Wiadomości gminne

Chociaż nie chcę, jednak muszę
Zanim jednak w Polskę ruszę 
Zjednać muszę całą opozycję
Żeby wzmocnić jej pozycję.
To co ona dzisiaj prezentuje
Naród tego nie kupuje
Na dodatek miedzy sobą jest zwaśniona
No i jak tu ludzi ma przekonać
Zamiast razem stanąć murem
Każdy w swoja stronę ciągnie sznurem
Ja nie widzę w tym momencie
Że się zmieni coś w tym względzie
Prezes się dziś z opozycji śmieje
Premierowa też ze śmiechu leje
No bo jak tu brać ją na poważnie
Gdy liderzy toczą waśnie.
Rząd totalnie mi wychodzi bokiem
Bo on każdym swoim krokiem
Prezesową chce wprowadzić dyktaturę
A nad kraj nasz, czarną chmurę.
Trzeba zatem zrobić coś pospiesznie
Bo przestaje juz być śmiesznie
Potrzebuje więc sponsora,
Sam wszystkiego nie dokonam,
Aby zebrał ludzi dobrej woli
By prezesa wychromolić.
Zaraz potem towarzystwo jego
Póki jeszcze nie zepsuli nam wszystkiego
Czasu nam zostało mało
Do roboty bierzmy się więc śmiało
Zawiązujmy zatem ruch społeczny
Byle nie był z prawem sprzeczny
Ja na jego czele stanę
Choć nie jestem kanadyjskim Stanem
Doświadczenie mam w rządzeniu
Nie pozwolę aby kraj nasz pozostawał w cieniu
Deklaruje się krajowi przynieść sławę
Słowo daje. Jam jest Kozioł Paweł.
Reklamy

Bankowe przemyślenia.

Ekwador nie jest krajem bogatym. Równać mu się z Polską w zakresie dochodu narodowego byłoby wielkim nieporozumieniem. Łatwo tez tutaj zauważyć spore różnice klasowe. Wielu naszych ekwadorskiego znajomych po osiagnięciu pewnego pułapu w dochodzie musi zatrudniać pomoc domową bo to przecież nie przystoi pracować w domu samemu. Wbrew pozorom ludzie ci nie są milionerami ale należą już do innej klasy a tam obowiązują inne wymagania. Cały czas poznaje specyfikę tego kraju i od czasu do czasu coś mnie zaskakuje. Wiedziałem, że banki są pod ścisłym nadzorem państwa, biorąc jednak pod uwagę potrzeby rządu na wydatki socjalne, byłem mocno zaskoczony odsetkami oferowanymi przez te instytucje w Ekwadorze. Podczas gdy w Stanach, podobno najbogatszym kraju na świecie, pomarzyć można o odsetkach na poziomie większym od jednego procenta to tutaj w kraju trzeciego świata banki oferują odsetki na kontach długoterminowych powyżej sześciu procent. Mając zatem sto tysięcy, dla łatwiejszego obliczania, po roku można zarobić ponad sześć tysięcy odsetek. Koszt utrzymania w Ekwadorze to mniej więcej od czterystu do pięciuset dolarów miesięcznie zakładając, że mamy swoje mieszkanie. Zatem z owych odsetek można jakoś przeżyć. Nie będzie to oczywiście hulaszczy tryb życia ale można żyć spokojnie. To tylko tak na marginesie. Jak to się dzieje, że banki w bogatych krajach zwijają się z bólu przy naliczaniu odsetek swoim klientom a tutaj ni stąd ni zowąd w biednym Ekwadorze takie odsetki? Osobiście nie widzę innego wytłumaczenia niż zwykła chciwość. System bankowy to mocno sprywatyzowany świat, w którym zysk i chciwość są celem nadrzędnym. Systemu tego bronią jak czegoś świetego skorumpowani politycy, którzy też na tym zarabiają. Prezesi zachodnich banków i ich dyrektorzy konsumują większą cześć zysków. Wydatki na reklamę i patronat nad imprezami sportowymi to kolejny sposób okradania ludzi z tego co im się należy. Nie mam nic przeciwko temu aby sportowcy zarabiali ile tylko mogą, jeżeli jednak dla nich nie brakuje pieniędzy to jak to się dzieje, że dla tych co odkładają brakuje na lepszą stopę procentową. System bankowy dzisiejszego świata napawa mnie obrzydzeniem. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Nie znam dokładnie sytuacji w Polsce w tym zakresie, sądzę jednak, że jest tak jak wszędzie w krajach gdzie światowe banki rządzą. Nie wiem tez jak długo Ekwador będzie się bronił przed inwazją światowej finansjery. Póki co wole sam zarabiać na swoich pieniądzach niż wypychać kieszenie bankowym hienom.

