Konstruktywna rekonstrukcja

Doczekaliśmy się wreszcie z tak wielką pompą zapowiadanych zmian w rządzie. Z wcześniejszych zapowiedzi wynikało, ze nastąpi jakieś w nim trzęsienie ziemi a skończyło się na kosmetyce. Z dużej chmury mały deszcz jak to mówi mądre przysłowie. Odszedł zatem specjalista od naszych finansów bo i odejść musiał. Nie udało mu wykombinować odpowiedniej ilości kasy na spełnienie obietnic wyborczych musiał zatem ponieść konsekwencje. Nowy czarodziej od wspaniałego rozmnażania pieniędzy postawi zapewne ostro na biotechnologię i może jemu uda się stworzyć drzewo, które będzie rodzić zielone tyle, ze nie liście tylko banknoty. Osobiście mam watpliwości. W tym jednak rządzie mamy już faceta, który z topolą na trabancie będzie próbował doprowadzić do katastrofy lotniczej a raczej udowodnić, ze to nie jest możliwe, zatem wcale mnie nie dziwi próba sklonowania czarodziejskiego drzewka. Pożyjemy zobaczymy. 
Konkretne zmiany nastąpiły za to w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, niemal trzęsienie ziemi. Nigdy bym nie wpadł na to, że mamy tylu pełnomocników rządu, do tylu rożnych spraw. Szefowa odwołała dwóch pełnomocników; jednego do spraw równego traktowania oraz społeczeństwa obywatelskiego a drugiego do spraw Światowych Dni Młodzieży. Czy rząd naprawdę potrzebuje pełnomocnika do spraw równego traktowania i społeczeństwa obywatelskiego? Prezes już dawno posortował nasze społeczeństwo i tego się wszyscy trzymają. Po co nam to stanowisko? Co to znaczy równe traktowanie i społeczeństwo obywatelskie? Założę się o grube pieniądze, że definicja tych zachowań będzie się zmieniać z każdą ekipą rządową. W sejmie mamy ponad czterystu „obywatelskich społeczników” a w senacie stu „równych” senatorów i przypominają mi oni wszystko tylko is społeczeństwo obywatelskie, źe nie wspomnę o sposobie w jaki się traktują. I żeby od razu z tego powodu potrzebny był pełnomocnik przy premierze?  Dla mnie to typowy przykład pozycji, ze jak już gość się nigdzie nie sprawdził to zrobimy z niego pełnomocnika i będzie jak za starych czasów: ” czy się stoi czy się leży gaża się należy”. Podobnie rzecz ma się z innym nawiedzonym pełnomocnikiem do spraw Światowych Dni Młodzieży. Odwołano gościa chyba żeby zyskała na tym powaga zmian konstrukcyjnych w rządzie. Wyglada mi na to, źe za każdym razem jak coś ma się odbyć w naszym kraju to zaraz trzeba będzie powołać pełnomocnika chyba tylko po to żeby zagospodarować kasę z wpływów. Impreza się skończyła ponad miesiąc temu a dopiero teraz odwołano zapracowanego urzędasa. Tym razem szanowny pełnomocnik ma coś do zaoferowania w cyfryzacji gdzie został przeniesiony. Co za skala zainteresowań: od dni młodzieży do cyfryzacji. Zaiste zdolnych mamy ludzi. Nie doczytałem się rownież czy stanowisko owo zostało zlikwidowane czy tez juz trwają przygotowania do następnych Światowych Dni Młodzieży? Nic nie szkodzi, że nie będą one w Polsce. Na koniec zostawiłem sobie nową inicjatywę pani premier czyli centrum analiz rozwojowych ośrodka planowania studiów strategicznych. Że co, przepraszam? No to już jako żywo przypomina mi dyskusje na temat wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy. No niech tam studiują i analizują w tym centrum byle długo, może przy okazji zostawią nas w spokoju. 
Reklamy

