieli lecieć bezpośrednio to lot trwałby około czternastu godzin. Korzystniej dla nas jest zatem podzielenie powrotu na dwa etapy zwłaszcza, że dobrze jest spotkać się z oboma synami i naocznie stwierdzić jakie zmiany zaszły od naszego ostatniego pobytu. Ponieważ wszystko synom układa się zgodnie z ich planami toteż opuszczaliśmy Stany bardzo zadowoleni i wypoczęci po pierwszym etapie. Drugi etap miał być o wiele łatwiejszy bo przecież lecieliśmy w ramach tej samej strefy czasowej z przesiadką w Miami. Nic nie zapowiadało zatem, że będzie jednak o wiele gorzej niż z lotem z Polski. Po wylądowaniu na Florydzie mieliśmy nieco ponad godzinę na przesiadkę. Okazała się ona wystarczającym czasem na zmianę samolotów. Siedząc już w samolocie do Ekwadoru czuliśmy niemal zapach naszego domu. Jeszcze jeden lot i już za parę godzin nareszcie u siebie. Odlot się jednak opóźniał bo jak poinformował nas kapitan cargo w samolocie było nierównomiernie rozłożone. „Proszę się jednak nie martwić za maksymalnie piętnaście do dwudziestu minut problem zostanie usunięty i będziemy w drodze”. Nie ma sprawy to przecież drobne opóźnienie. Kiedy jednak upłynęło pół godziny a my dalej staliśmy przed bramą zaczęliśmy się lekko denerwować, zresztą nie tylko my. Zauważyła to obsługa i po chwili kolejny komunikat. „Z przykrością zawiadamiamy, że załoga samolotu przekroczyła dozwolony czas pracy i nie może wykonać tego lotu. Proszę się jednak nie martwić jesteśmy w kontakcie z alternatywną załogą i już wkrótce lot będzie kontynuowany. Okey tylko co to znaczy wkrótce? Przekonaliśmy się o tym po następnej pół godzinie. Nie udało się jednak skompletować załogi i lot został przełożony na rano następnego dnia. Opuszczamy zatem samolot i udajemy sie do stanowiska linii lotniczych po kupony na jedzenie i hotel. Docieramy do niego o pierwszej nad ranem. Szybka toaleta i buch do łóżka bo za cztery godziny pobudka. Na lotnisku mamy być z powrotem o szóstej a samolot odleci o ósmej. Jak tu zasnąć i jeszcze się do tego wyspać? Mowy nie ma. To bała raczej drzemka niż sen ale nic to jeszcze parę godzin i będziemy przecież w domu. Podekscytowani zjawiliśmy się na lotniku zgodnie z czasem. Jeszcze tylko odprawa bagażowa, bo przecież opuściliśmy poprzedniego dnia lotnisko, i hop do samolotu. Tyle, że samolot nie odleci o ósmej tylko o trzynastej trzydzieści. Ponad sześć godzin do odlotu a my niewyspani, z oczami przypominającymi zombich staraliśmy się panować nad emocjami. Oto podróż, która miała trwać około dziesięciu godzin razem z przesiadką i dojazdem do domu wydłużyła się o czternaście godzin. Otrzymaliśmy dodatkowe kupony na jedzenie ale ileż można szwędać się po lotnisku? Nie bardzo wiem jak to przetrzymaliśmy ale wreszcie zaczęto nas wpuszczać na samolot. Jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Kiedy tak sobie marzyliśmy z zamkniętymi oczami nagle zdaliśmy sobie sprawę, że godzina odlotu minęła a samolot wciąż przed bramą. Po około dwudziestu minutach nowy kapitan oznajmił nam, że w trosce o nasze bezpieczeństwo muszą dokonać poprawek w przedziale cargo bo bagaż nie jest rozłożony równo. WHAAAAAAAAAT? W powietrzu dało się poczuć tykającą emocjonalną bombę. Mi do głowy przyszły wszystkie niecenzuralne słowa jakie znam we wszystkich językach, z których fuck, biorąc pod uwagę jego akceptację w Stanach, wydaje mi się jedynym możliwym do przytoczenia. Bezsensowna pobudka o piątej rano po trzech godzinach drzemki jeszcze bardziej kumulowała negatywne emocje. Poczucie bezsilności w takich sytuacjach nie wpływa pozytywnie na ogólny nastrój. Upływały kolejne minuty wpływające niewątpliwie destrukcyjne na poziom mojego ciśnienia, które mało co nie przekształciło się w tak popularną parę z uszu. I pewnie ten moment wkrótce by nastąpił gdyby nie kapitańska wiadomość, że oto wszystkie problemy zostały usunięty i przystępujemy do odholowania samolotu od bramy. I rzeczywiście po paru minutach poczuliśmy drgniecie kolosa oznajmiające jego ruch. Okey jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Tym razem się spełniło. Po ponad trzydziestu godzinach w podróży otwarliśmy drzwi naszego domu…….i wszystko poszło w zapomnienie.

