Aya znaczy dusza

Juz od bardzo dawna interesuje się alternatywną medycyną. Nie jest to tylko związane z dolegliwościami jakie od czasu do czasu dokuczają. Do pewnego stopnia moje oczy otworzył holistyczny lekarz, z którym przez pewien czas się spotykałem. Twierdził on bowiem, że tradycyjna medycyna zajmuje się skutkami pomijając kompletnie przyczyny. Porównał to do naprawy samochodu, z którym coś tam się dzieje. Wymiana kolejnych części nie wiele pomaga. Bez zdiagnozowania przyczyny kolejne wymiany niewiele dadzą. Tak samo jest z naszym zdrowiem. Dużo o tym się mówi jednak tradycyjna medycyna odeszła od mądrości ludowych i dziś już z nią nie ma nic wspólnego. Daleki jestem od krytykowania osiągnieć współczesnej medycyny nie do końca jednak wszystko co się w niej dzieje mnie przekonuje. Przeczytałem właśnie wywiad z Kasią Kowalską. Nie dlatego, że ją znam czy znam jej twórczość. Tytuł artykułu w Onecie odnosił się bardziej do jej walki z chorobą. Miała brać chemię a wybrała dżungle i szamana. Nie będę streszczał wywiadu bo każdy może go przeczytać do czego zresztą zachęcam. To przeżycie zaowocowało powstaniem singla pod tytułem „Aya”. Tytuł ten oraz leczenie piosenkarki natychmiast skojarzyło mi się z zielem znanym jako Ayawaska. Słyszałem o jego „specjalnych” właściwościach już wielokrotnie i szczerze mówiąc bardzo mnie to wciągnęło chociaż nie miałem możliwości aby poddać się leczeniu przy jego użyciu. Zioło to jest wciąż dostępne i używane w ceremoniach oczyszczających ciało w państwach andyjskich miedzy innymi Ekwadorze ale i Peru, Boliwii, Columbii oraz Brazylii. Samo słowo Ayawaska pochodzi z języka Indian Quechua, który jest wciąż używanym językiem szczególnie właśnie w krajach andyjskich. Pierwsza cześć czyli Aya znaczy dusza, nasze spirytualne ja. Aya znaczy rownież martwe ciało albo ciało bez życia. Druga część czyli waska oznacz linę lub sznur. Ayawaska w wolnym tłumaczeniu może oznaczać linę, która łączy nasze ciało z naszą duszą. Wiele chorób powstaje właśnie z faktu oderwania się ciała od duszy. Ciało stało się dzisiaj elementem centralnym naszej kultury. Chcemy być piękniejsi, modniejsi, lepsi fizycznie. Potrzeby ciała kreują konsumpcje a ta, lub brak dostępu do niej, powoduje frustracje i stres. Nie każdego bowiem stać na zaspokojenie coraz to większych potrzeb naszego ciała. Mam nawet wrażenie, że potrzeby ciała zawładnęły sposobem naszego myślenia. Stres i frustracja wywołana brakiem możliwości zaspokojenia coraz większych naszych potrzeb przyczynia się do powstania choroby. Leczenie ciała bez leczenia duszy to zajmowanie się skutkami bez odniesienia do przyczyn. Ayawaska a raczej wywar z niej wymieszany z innymi ziołami przez doświadczonego szamana podana podczas specjalnej, wielodniowej ceremonii pozwala spojrzeć w głąb siebie. Zapomnieliśmy o duszy a ona potrzebuje naszej uwagi tak jak nasze ciało. Czytałem wiele wypowiedzi o zmianach jakie następowały w uczestnikach tych ceremonii i o tym jak bardzo zmieniły się ich potrzeby. Słyszałem też o przypadkach ludzi, którzy po tych ceremoniach pozostali w świecie Ayawaski, bo jest to zioło halucynogenne i użyte bez przygotowania i bez doświadczonego szamana może mieć złe skutki. Sztuka szamanistyczna w Ameryce Południowej to jak nasza medycyna ludowa, która ma wielu swoich zwolenników i jeszcze więcej przeciwników. Wiedza jaka posiadają amazońscy szamani jest definitywnie fascynująca a sama Ayawaska i ceremonia w czasie, której jest używana stała się na tyle interesująca, ze w Holandii powstały ośrodki, które oferuja jej stosowanie. Coraz cześciej słyszę, że czasy ciała dobiegają końca bo bez duszy nie ma pełnego życia. Sam coraz głębiej w to wierze.