Komórkowe dywagacje

Od sierpnia weszła w życie naszym kraju ustawa antyterrorystyczna. Walka z terroryzmem to jak walka z globalnym ociepleniem, i jedno i drugie wykreowali ludzie, i jedno i drugie jest wszędzie i na oba problemy trzeba bardzo dużo pieniędzy. Kwitnie zatem radosna twórczość polityków wszystkich krajów i kreują ustawowe buble żeby społeczeństwo myślało, że coś robią w walce z oboma problemami przy okazji dzieląc i wydając pieniądze podatników, bo przecież bez szmalu problemów tych rozwiązać się nie da. Do tego wszystkiego dołączył Putin, który szykuje się z napadem na cały świat i znowu wydatki na walkę z czymś tam lub kimś tam trzeba zwiększyć. Ustawa antyterrorystyczna to jednak coś więcej niż zwykła walka z problemami obecnego świata. Na jej podstawie każdy posiadacz telefonu komórkowego w Polsce musi swój numer zarejestrować podając swoje dane osobiste. Nie bardzo rozumiem dlaczego. Czyżby ustawodawca myślał, ze w dobie internetu, połączeń satelitarnych, skype’ów, whattsapow i innych gadu-gadu terrorysta będzie ustalał detale swojego ataku przez komórkę? Dodatkowo będą to robić ze swojego miejsca zamieszkania? Zakrawa to dla mnie na kompletna głupotę. Jakoś nie mogę wyobrazić sobie jakiego polskiego bin Ladina siedzącego na komórce w swoim mieszkaniu obgadującego szczegóły zamachu gdzieś tam w Polsce z jakimś innym Abdullahem. Widocznie mam słaba wyobraźnie. Ona mówi mi, że chodzi tu bardziej o inwigilacje całego społeczeństwa niż o jakieś działania antyterrorystyczne. Wydatki z tym związane napewno nie będą małe ale gdzieś tych wszystkich kumpli i znajomych trzeba zatrudnić. Nie przeszkadza mi to aż tak bardzo bo przecież tutaj nie mieszkam i nie płace podatków. Pewnie bym o tym nawet nie wiedział gdybym nie musiał od czasu do czasu pooddychać naszym powietrzem. Zjawiłem się zatem w kraju nad Wisła a ponieważ chwile tu będę przydałby się telefon komórkowy. Postawiłem na Orange bo zawsze go używam będąc w kraju. Zapomniałem mojego starego chipa musiałem zatem kupić nowy. Zakup to oczywiście żaden problem ale aktywizacja juz nie jest taka prosta. Okazało się bowiem, że muszę tego chipa i mój nowy numer zarejestrować w autoryzowanym oddziale Orange.  Niby proste, tyle że znaleźć autoryzowanego dilera Orange graniczy w moim mieście z cudem. Obszedłem centrum miasta, większość galerii, natknąłem się na wiele Plusów, Playów i T- Mobile ale Orange był niemożliwy do znalezienia. Rodzice wreszcie wiedzieli o jednym jego punkcie dzięki czemu udało mi się wreszcie mój telefon uruchomić. W dwustutysięcznym mieście zabrało mi dwa dni aby zacząć używać mój telefon. Ustawa ustawą, wciąż uważam konieczność rejestracji komórki za głupi pomysł z pogranicza wręcz kłamstwa pod hasłem walki z terroryzmem. Nie pojmuje jednak jak to jest możliwe aby sieć operująca na terenie naszego kraju nie miała wystarczającej ilości punktów umożliwiających aktywizacje telefonu. Tym razem jestem uzależniony od Orange, który używałem od lat. Widzę jednak, ze Orange wystawił na mnie tylną część ciała na co mogę tylko odpowiedzieć w jeden sposób: Nigdy więcej. Mało tego tym wpisem mam nadzieje wpłynąć na telefoniczne decyzje tych, którzy odwiedzają nasz kraj na dłużej i przydałaby im się komórka. Trzymajcie się z daleka od Orange.

Sport, piłka nożna i pieniądze.