Wódz nad wodze na podłodze

Biega Jarek po pokoju

Coś nie daje spokoju 
Coś sie stanie, coś sie zdarzy
Wokół tylu jest zbrodniarzy
Każdy na prezesa czyha
Że on ledwie co oddycha
„Ta Bruksela z prezydentem
Daje konia z rzędem
Coś szykuje na mą władzę
Z nimi jednak sobie radzę
Pewnie opozycja w kraju znowu knuje
I ludzi przeciwko mnie buntuje
Opozycja jednak jest skłócona 
I bezdennie zagubiona
Pewnie Putin i Rosjanie
Znów szykują mi powstanie
Mamy jednak w kraju NATO
Odpowiedział by on za to.
Może Ziobro wraz z Gowinem
Wsadzić chcą mnie znów na minę?
Może Andrzej i Beata
Wykręcają na mnie bata?
Obie wersje niemożliwe
Towarzystwo nazbyt jest lękliwe
Choć Trybunał stoi mi na drodze
To sędziowie są już w trwodze
Bo człowiekiem moim wkrótce będzie prezes jego
Było przecież w tym coś nienormalnego
Żeby w moim kraju uczył mnie ktoś prawa
Mym poddanym też na kpinę to zakrawa
Toteż problem Trybunału rozwiązany będzie
Będę kontrolował zatem wszystkich wszędzie
Wszystko idzie zgodnie z planem
Kraju tego wkrótce będę wielkim chanem”
Już spokojny, wolnym zaczął człapać krokiem
Wedle lustra wreszcie stanął bokiem
Z dumą spojrzał w swe odbicie
By po chwili wylądować na podłogi płycie
Kot pod lustrem mu pamiątkę pozostawił
I swą małą kupką sprawił 
Że największy z wielkich walnął o podłogę
Chociaż myślał, że jest bogiem
Morał z tej wywrotki taki płynie
W tej naszej pięknej krainie
Nikt na ciebie nie poluje
Boś jest nikim tylko małym zbójem
W swojej pysze zadufanym
Przez nas wszystkich dziś niechcianym
I wystarczy mała kocia kupka
Żeby z wodza zrobić głupka. 
 

Powyborczy krajobraz

Cały świat komentuje dzisiaj wyniki wczorajszych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich w tym rownież lokalnych analityków wygrał niedoceniany kandydat republikanów Donald Trump. Jego zwycięstwo jest nie tylko zaskakujące z punktu widzenia samego wygrania ale rownież ze względu na jego rozmiary jak rownież klęski partii Hilary Clinton w stanach będących bastionami demokratów. Donald Trump pokonał swoją przeciwniczkę we wszystkich stanach, które miały decydować o wyborze nowego prezydenta. Wygrał na Florydzie, w Ohio, Pennsylwanii. Wygrał rownież w Wisconsin, które demokraci jeszcze przed wyborami zaliczyli do kolumny zysków. Będąc pewnymi tego stanu kandydatka demokratów kompletnie go zlekceważyła nie fatygując się tutaj podczas kampanii wyborczej. Jeszcze w dniu wyborów badania opinii publicznej wskazywały na demokratów. Co się wiec stało? Zastanawiają się nad tym wszyscy analitycy, którzy wciąż nie mogą uwierzyć w to coś je stało wczoraj. Przyczyn jak zwykle jest wiele, z których najczęściej przewijającą opinią jest totalna niechęć Amerykanów do Waszyngtonu. Na fali niechęci waszyngtońskich biurokratów wygrał Obama. Miał to zmienić, niestety pozostało to tyłków sferze obietnic. Hillary Clinton nie sprawiała wrażenia kogoś kto byłby w stanie zmienić skostniałych waszyngtońskich”nierobów”. Demokraci podobnie jak Platforma w Polsce zapomnieli o ludziach, którzy ledwie wiążą koniec z końcem a tych w ostatnich latach przybywa w tempie przyspieszonym. Osiem lat Baracka Obamy tego trendu nie zmieniło. W przeciwieństwie do Bronisława Komorowskiego w Polsce, nie można powiedzieć, że demokratka zlekceważyła swojego przeciwnika. Niestety będąc tak długo w polityce wyszły na światło dzienne jej brudy, które tez nie pozostały bez wpływu na jej wynik. Zdecydowana większość komentatorów uważa, że Trump nie zwyciężył ze względu na program, głównym powodem porażki demokratów to niechęć społeczeństwa do Waszyngtonu i chociaż nie wszyscy wierzą, że Trump coś w tym kontekście zmieni to jego wybór ma za zadanie przypomnieć politykom, że należy wrócić do realiów życia przeciętnego Amerykanina, o którym establishment totalnie zapomniał. Ludzie chcą zmiany w polityce wewnętrznej a najbardziej tego chce właśnie dotychczasowy elektorat demokratów, który ma dość głupich przepychanek i domaga się działania. To obiecał Trump. Czy będzie w stanie dokonać zmian? Mało prawdopodobne ale ma na to cztery lata. Z punktu widzenia Polski obawiam się, że prezesa i jego ugrupowanie czeka zimny prysznic. To chyba jednak dobrze bo on akurat potrzebuje kubeł zimnej wody na jego rozpaloną głowę i to jak najszybciej.