Reklamy

Szkolnictwo w Ekwadorze

Dawno już nic nie pisałem o Ekwadorze, zatem wracam na „swoje” podwórko. Wiele spraw dotyczących codziennego życia wciąż nie znam ale powoli dowiaduje się coraz więcej. Sąsiedzi chętnie zaspokajają moje ciekawość dzięki czemu mogła powstać ta notka.                 

Edukacja w Ekwadorze jest podobnie jak wszędzie trzystopniowa. Szkoła podstawowa to sześć lat nauki po czym dzieciaki idą do szkoły średniej. Tutaj podobnie  jak w podstawówce czeka ich sześć lat nauki. Są jednak już pewne różnice. Pierwsze sześć lat to generalna nauka o wszystkim po trochu bo nie może być inaczej skoro prawie wszystkiego naucza jeden wykładowca. Jedynymi przedmiotami, które wykłada inny nauczyciel to języki obce. Po sześciu latach nauki czeka zatem szkoła średnia. Tu juz wiedzy nauczają specjaliści w swoim przygotowaniu, do każdego przedmiotu jest inny nauczyciel. Pierwsze trzy lata to nauka wszystkiego na tym samym poziomie. Po skończeniu dziewiątej klasy dzieciaki zaczynaja być profilowane pod względem swoich zainteresowań. Nie znaczy to, że zmieniają klasy czy szkoły, po prostu w ramach tej samej placówki uczą się bardziej szczegółowo przedmiotów, które mają dla nich być karierą na przyszłość. Szkoła średnia kończy się testem z wiedzy zdobytej na tym etapie wykształcenia. Nie jest to jednak podobne do naszej matury. Test jest podstawą do przyjęcia na wyższe studia, które tutaj są rownież bezpłatne lub w niektórych przypadkach, np medycyna, minimalnie płatne. Test, który uczniowie przechodzą na koniec średniej szkoły jest punktowany i w zależności od ilości zdobytych punktów młodzi ludzie mają prawo wyboru kierunku dalszej nauki. Ci, którzy zdobyli najwieksza ilośc punktów mogą wybierać pomiędzy uczelniami jak i kierunkami studiów. Ci, którym test wypadł gorzej maja wciąż możliwości dalszej nauki na studiach jednak kierunki dla nich są ograniczone. Żeby zatem kontynuować naukę na medycynie trzeba bezwzględnie być wsród najlepszych. Określone kierunki wymagają określonej ilości punktów a ponieważ nauka jest w większości bezpłatna system ten ma gwarantować ukończenie studiów przez aplikantów. Znajomy, od którego wyciągnąłem te informacje jest dentystą. Jako student medycyny po skończeniu studiów musiał odpracować rok w terenie gdzie służba zdrowia jest gorsza, przy czym była to dla niego niejako praktyka. Po roku mógł juz wykonywać zawód gdzie chciał. Mój znajomy uważa, że tak powinno być, bo jednak wykształcenie medyczne to olbrzymie koszty i powinno się je jakoś państwu zwrócić. Osobiście podzielam ten punkt widzenia. 