Z przerażeniem, niedowierzaniem a wręcz obrzydzeniem czytam wypowiedzi Karla – Heinza Rummenigge na temat zmian w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Domyślam się, że nie on jest autorem tych pomysłów ale jest ich gorącym zwolennikiem. Europejska centrala piłkarska nosi się z zamiarem wycofania najlepszych drużyn klubowych z gier eliminacyjnych. Ma to na celu uniknięcie meczów typu Legia – Borussia czy Barcelona – Celtic. Pomysł zaiste genialny. Znowu cała kasa popłynie w tym samym kierunku a dysproporcje pomiędzy klubami jeszcze bardziej się powiększą. Już dzisiaj gołym okiem widać, że debilni urzędnicy z centrali piłkarskiej zachowują się niczym oderwani od realiów życia codziennego politycy. Ich kretyńskie decyzje doprowadziły do upadku wielu zasłużonych dla piłki klubów, że wspomnę tu chociażby o wyżej wymienionym Celticu, który nie jest w stanie konkurować z klubami niemieckimi, angielskimi czy hiszpańskimi. Co się stało z potęgą Ajaxu, Feyenordu, Anderlechtu, świetnych kiedyś klubów portugalskich, szwedzkich czy francuskich? Dzisiaj nawet kiedysiejsze kolosy jak Milan, Inter czy Roma mają kłopoty z nawiązaniem równorzędnej walki z hiszpańskimi czy niemieckimi potentatami. Piłka nożna powoli staje się sportem eksluzywnym, do którego będą miały wstęp wzbroniony piłkarscy rzemieślnicy z peryferii. Zarobki gwiazd przyprawiają o zawrót głowy a budżety potęg piłkarskich juz wkrótce będą większe niż dochód narodowy niejednego państwa. Durna i kretyńska polityka centrali dała się nawet zauważyć podczas niedawnych mistrzostw Europy. Oglądając poczynania Szwajcarów i Belgów zastanawiałem się ilu rodowitych piłkarzy grało w tych reprezentacjach. Totalna paranoja i kupa farbowanych lisów jakby nazwał to Jan Tomaszewski. Mam wrażenie, że zło rozpoczęło się w momencie zdjęcia limitów ograniczających ilość obcokrajowcow mogących grać w jednej drużynie. Kiedyś pozwalano na trzech, dzisiaj jest jak w tym porzekadle: hulaj dusza piekła nie ma. Niby handel żywym towarem to coś paskudnego tyle, że nie w piłce nożnej. Handlują kim się da i jak się da. Zawodnicy mają w poważaniu kontrakty byle wydusić więcej kasy. I tak kręci się ta karuzela chciwców zabijając przy okazji piękno sportu. W Stanach jest podobnie z tą jednak różnicą, że tam zrozumieli, ze sport musi być albo sprawiać wrażenie, że wszyscy mają równe szanse. Aby te szanse wyrównać wprowadzono limity klubowych zarobków. Bez względu na dyscyplinę kluby nie mogą wydawać na zawodników powyżej określonego limitu. Jeśli jakiś klub ten limit przekroczy to musi zapłacić podatek od luksusu, który idzie na potrzeby klubów o mniejszych możliwościach finansowych. Futbol amerykański poszedł o jeszcze jeden krok dalej. Ustalając terminarz rozgrywek na następny sezon kojarzy ze sobą drużyny z dywizji, które w poprzednim sezonie były wsród najlepszych a dywizje słabsze grają miedzy sobą. W fazie play off i tak słabsi odpadną ale w trakcie sezonu mecze są za to zacięte i pełne emocji. W Stanach pieniądze też zabijają ducha sportu ale właściciele drużyn rozumieją potrzebę zainteresowania kibica czego osobiście nie widzę u włodarzy europejskiej piłki. Piłka nożna w Europie przypomina mi pranie brudnych pieniędzy. Kwoty jakimi dysponują potentaci futbolowi i sama centrala nie przekładają się na zyski ze sprzedaży biletów. To przede wszystkim sprzedawanie się różnym sponsorom i reklamowanie ich produktów, to sprzedaż praw transmisyjnych stacjom, które swoje dochody zawdzięczają reklamom firm sponsorujących kluby. W ten sposób ciężkie pieniądze płyną wciąż w tym samym kierunku niczym w piramidzie finansowej, bogaci stają się bogatsi. Uwielbiam sport bo zawsze sprawiał wrażenie, że w nim wszystko jest możliwe. Problem w tym, że sport dzisiaj stał się instytucją zorganizowaną pełną działaczy, którzy sport traktują jak dojną krowę. Właśnie dlatego ludzie pokroju Karla – Heinza Rummenigge powodują u mnie odruch wymiotny. Niestety jest ich coraz więcej. 