Dzień wyborów w Stanach Zjednoczonych

Kto zostanie następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych? Wbrew pozorom odpowiedz na to pytanie nie jest prosta. Chociaż przedwyborcze badania opinii publicznej wskazują na zwycięstwo Hilary Clinton to jednak jeśli sobie przypomnimy wybory w Polsce Bronisław Komorowski tez miał wygrać. Wschodnie wybrzeże USA to tradycyjne bastiony demokratów. Byłem zatem bardzo zdziwiony ilością znaków na posesjach prywatnych popierających Donalda Trumpa. Świadczy to, że ludzie mają jednak dość tych samych nazwisk, dość Bushów, dość Clintonów. Gdyby kandydatem republikanów był ktoś bardziej zaufany wsród wyborców to pewnie Hilary by przegrała. Czuć jednak bojaźń przed nieprzewidywalnością Trumpa. Stany się bardzo zmieniły wyciągu ostatnich dwudziestu lat i niestety na niekorzyść. Widzą to przeciętni obywatele, którzy rownież zaczynają być zmęczeni tą samą gadaniną w trakcie kampanii wyborczej. Podobnie jak w Polsce tak i tutaj poważanie dla polityków nigdy nie było na niższym poziomie. Chyba tylko dlatego Trump wciąż się liczy i na przekór zdrowemu rozsądkowi może sprawić niespodziankę. Co bardziej światli Amerykanie wydają się być świadomi zagrożeń do jakich może doprowadzić zwycięstwo nieobliczalnego kandydata republikanów. To nie oni jednak będą decydować o wyborze. Konsekwentnie pogarszająca się od paru lat sytuacja wewnętrzna, rosnące koszty utrzymania, ci sami często skompromitowani politycy, brak konkretnego planu dla kraju, ta sama gadanina nie poparta żadnymi działaniani w przeszłości, to wszystko powoduje, że ludzie chcą kogoś spoza puli tych samych nazwisk. Przeciętny Amerykanin chociaż boi się Trumpa to ma już dość powtarzających się w nieskończoność nazwisk zwłaszcza, że za swoją sytuacje obarcza brak empatii z Waszyngtonu. Ludzie definitywnie chcą zmiany i nie wierzą, że Hilary będzie w stanie jej dokonać. To właśnie ci zawiedzeni mogą przeważyć szale zwycięstwa na korzyść Trumpa. Wielu z nich domyśla się, że wybór ten niewiele zmieni chcą jednak wysłać sygnał do Waszyngtonu, że wystarczy kłamstw, niespełnionych obietnic i nadszedł czas aby politycy zdali sobie z tego sprawę. Wie o tym sam zainteresowany i doskonale podgrzewa te emocje i być może ku zaskoczeniu wszystkich znawców tematu to on zostanie następca Obamy. Bez względu jednak na to kto wygra nie da się nie zauważyć, że Stany Zjednoczone są coraz bardziej podzielone. Podobnie jak i w Polsce oderwanie się rządzących od realiów życia codziennego i popadanie w kompletnie niczym nieuzasadniony samozachwyt może doprowadzić, że władzę przejmie człowiek na wskroś nieodpowiedzialny. Niestety system wyborczy w Stanach jeszcze raz udowadnia, że w tym aspekcie demokracja ma wiele do zrobienia. Dopóki o wyborach decydować będą pieniądze, bo kampania kosztuje miliony, dopóty kandydatami będą tylko ci którzy są wygodni. Nie widzę aby Trump w tym kontekście różnił się od swojej przeciwniczki, nie sądzę też aby mógł i chciał coś diametralnie zmienić, jest jednak spoza „układu” i to jest jego największa w tej chwili siła. Czy to wystarczy? Przekonamy się jutro. Osobiście uważam, że w normalnej sytuacji żaden z kandydatów nie powinien dojść aż tak daleko tyle, że z normalną sytuacją w amerykańskich wyborach już od dawna nie mamy do czynienia. 