Pierwsze sześć lat nauki to obowiązkowe identyczne umundurowanie uczniów danej szkoły. Nie ma noszenia tego co mi się podoba albo co rodzicom sprawia przyjemność, każdy nosi takie same ubranie. Każda szkoła ma swój oryginalny strój i w tym stroju dzieciaki do niej mają uczęszczać. W szkole średniej podobno już reguły są bardziej elastyczne ale w niektórych szkołach dalej obowiązuje specjalne umundurowanie, dotyczy to przede wszystkim szkół prywatnych, których tutaj nie brakuje. Szkoły prywatne są płatne ale podobno oferuja lepsze warunki i lepsze nauczanie. Niektóre szkoły prywatne są pod patronatem kościoła i w tych obowiązują nie tylko mundurki ale i segregacja pod względem płci. Podobno powoli się to zmienia jednak mój znajomy chodził do jezuickiej szkoły i byli tam tylko chłopcy. Jest zdecydowanym zwolennikiem noszenia tych samych ubiorów przez dzieciaki przynajmniej w szkole podstawowej. Uważam, że wielu rodziców, którym powodzi się lepiej zapomina o tym, że dzieciaki postrzegają świat inaczej. Im mniej różnic w początkowym etapie tym lepiej dzieciaki akceptują siebie nawzajem. 
Obecny prezydent Ekwadoru doskonale rozumie wagę wykształcenia. Aby pomoc podnieść poziom nauki sprowadzani są tutaj nauczyciele z całego świata. Większość z nich to jednak Hiszpanie jako, że Ameryka Południowa kulturowo mocno jest związana z tym krajem. Dzieciaki mogą tez studiować w innych krajach i jeśli wrócą do Ekwadoru aby tutaj pracować rząd pomaga im w spłacie kosztów nauki. Tez osobiście myślę, że to bardzo dobry pomysł. Widać pomału zachodzące zmiany chociażby w zakresie języków obcych, bardzo wielu młodzych ludzi posługuje się angielskim co jeszcze pare lat temu było sporadyczne.
Z innych ciekawostek to rok szkolny nie jest tutaj uniwersalny. W innym terminie odpoczywają dzieciaki z terenów nad oceanem, w innym ci którzy uczą się w górach i jeszcze innym ci w dżungli amazońskiej. Podobno to jest związane z klimatem, który jest inny w każdym z tych rejonów. 

Kraj w ruinie

Kłamstwo, jak mówi stare porzekadło ma krótkie nogi. Wszyscy pamiętamy jak to po objęciu władzy Prawo i Sprawiedliwość z nieukrywaną „troską” dawało ludziom znać w jak to beznadziejnej sytuacji gospodarczej był nasz kraj. Kompletna ruina do, której oczywiście doprowadziło osiem lat rządów poprzedniej koalicji. Ciągnący się w nieskończoność audyt tylko potwierdził rozrzutność poprzedników i ich kompletny brak troski o dobro kraju. Miliardy złotych przepadły niewiadomo gdzie i niewiadomo jak. Nie inaczej było z audytem po prezydencie Komorowskim. Poginęły rzeczy, kancelaria sprzeniewierzyła wszystkie pieniądze, ze prawie ich zabrakło na uposażenie nowego prezydenta. Inaczej miało być za nowej władzy. Tyle, źe to inaczej to były puste słowa bez pokrycia. Zaraz po objęciu władzy pan Terlecki stwierdził, że eliminowanie stanowisk w administracji państwowej byłoby na obecnym etapie niewskazane i mogłoby tylko pogłębić kryzys. Niczego oczywiście eliminować nie zamierzali bo głodnych do koryta w ich ugrupowaniu tak jak i w każdym innym nie brakuje. Nikt nawet nie obraził się na pana Terleckiego bo każdy juz wie, że przeciętny polityk to zwykły kłamca, który będąc w opozycji krytykuje i wytyka a będąc po drugiej stronie barykady robi dokładnie to samo. Kraj w ruinie to hasło, które przewijało sie w wystąpieniu każdego pisowskiego dygnitarza. Przy każdej okazji podkreślali w jak fatalnej kondycji odziedziczyli kraj. No i po co to było wytykać? Dzisiaj do każdego chyba dotarło, że kraj nie jest aż tak bardzo zrujnowany skoro stać nas na podwyżki dla PiS eztabliszmentu i to podwyżki nie jak dla emerytów czyli parę złotych na miesiąc. Podwyżki rzędu kilku tysięcy złotych na głowę przepracowanych polityków. Nawet pani premier poczuła się zazenowana skala podwyżek a szanowny prezes podobno o mało nie dostał wylewu. Skąd się wzięły te pieniądze tak niespodziewanie? Przecież nikt mi nie wmówi,  że nasz super oszczędny rząd wypracował to w ciagu tych kilku miesięcy bycia u władzy. Dodatkowo skala podwyżek miała odzwierciedlać sytuacje gospodarcza kraju a raczej wzrost rozwoju. Wychodzi mi na to, ze chyba nasz kraj nie był w aż takiej ruinie jak to rządzący chcieli abyśmy widzieli. Mało mnie interesuje, że projekt został odrzucony. Jestem pewny, że nikt by tego nie zaproponował gdyby nie było funduszy. Skoro są to znaczy, ze albo kraj nie był w takiej strasznej sytuacji albo to jakieś toruńskie czary. Może ktoś zna odpowiedz na to pytanie. I jeszcze jedno spostrzeżenie. Przez tyle lat żony prezydentów stały u boków swoich mężów nie pobierając z tego tytułu wynagrodzenia. Co nagle się stało, że pani Agacie się ono należy? Nie dość, że funkcja prezydenta w naszym systemie nie ma żadnego uzasadnienia to jeszcze będziemy płacić wynagrodzenie jego żonie. I to nas właśnie doprowadzi do ruiny. To jest właśnie bezkrytyczne szastanie pieniędzmi podatników. W międzyczasie sztandarowy projekt partii rządzącej o obniżeniu wieku emerytalnego musi poczekać do października przyszłego roku. Funduszy na ten cel póki co nie ma i pewnie w przyszłym roku nie będzie bo przecież kraj jest w ruinie. 