Prezydenckie przygody na Manhattanie

Uśmiałem się z doniesień prasowych dotyczących wizyty naszego prezydenta w Stanach. Doprawdy szczerze sie uśmiałem. Nasz pierwszy obywatel mógł się przekonać, że Nowy Jork to nie jakaś wioseczka, w której najwięcej do powiedzenia ma miejscowy proboszcz. Nowy Jork to centrum amerykańskiej tzw demokracji i tu każdy mówi to co chce i do kogo chce. Być może dlatego po okolicach kręcił się rownież pierwszy policmajster RP nijaki pan Mariusz. Na niewiele się to jednak zdało. Polonusy dowiedziały się o planach prezydenta i urządziły mu całkiem niezłe przywitanie. Pan Mariusz będzie miał sporo materiału inwigilacyjnego. Oj dostało się panu prezydentowi, oj dostało. Mało mnie interesuje, ze grupa nie była liczna bo z drugiej strony nikogo nie było kto chciałby stanąć w obronie pary prezydenckiej. Zatem jakby na sprawę nie patrzyć wyszło na to, że nowojorskie polonusy szczególną miłością do prezydenta nie pałają. Szczerze mówiąc czuje się członkiem tej części Polonii amerykańskiej bo stan New Jersey to prawie jak Nowy Jork. Dodatkowo identyfikuje się z poglądami zaprezentowanymi przez manifestantów. Patrząc na krótkie video z tego incydentu zaprezentowane na Onecie i czytając doniesienia z wizyty prezydenta nie sposób nie kryć zażenowania. Video pokazuje samotną limuzynę bez żadnej obstawy. Ja rozumiem, że to nie jest wizyta oficjalna ale nieoficjalnie do Stanów przybył kiedyś King of Zamunda i został przyjęty z wszystkimi honorami. Wiem, wiem Zamunda  nie istnieje a Król to postać fikcyjna z filmu „Coming to America”. Tak czy śmak nasz prezydent nie cieszy się zbyt wielkim uznaniem w Białym Domu co było widać na video i co można wyczuć z doniesień prasowych. Nie będzie żadnego oficjalnego spotkania z prezydentem USA bo kto zawracałby sobie głowę spotkaniem z kimś kto w swoim kraju tak niewiele znaczy. Nawet premier Węgier nie traci czasu na spotkania z naszymi władzami tylko wali prosto do prezesa. Ot taka nowa specyfika naszego kraju. Właśnie dlatego nikt z liczących się polityków nie traktuje naszego prezydenta ani naszej premierowej poważnie bo czyż mozna?