Ślubna niespodzianka

Będąc w trakcie pakowania i przygotowywania do wyjazdu z Polski w trakcie jednej z naszych ostatnich przedwyjazdowych rozmów nasz syn poinformował nas, że zdecydował się zalegalizować swój związek ze swoją partnerką. Początkowo miała to być typowo rodzinna impreza, w której udział brać mieli tylko rodzice i rodzeństwo. To jeszcze przyjęliśmy razem z żoną z pewnym spokojem. Kiedy jednak rozmiary przyjęcia zaczęły rosnąć w przyspieszonym tempie trochę obawialiśmy się czy w tak krótkim czasie uda się wszystko dopiąć. Sami nie mogliśmy w tym wszystkim pomoc bo ceremonia zaplanowana była na drugi dzień po naszym przyjeździe do Stanów. Przyjęcie miało się odbyć na posesji syna w przygotowanym na ta okoliczność specjalnym namiocie. Stany przywitały nas wyjątkowo nieprzyjemną pogodą; było zimno, pochmurnie i deszczowo. Mieliśmy poważne watpliwości czy w tych warunkach namiot nie będzie zbyt chłodnym miejscem. Jeszcze w piątek na dzień przed zaślubinami pogoda przyprawiała wszystkich o bóle głowy połączonym z przewlekłą migreną. Porywisty wiatr sprawiał, że ściany boczne namiotu niemal unosiły cała konstrukcję w powietrze. A my dopiero co wylądowaliśmy i nie bardzo byliśmy gotowi na kolejny lot w nieogrzewanym namiocie. W podłych nastrojach zatem kładliśmy się spać w piątek wieczorem oczekując dantejskich scen następnego dnia. Pozaziemskie znajomosci syna, bo jak to inaczej nazwać, spowodowały, że następnego dnia pogoda była wręcz wymarzona na taką imprezę o tej porze roku. Wyszło słońce a temperatura na zewnątrz pozwalała nawet na krotki rękawek. Nie mogliśmy z żoną wyjść z kompletnego zaskoczenia, że aura potrafiła się zmienić tak dramatycznie na korzyść. Cała ceremonia odbyła się pod namiotem łącznie z przysięga małżeńską, którą młodzi złożyli sobie w obecności sędziego pokoju z okolicznego urzędu gminnego. Namiot nigdzie nie odleciał, zabawa była przednia a ja na tą okoliczność stworzyłem krótką rymowankę. I tylko szkoda, że pannie młodej nasz język sprawia sporo kłopotów. Postanowiłem umieścić tutaj ten wierszyk i żeby dla wszystkich był jasny muszę powiedzieć, że Ani, Savage, Dzikus, Zic i Kura to imiona psów, których właścicielami jest młoda para.

Wlasnie mieliśmy odwiedzić syna

Kiedy przyszła od niego nowina
Ze ze stanem kawalerskim kończy
I związkiem małżeńskim z Tarą się złączy
Chociaż dawno temu się poznali
Chcieli sie upewnić, że napewno się dobrali
Obydwoje z Europy pochodzenie mają
Pewnie dlatego w wielu sprawach się zgadzają
Czasem jednak różnią się w poglądach
Bardzo śmiesznie wtedy to wyglada
Bo jak jedno drugie gani
Na ratunek biegną Savage oraz Ani
A gdy w kłótnie się przerodził głupi psikus
Juz ich godzą Zic, Kura oraz Dzikus
Niemożliwie jest więc się na siebie boczyć
Bo jak spojrzeć pięciu psiakom w oczy?
Czworonogi zatem wpływ miały niemały
Reszty pewnie noce dokonały
Znaleźli więc to co się kompromisem zowie
I dziś tylko siebie mają w głowie.
Testowanie okazało się czynnością czasochłonną
Wyszli z niej jednak ręką obronną
Stanąć, złapać oddech i poczekać – zawsze warto
Bo emocje czarcią grają kartą
Dzisiaj znają wszystkie swoje ułomności
I wiedzą, że życie to nie jest gra w kości 
Pamiętajcie zatem aby zawsze się szanować
Oraz wspólnym dobrem się kierować 
Wtedy wszystko przyjdzie samo
I zostańcie wreszcie tatą oraz mamą
Bo dzieciaki to domowe słońce
Niczym kwiatki na pachnącej łące 
Żyjcie długo w zdrowiu i dostatku
Nigdy nie żałujcie sobie kwiatków
Niech was nigdy nie opuści szczęście
Czegoż jeszcze można życzyć więcej?
Niech was ludzie w poważaniu mają
Te życzenia szczerze wam składają
Mama, tato, Krystek i Amelka
Być na waszym ślubie to przyjemność wielka
 