Ku Klux Klan po polsku

Nikomu nie trzeba mowić co się kryje za skrótem KKK. Sławne Ku Kłux Klan powstało w wigilie 1865 roku w mieście o jakże swojskiej nazwie, Pułaski w stanie Tenessee. Jak podaje Wikipedia „Jej członkowie zakładali białe ubrania, symbolizujące dusze poległych Konfederatów, choć zdaniem innych szata i kaptur mają nawiązywać do strojów wykorzystywanych w trakcie hiszpańskich Pastas i procesji. Od samego początku Ku Klux Klan przybrał charakter organizacji klanowej, a zadecydowało o tym pochodzenie narodowe kilku jego założycieli. Co najmniej dwóch z nich wywodziło się z tradycji celtyckiej, w której były silne struktury klanowe. Rozwój Ku Klux Klanu ułatwiło upodobanie Amerykanów z Południa do tajnych organizacji, fascynacja masonerią i wiara we własne posłannictwo dziejowe”. Ku Kłux Klan był oczywiście organizacja rasistowską. Rasizm w pojęciu sprzed lat to przeszłość i juz dzisiaj nie ma takiego zastosowania aczkolwiek wciąż istnieje i wciąż są ludzie, którzy są jego wyznawcami. Na polskim gruncie pojęcie to do pewnego stopnia odżyło po przemówieniu sortującym Polaków na lepszych i gorszych a wygłoszonym przez Jarosława Kaczyńskiego. Politycy polscy lubią się wzorować i czerpać z przykładów amerykańskich. Kochają oni Stany Zjednoczone chociaż bez większej wzajemności. Zatem pan Jarosław wierząc we własne posłannictwo dziejowe najpierw nas przesortował i potem dobrał sobie współpracowników, którzy odpowiadaliby jego ideologii. Nie mam tu wcale na myśli prezydenta czy premierowej. Gdyby się dobrze zastanowić to większość decyzji zapada w Sejmie i w Senacie. Prezydent podpisuje a premierowa publikuje. To zatem marszałkowie Sejmu i Senatu są najbliższymi współpracownikami prezesa. Panowie Kuchciński i Karczewski  tez głęboko wierzą we własne posłannictwo dziejowe obrzydzając życie opozycji w każdy dostępny im sposób. Nie jestem pewien ale chyba się jeszcze nie zdarzyło aby uwagi opozycji były wzięte pod uwagę i na ogół wszystko idzie pod głosowanie w niezmienionej formie. Trzej panowie K kochają swoje funkcje i wcale im nie przeszkadza, że oni sami nie są kochani. Nimi przecież kieruje posłannictwo dziejowe.