Pierwsze koty za płoty

Coraz bardziej doceniam miejsce swojego zamieszkania. Oczywiście nie mam porównania z Polską czy Stanami Zjednoczonymi w kwestii, o której chce pisać ale z doświadczenia wiem, że to co oferuje tutejsza telewizja w zakresie bezpośrednich transmisji sportowych nie da się porównać. Dzięki tutejszej miłości do piłki nożnej mogłem oglądać bezpośrednią transmisje z Kazachstanu. W tym samym czasie grała rownież Dania, Anglia, San Marino z Azerbejdżanem. Wszystkie mecze były transmitowane na żywo. To samo zresztą było z meczami, które rozpoczeły się pózniej. Spędziłem zatem trochę czasu przed telewizorem koncentrując się oczywiście na występie naszej reprezentacji. Zaczęliśmy spokojnie i wyglądało wszystko na to, że mecz będzie do wygrania. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do nas i gdyby nie fatalna seria Milika powinnismy prowadzić conajmniej trzema bramkami. Milik po raz kolejny doprowadził mnie do białej gorączki. Piłkarz tej klasy powinien przynajmniej jedną ze swoich stuprocentowych sytuacji wykorzystać. Miał trzy i nie wykorzystał żadnej. Zemściło się to na naszej drużynie w drugiej połowie. Wyszliśmy chyba lekko zbyt pewni siebie licząc na kolejne bramki. Tymczasem stało się odwrotnie, nie udało nam się już umieścić piłki w bramce, tracąc przy okazji dwie bramki i pewne zwycięstwo. Szkoda bo mecz był napewno do wygrania. Straciliśmy dwa gole niemal w identyczny sposób po dośrodkowaniu po ziemi nasi obrońcy dali się dwukrotnie zaskoczyć. Drużyna, która chce być uważana za dobry zespół nie powinna sobie pozwolić na takie wpadki. Pokazali to jeszcze raz Niemcy i Anglicy, którzy grając na wyjazdach z lepszymi od Kazachstanu drużynami wygrali swoje mecze. Niepokoi mnie rownież brak zimnej krwi u paru naszych zawodników. Robert Lewandowski napewno zdaje sobie sprawę, że będzie prowokowany przez przeciwników w każdym meczu. Jego żółta kartka to nic innego jak brak spokoju. Następna kartka i trzeba będzie pauzować. To samo dotyczy Kamila Glika. Jego zachowanie nie można nazwać inaczej niż chamskie i dobrze, że skończyło się na żółtej kartce bo na dobrą sprawę mógł dostać czerwony kartonik. Gra na czas niszczy piłkę nożną, niestety nikt nie znalazł metody jak z tym walczyć. Zaleganie na boisku po wyimaginowanych faulach to grzech wszystkich zawodników. Jak ciężko był faulowany Kazach, sam pokazał podrywając się na równe nogi po brzydkim zachowaniu Glika. I w tym przypadku górę wzięły złe emocje i następna kartka to wykluczenie z meczu. Tak nie grają piłkarze, którzy uważają siebie za czołowych na swoich pozycjach. No cóż pierwsze koty za płoty. Do następnego spotkania ponad miesiąc i miejmy nadzieje, że trener Nawałka wyciągnie właściwe wnioski. Po pierwszej kolejce nasza grupa wyglada bardzo wyrównanie. Co prawda Dania wygrała swój mecz z Armenią ale zaledwie jednym golem grając przecież przed własną publicznością. Rumuni też nic nadzwyczajnego nie pokazali. Zasadniczo ostatnie dziesięć minut meczu warte było oglądania. Gospodarze powinni wygrać ten mecz jednak nie wykorzystali rzutu karnego w ostatniej minucie doliczonego czasu. Wykonujący karnego piłkarz Rumunii nie trafił nawet na bramkę. Jesteśmy w tej grupie zdecydowanie najlepszym zespołem przynajmniej na papierze ale jeśli nie zaczniemy grać tak jak nas na to stać to moze być gorąco. Osobiście mam nadzieje, ze mecz z Kazachstanem to wypadek przy pracy  i w następnych meczach będziemy już przeżywać wspaniałe zwycięstwa biało czerwonych, czego życzę sobie i wszystkim kibicom kopanej. 