I tak oto 29 października stał się kolejnym dniem w kalendarzu rodzinnych rocznic i dni do zapamiętania.

I jak tu nie kochać sportu

Skazana na pożarcie drużyna Legii Warszawa urwała punkt naszpikowanemu gwiazdami obrońcy tytułu. Punkt ten jest o tyle ważny, że pozwala mieć nadzieje na wyjście legionistów z grupy z trzeciego miejsca. O wszystkim prawdopodobnie zadecyduje grudniowy mecz ze Sportingiem Lizbona. Po katastrofalnym starcie i kompromitującej porażce z Borussią Dortmund przed własna publicznością trudno było oczekiwać, że drużyna może się jeszcze pozbierać. Doszły do tego wybryki pseudokibiców, które doprowadziły do zamknięcia stadionu dla publiczności. Czyż można było oczekiwać w takich warunkach, że Legię będzie stać na urwanie punktu królewskim? Gdy w pierwszej minucie niesamowity Bale strzelił bramkę większość z nas myślała, że nadchodzi następna katastrofa. Tak się jednak nie stało. Real strzelił następna bramkę i mógł zdobyć kolejne gole, szczęście jednak było z warszawską drużyną tego wieczoru. Po otrząśnięcia się z przewagi madryckiej drużyny fortuna uśmiechnęła się do Legionistów. Napewno będą głosy mówiące o zlekceważeniu Legii przez Real, to dla mnie nie ma większego znaczenia. Warszawiacy zagrali bardzo dobry mecz i nie przestraszyli się wielkiego rywala. Podejrzewam, że mało kto wierzył w wyrównanie a tymczasem Legia nie tylko doprowadziła do remisu ale na siedem minut przed końcem objęła prowadzenie. Chociaż dwie minuty potem Real wyrównał to czapki z głów dla wszystkich zawodników stołecznej drużyny. Wola walki, wiara we własne możliwości jeszcze raz udowodniły, że w sporcie wszystko jest możliwe. Olbrzymie brawa należą się bez wątpienie trenerowi Magierze. W relatywnie krótkim czasie spowodował, że Legia stała się drużyną a nie grupą zawodników biegających każdy w innym kierunku. Jacek Magiera udowodnił, że mamy wspaniałych szkoleniowców w Polsce i trzeba im dawać szanse tak jak to miało miejscy w przypadku Adama Nawałki. Kolejne próby Legii z zagranicznymi trenerami niczego dobrego drużynie nie zrobiły a wręcz przeciwnie ostatni trener omal nie zniszczył kompletnie drużyny. Tym większy należy się szacunek Jackowi Magierze, który dotarł do zawodników i potrafił w nich wyzwolić chęć do gry, która wczoraj miła była do oglądania. Nie popadam w hurra optymizm wydaje mi się jednak, że takie mecze cementują drużynę co dla kibiców może przełożyć się na emocjonujące spotkania piłkarskie. Ciekawie zatem zapowiada się rewanż w Dortmundzie ale nawet jeśli tam przegramy to ostatni mecz w Warszawie juz z publicznością przeciwko Sportingowi może być emocjonującym widowiskiem. Mam nadzieję rownież, że wreszcie dotarło do prawdziwych kibiców warszawskiej Legii, że już najwyższy czas aby nie pozwolić chuliganom do rządzenia na stadionie. Przez prymitywnych kiboli prawdziwi kibice stracili wczoraj możliwość uczestniczenia w świetnym piłkarskim widowisku i prawdę mówiąc brak dopingu i kibiców był bardzo przygnębiający. Oby następne mecze były równie emocjonujące i odbywały się przy pełnym i rozentuzjazmowanym stadionie.