Wypowiedzi, pomysły i ankiety

Staram się trzymać z dala od politycznych dywagacji bo ten dział naszego życia społecznego przesiąknięty jest zgnilizną na wskroś i w poprzek. W dużej mierze pomogły mi w tym mistrzostwa w piłce nożnej i występ naszej reprezentacji. To jest jednak już za nami i czy chce czy nie, nie sposób zatrzymać się na jakimś artykule dotyczącym sprawujących władze. A, że moi „ulubieni” politycy maja wyjątkowe parcie na szkło toteż było co czytać. Na największą uwagę swoimi wypowiedziami zasłużył sobie oczywiście Jarosław Kaczyński, któremu od nadmiaru władzy juz kompletnie się wszystko miesza. Prezes znany ze swojego eurosceptycyzmu nagle zdecydowanie ma zamiar namawiać Brytyjczyków do pozostania w unii, chociaż ci w referendum wypowiedzieli się przeciwko w niej pozostaniu. Nasz eksportowany znawca spraw wszelkich od razu znalazł winnego, a jakże, nijaki Donald Tusk sprawił, że unia rozsypuje się jak zamek z piasku. Nie należę do zwolenników byłego premiera ale wypowiedzi pana prezesa na jego temat, nawet gdyby były zasadne, są tak przesiąknięte nienawiścią, że bardziej powodują zakłopotanie i żałosny smutek niż jakiekolwiek uznanie. Przecież nie wypada panu Kaczyńskiemu powiedzieć, że jednym z głównych  powodów, dla którego Brytyjczycy nie chcą być w unii jest ten dzięki, któremu partia prezesa wygrała wybory i z którego sam pan prezes jest tak dumny czyli imigranci. Wyspiarze mają dość przybyszów z krajów postkomunistycznych i innych imigrantów i mało ich obchodzi jaki wpływ ci ludzie mają na ich ekonomie. Niechęć partii rządzącej do uchodźców z bliskiego wschodu była uzasadniona, niechęć „brytoli” do europejskich imigrantów to już oczywiście wina Tuska. No ale te słowa wypowiada w końcu człowiek i ekonomista roku czyli coś w tym musi być. Brr. Zastępca prezesa w partii nasz minister obrony tez nie pozwolił zapomnieć o sobie. Nawiedzony Antoni zdecydował, że w uroczystościach państwowych będzie odczytywany apel smoleński. Przyklasnęła pomysłowi swojego ministra sama premierowa bo przecież pamięć o zmarłych w katastrofie smoleńskiej musi być kultywowana. Jak tu się nie zgodzić z taką logiką? Pomyślałem sobie zatem, że może by tak pójść o jeden krok dalej. Czego ograniczać się tylko do uroczystości państwowych? Każdego dnia w szkołach przed rozpoczęciem zajęć, bum apel smoleński. Każdy uczeń już od pierwszej klasy ma znać na pamięć nazwiska zaginionych a jeśli któryś by nie znał rodzica na tydzień do pierdla. Posiedzenia wszystkich organów władzy terytorialnej tez powinny zaczynać się od apelu. Program telewizyjny tez powinien rozważyć swój grafik i o godzinie o której doszło do katastrofy nadawać apel smoleński a każdego dziesiątego miesiąca listę zaginionych powinien odczytywać sam minister obrony. Co pan na to panie Antoni? Można by to zabezpieczyć ustawowo: panowie Kuchciński i Karczewski przepchną to przez sejm i senat pan prezydent podpisze a premierowa opublikuje, masz to pan jak w banku. Premierowa też postawiła dać upust swojemu intelektowi i na pytanie marnego dziennikarzyny co myśli o wypowiedzi Baracka Obamy  na temat sytuacji wokół trybunału konstytucyjnego, warknęła że naród jej nie płaci za interpretowanie czyichś wypowiedzi tylko płaci jej za rządzenie. Bez przesady pani Beato, po pierwsze pani nie rządzi, od tego jest człowiek roku. Takie poglądy mogą się źle dla pani skończyć. Po drugie naród nie płaci pani za łamanie prawa i zapisów konstytucji i jakoś z tym nie ma pani problemu. Mało mnie interesuje, że prezesowi konstytucja się nie podoba. Ktoś to tak wymyślił aby sprawującym władze nie pomieszało się w głowach. Jak widać mało to panią obchodzi. Pani chyba sama nie bardzo wie za co naród jej płaci a za co nie. Ze zdumieniem przeczytałem wyniki ankiety zaufania społecznego wsród polityków. Największym cieszy się nasz wielce szanowny pan prezydent. Prawdę mówiąc wcale się temu jednak nie dziwie. Taką mamy awangardę polityczną w naszym kraju, że wystarczy nic nie robić i udawać, że się ma wiele do powiedzenia i już stajesz się najbardziej zaufanym politykiem w społeczeństwie. Andrzej Duda przypomina mi pod tym jednym tylko względem Billa Clintona. Za czasów prezydentury tego ostatniego wszyscy wiedzieli, źe małżonka szanownego prezydenta ma bardzo duży wpływ na jego decyzje. Ten wpływ się jeszcze zwiększył po aferze rozporkowej. Bo Hilary to taki Jarosław, który stoi z boku z pałeczką dyrygenta. Gwoli przypomnienia, jeśli dobrze pamietam Bronisław Komorowski też się cieszył olbrzymim zaufaniem i juz go dziś nie ma, nie będzie i pana Andrzeja za cztery lata.