Słowo o przyjaźni

Wielokrotnie deklarowałem  już swój sentyment do „Angory” jedynej gazety, którą czytam w trakcie pobytów w Polsce. Podoba mi się jej formuła oraz otwartość na różnorodność poglądów. Ucieszyłem się zatem, gdy niechciany w polskim radio redaktor Tomasz Zimoch podjął współpracę z Angorą. Wspominałem też, że wyjeżdżając z Polski zawsze zabieram ze sobą pare numerów tego tygodnika a potem ich czytanie dzielę tak aby wystarczyło mi do następnego wyjazdu. Wkrótce wybieram się znowu w podróż, nadszedł zatem czas na ostatni numer z 27 września ubiegłego roku. Pare artykułów wzbudziło moje zainteresowanie zwłaszcza z perspektywy czasu ale ten który w szczególny sposób wywołał chwile refleksje to badania nad przyjaźnią. Wydawało mi się to tyle fascynujące, że zdecydowałem się go przedrukować. Oto on:

 

Osoby mające słabe kontakty z innymi ponoszą w każdym okresie życia aż o pięćdziesiąt procent większe ryzyko śmierci niż te, które otaczają się przyjaciółmi.naukowcy twierdza, że brak przyjaciela działa tak destrukcyjnie jak wypalenie piętnastu papierosów dziennie lub nadużywanie alkoholu. W samotności w naszym organizmie pojawiają się zmiany podobne do procesów zachodzących podczas odczuwania silnego bólu fizycznego. U ludzi nie utrzymujących kontaktów z przyjaciółmi rośnie poziom hormonu stresu, który daje znać, że musimy natychmiast z kimś porozmawiać, zwierzyć się, zrzucić przytłaczający ciężar. Stres przezywany z przyjacielem produkuje mniej kortyzolu. Przyjaźń koi jak sen, jedzenie i seks. Bliski kontakt z drugim człowiekiem uwalnia w mózgu neuroprzekaźniki, oksytocynę i endorfiny, wywołujące uczucie satysfakcji. Endorfiny wydzielają się też w innych sytuacjach, na przykład podczas wysiłku fizycznego. Ale uczeni zmierzyli, że kiedy ćwiczymy z przyjacielem uwalniamy ich więcej. Brak przyjaźni w okresie dojrzewania odbija się na naszym zdrowiu w dorosłym życiu. Może przyczynić się do otyłości, cukrzycy, chorób serca, depresji. -Mimo, że w dzisiejszych czasach panuje kult jednostki to dawne mechanizmy, pozwalające osobnikowi jedynie w grupie, nadal działają. Ewolucja nagradza nas za tworzenie przyjaźni, co skutkuje lepszym zdrowiem – twierdzi Joseph Allen na łamach „Psychological Science”. Podczas gdy w młodości poszukujemy jak największej liczby przyjaciół, pózniej dla dobrego samopoczucia wystarczy jeden, ale dobry. Tu liczy się jakośćnie ilośc. Choć są różnice miedzy płciami. Kobiety preferują jedna przyjaciółkę od serca, mężczyźni wola być w grupie, bo u nich emocje nie odgrywają aż takiej roli, a siła związku z kompanami zależy od tego, jak dawno się znają i jak dużo czasu spędzają razem. Profesor nauk społecznych James Fawler z Uniwersytetu Kalifornijskiego i socjolog Nicholas Christakis z Uniwersytetu Harvarda zajmują się studiami nad przyjaźnią. Ich badania pokazują, że przyjaciół wcale nie dobieramy przypadkowo. Łączy nas z nimi podobieństwo genetyczne. I to tak bliskie, jakby byli naszymi kuzynami czwartego stopnia. Niestety, do tej pory nie udało się odkryć, w jaki sposób to podobieństwo rozpoznajemy. Być może podświadomie spostrzegamy zgodność naszych cech wyglądu, głosu lub zapachu. 

 
Kto by pomyślał, że brak przyjaciół to jak wypalenie piętnastu fajek dziennie. Możliwe zatem, że nałogowi palacze, mający wokół siebie przyjaciół nie zapadają na zdrowiu równie często co ci, którzy nie palą ale też nie mają przyjaciół?

 
„Przyjacie na wagę złota” Angora 39. 27 wrzesień 2015.