Ostatnio na YouTube oglądałem sporo starych kabaretów w szczególności Zenona Laskowika. Świetne teksty, z których nawet jeszcze dzisiaj można się śmiać. Z naszych obecnych włodarzy nawet dobrego kabaretu nie da się zrobić.

Kurze jaja

Moi sąsiedzi z lewej i prawej okazali się członkami sekty a może raczej stowarzyszenia Ramthas. Sekta brzmi trochę złowrogo zatem ograniczę się do łagodniejszego określenia czyli stowarzyszenia. Grupa ta od czasu do czasu organizuje kilkudniowe zjazdy swoich członków w terenie. Nie mogło być zatem inaczej żeby moi sąsiedzi nie wzięli udziału w tym zlocie. Oboje jednak posiadają stawy rybne co spowodowało, że potrzebny był ktoś kto by tego dopilnował. W grę wchodziło dokarmianie ryb raz bądź dwa razy w ciàgu dnia. Oboje zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc. Wiele do roboty nie mam, zatem chętnie się zgodziłem bo wychodzę z założenia, że z sąsiadami należy mieć dobre relacje. Moi sąsiedzi z prawej strony dodatkowo mają cztery kury, które na moc należało zamykać. W zamian za opiekę nad ptactwem pozwolili mi zebrane jaja użyć samemu sobie. Kurze jaja proteiny, których ostatnio nie mam w nadmiarze toteż bardzo mnie ta oferta ucieszyła. Z informacji sąsiadów wynikało, że dziennie mogę liczy na dwa do trzech jaj. Super, pomyślałem sobie w myślach przeliczając ile to tych jaj uzbieram przez dziesięć dni nieobecności sąsiadów. Pierwszego dnia po wyjezdzie sąsiadów niestety nic nie znalazłem. Myślałem, że może sąsiedzi zabrali jaja jeszcze przed wyjazdem. Kiedy jednak drugiego dnia gniazda były ponownie puste poczułem  trochę zawodu. Wyliczenia szlag trafił, jaj nie mam i protein też nie mam. Znajoma jednak powiedziała mi, że owe kury często zmieniają miejsce znoszenia jaj i żebym się rano przyjrzał gdzie te cwaniary biegną. Mam wrażenie, że te stworzenia przewidziały to, że mogę je obserwować bo oto następnego dnia kiedy ponownie nic nie były w kurniku po otworzeniu drzwi ptaszyska rozleciały się każda w innym kierunku pozostawiając na wabia jedną, która biegała wokół mnie i gdacząc starała się odwrocić moją uwagę. Udało jej się to znakomicie bo jeszcze wtedy nie wiedziałem o jej zadaniu specjalnym i rzeczywiście dałem się wyprowadzić w pole. Gdy już wszystkie kury zniknęły moja „rozmówczyni” dumnym krokiem opuściła mnie a ja oczywiście nie miałem pojęcia gdzie podziała się reszta drobiu. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że ta, która została koło mnie wypełniała swoje zadanie. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia, tym razem jednak udało mi się wypatrzeć gdzie zniknęła jedyna z uciekinierek. Koło mnie oczywiście kręciła się bestia od odwracania uwagi ale nie dałem się jej nabrać. Kiedy wieczorem przed zamknięciem kurnika sprawdziłem miejsce gdzie zniknęło jedno ptaszysko czekała na mnie niespodzianka w postaci pięciu jaj. Kolejnego dnia sytuacja znowu się powtórzyła i udało mi się zlokalizować gdzie ginie kolejna kura. Tam rownież czekało na mnie pięć jaj. Wiedźmy zorientowały się jednak, że zostały namierzone i następnego dnia zniosły moje proteiny w kurniku tak żebym myślał, że chcą zgody. Następnego dnia jaja były rownież w kurniku. Ptaszyska sądziły, że po dwóch dniach zapomnę o ich innych miejscach bo na trzeci dzień znowu się przeniosły w swoje stare miejsca zostawiajac jedną rozgadaną aby odwróciła moją uwagę. Oczywiście jaja znalazły się tam gdzie się ich spodziewałem. Nie wiem jak by potoczyła się dalsza zabawa bo wrócili właściciele. Obserwując jednak przez dziesięć dni te przewrotne małpy doszedłem do wniosku, że kura wcale nie jest taka głupia za jaką się ją uważa. Kto wie może nawet jest mądrzejsza od niektórych naszych posłów.

Przeżyć kuchnię

Odkąd moja żona przejęła stery opieki na swoja rodzicielką zostałem się sam na gospodarstwie. Chcą nie chcąc musiałem wreszcie zapoznać się z miejscem w naszym domu zwanym kuchnią. Znam to miejsce o tyle o ile, szczególnie nie jest obcy mi zlewozmywak. Praca z nim jest prosta; brudne gary, woda, płyn do mycia naczyń gąbka i moje ręce i to w zasadzie wszystko. Gotowanie to jednak juz kompletnie inna para kaloszy. Sama znajomość półproduktów do przygotowania czegokolwiek to dla mnie wyższa szkoła jazdy a jeszcze trzeba to cholerstwo rozpoznać, które jest które i co jest co. Są mężczyźni, którzy czują się w kuchni jak ryba w wodzie, ja jednak do nich zdecydowanie nie należę. Potrzeba jest jednak matką wynalazku i właśnie w takiej potrzebie się znalazłem. Próbuje polubić to moje nieszczęsne pomieszczenie jednak zdecydowanie nie odpowiadamy sobie. Dobrze, że mam tutaj starą polską książkę kucharską, która jest moim drogowskazem, bez niej moje życie stałoby się pewnie koszmarem. Korzystam tez z internetu ale ten mnie trochę złości bo jak patrzę z jaką łatwością ludzie przyrządzają te wszystkie potrawy to czuję się trochę nieswojo, żeby nie użyć bardziej dosadnego określenia. Oczywiście mógłbym pójść na łatwiznę i zaopatrzyć w gotowe dania, wrzucasz takie coś do mikrofali i po zawodach. Nie używamy jednak tego urządzenia i pewnie naraziłbym się ślubnej gdybym coś takiego kupił. Mógłbym jednak podjąć ryzyko i mimo wszystko kupić ten wynalazek sztuki kulinarnej, uważam siebie jednak za osobę ambitną i nie będzie mi tu kuchnia dyktować jak mam gotować. Podjąłem wyzwanie i nie mam zamiaru się poddawać. Najbardziej działa mi na nerwy mąka no bo tyle jest jej rodzajów i do tego wszystkie w tym samym kolorze czyli białym. Kto to wymyślił? Żytnia, pszenna, jęczmienna trzeba być wyjątkowo złośliwym żeby tyle tego badziewia wymyślić i to jeszcze nie zmienić koloru. Muszę tu zaznaczyć, że kupujemy tutaj mąkę na wagę i wszystko jest w przezroczystych woreczkach. Która jest która, nie mam pojęcia. Wszystkie mają tą samą konsystencje, smakują tak samo zatem do naleśników czy placków używam tej, która mi wpadnie w ręce. Prawdę mówiąc dumny jestem ze swoich postępów chociaż nikogo bym tym nie poczęstował. Opanowałem juz rosół, który co prawda za każdym razem ma inny smak, to jednak z gotowaniem jest jak z pieniędzmi zrobione czy zarobienie przez siebie samego smakuje inaczej czyli wybornie. Nie myślę żeby gotowanie stało się moim ulubionym zajęciem, nigdy jednak nie mówię nigdy. Najważniejsze, ze do tej pory się jeszcze nie otrułem a z czasem powinno być lepiej.

Muszę kończyć bo czas się wziąć za gotowanie. 

Nielubiane Chile

Równolegle do mistrzostw Europy w piłce nożnej odbywały się mistrzostwa obu Ameryk w tej samej dyscyplinie. Były one jubileuszowe bo setne. W przeciwieństwie do mistrzostw Europy te odbywają się każdego roku. Na kontynentach amerykańskich nie istnieje na tele dużo  państw aby przeprowadzać eliminacje, co powoduje ze turniej może odbywać się w formule corocznej. W ubiegłym roku mistrzostwa odbywały się w Chile i to piłkarze tego kraju wywalczyli tytuł mistrza Ameryki. W tym roku turniej zorganizowały Stany Zjednoczone a do finału awansowały reprezentacje Chile i Argentyny. Mecz ten miałem okazje oglądać z moimi sąsiadami. Wszyscy kibicowaliśmy drużynie Messiego. Mecz nie należał do wielkich widowisk, sędzia pokazał dwie czerwone kartki i kilka żółtych kartoników. O tytule zdecydowały karne, które lepiej egzekwowali Chilijczycy i to oni ponownie zostali mistrzami obu kontynentów. Przy tego typu okazjach udaje mi się zawsze czegoś dowiedzieć od moich sąsiadów. Tak było i tym razem. Okazało się, że Chile jako państwo nie jest lubiane przez resztę Ameryki Południowej. Mieszkańcy tego kraju uchodzą za snobów a swój kraj uważają jako lepszy od reszty od wspólnoty południowo-amerykańskiej. Nie zdziwiło mnie zatem kibicowanie Argentynie przez moich sąsiadów. Dowiedziałem się jednak rownież, że pomiędzy samą Argentyną a Chile istnieje specjalna niechęć. Kraje te wyjątkowo się nie lubią od wojny brytyjsko-argentyńskiej o Falklandy. Brytyjska marynarka wojenna potrzebowały portów do których mogłaby zawinąć i z których mogłaby kontynuować działania wojenne przeciwko Argentynie. To właśnie Chile wyraziło zgodę na udostępnienie swoich portów brytyjskiej marynarce co oczywiście zostało odebrane jako zdrada interesów południowo-amerykańskich. Anglia oczywiście odebrała Falklandy Argentynie co w konsekwencji jeszcze bardziej wyalienowało Chile. Nastroje te oczywiście są podgrzewane przy tego typu imprezach bo przecież na tym właśnie polega polityka. Symptomatycznym jest jednak fakt, że jak zaznaczyli moi rozmówcy, zwykli mieszkańcy całej Ameryki Południowej w pojedynkach Chile z innymi krajami kontynentu zawsze kibicują przeciwko Chile. Może ta właśnie alienacja uczyniła z mieszkańców Santiago snobów? A może w zamian za pomoc Anglii, Chilijczycy mogą liczyć na więcej ze strony tego kraju niż reszta krajów Ameryki Południowej? Ktoś na wojnie traci, ktoś na niej zarabia. Chile zarobiło tyle, że stracili szacunek i sympatie otaczających je krajów.