Bill Clinton i demokracja w Polsce

Nigdy nie byłem zwolennikiem Billa „Rozporek” Clintona. W Stanach Zjednoczonych ma on jednak całkiem niezła pozycję. Był chyba ostatnim prezydentem, za którego czasów średnia klasa w Stanach coś znaczyła. To jednak on swoimi pomysłami przyczynił się do jej dewaluacji. Po nim było juz tylko gorzej a rządy juniora Busha to osiem lat kataklizmu. Bill i Hillary pozostali, po jego prezydenturze, wciąż na świeczniku. Szanowna Clintonowa została senatorem a potem szefem Departamentu Stanu. Teraz po raz drugi stara się o nominacje partii demokratów do zostania prezydentem Stanów.  I pewnie tę nominacje tym razem dostanie. Bill oczywiście bierze czynny udział w kampanii wyborczej. Nie może być inaczej, przysporzył przecież swojej ślubnej wiele siwych włosów podczas swojej prezydentury zachowaniem z panną Lewinsky. Państwo Clintonowie jako żywo przypominają mi państwo Underwood  z „House of Cards” dla, których władza jest wartością samą w sobie. Bez jej posiadania nie bardzo wiedzieliby co ze sobą zrobić i jak żyć. Demokracja w wydaniu amerykańskim, zwłaszcza w ostatnich lat, to też system mocno wypatrzony. Ich propaganda jednak wmówiła „amerykańcom” i to bardzo skutecznie, że nie ma lepszego systemu, w co zresztą naród wierzył, wierzy i jeszcze długo wierzyć będzie. Wszędzie tam gdzie chcą tą wspaniałą demokrację amerykańską wprowadzić na siłę, przynosi ona więcej szkód niż pożytku. Propaganda rządu polskiego zmierza właśnie w tym samym kierunku. Ujadania Billa na temat stanu polskiej demokracji pewnie nawet bym nie zauważył bo nie jest on w tym względzie dla mnie żadnym autorytetem. Mam wrażenie jednak, że za taki uważa go obecna władza. Naskoczyli zatem na Billa „Rozporka” i ci z ministerstwa spraw zagranicznych, i ci co powiązani są z rządem, i inni zwolennicy dobrej zmiany. Dostało się rownież Billowi od naszego prezydenta. To właśnie spowodowało, że zainteresowałem się wypowiedzią byłego prezydenta USA. W Stanach bardzo znane jest powiedzenie, ze jeśli „coś chodzi jak kaczka i kwacze jak kaczka to to jest kaczka”. Nie jest to żadna dygresja ani chęć ubliżania prezesowi. Każdy może sobie sprawdzić, że takie powiedzenie za oceanem funkcjonuje. Dobre zmiany w Polsce atakują w całej Europie. Krytykują je za oceanem i to nie tylko Bill Clinton ale i inni politycy w tym były kandydat na prezydenta z ramienia partii republikańskiej John McCain. Komisja Wenecka zajęła negatywne stanowisko w sprawie Trybunału a w Parlamencie Europejskim krytyka goni krytykę. Nasz rząd wraz z prezydentem jednak z uporem maniaka twierdzi, że wszyscy się mylą i wszystkich opinie opierają się na pozbawionych weryfikacji faktach. Chmm, może szanowna pani premier właśnie  nadszedł czas aby zdać sobie sprawę, że jest to mało prawdopodobne aby wszyscy się mylili i coś co chodzi jak kaczka i kwacze jak kaczka nią nie było. Tylko czy kogokolwiek stać na takie olśnienie? 

Droga przez życie

Na końcu drogi tej, zwanej życiem,

I nie jest to wcale moje odkrycie,
Znajduje się góra do nieba wysoka
A za nią miasto jakby w obłokach
I żyją tam tylko szczęśliwi ludzie,
Którzy po życia całego trudzie
Osiągnąwszy szczyt owej góry
Dotarli tutaj omijając gradowe chmury.
Ta góra to nasza wiara w wartości
Te chmury to nasze słabości
Nikt z nas nie jest od nich wolny
Walczyć z nimi każdy z nas jest zdolny 
Gdy mamy dużo, jeszcze więcej chcemy
„Dość” powiedzieć sobie nigdy nie umiemy
Zapatrzeni w materialne wartości
Zapominamy o skromności
Na dobre uczynki czasu nam brakuje
Komu to zresztą dzisiaj smakuje?
Żyć w zgodzie z prostymi prawami
Nie dać się zgubić ani omamić
Wsród wilków człowiekiem pozostać
Czyż tak trudno jest temu sprostać?
Nie ma na to prostej odpowiedzi
Jest jednak pewne, że chodzenie do spowiedzi
Po czym popełnianie tych samych grzechów 
Nie jest nawet panu Bogu do śmiechu.
Potknąć się jest ludzką rzeczą
Żadne dowody temu nie przeczą
Bo upadki wpisane są w życie każdego
Czy to biednego, czy bogatego
A kiedy czas na refleksję przychodzi
Że choć upadek nam nie zaszkodził
To wnioski z niego wyciągnąć należy
Żeby już dalej tak bardzo nie grzeszyć
Bo jeśli o wartościach zapomnimy
To miast się odnaleźć, całkiem się zgubimy
Miasto ludzi szczęśliwych na każdego czeka
Jesli chcesz trafić do niego to nie zwlekaj
I wejdź na drogę, która prowadzi do niego 
Bo nie ma w tym nic niezwykłego
Że idąc tą drogą przed siebie
Masz większe szanse znaleźć się w niebie.

Urzędnicze nonsensy

Domyślam się, że każdy w takiej czy innej formie miał kiedyś do czynienia z czystej krwi biurokratą, który interpretuje przepisy od kropki do kropki a pojęcie zdrowego rozsądku jest mu obce. Ludzie ci w swoim bezdusznym rozumieniu przepisów i prawa potrafią doprowadzić człowieka do białej gorączki. Wiele przepisów zostało wymyślonych pod konkretną sytuacje aby zapobiec czemuś takiemu w przyszłości. Niestety ludzie, którzy mają interpretować owe zapisy prawa często, chowając się za nimi, kreują petentom istne piekło na ziemi. Sytuacja ta dotyczy wszystkich krajów bo kazdy urzędnik, gdziekolwiek na świecie, posiadający trochę władzy sądzi, że jest pępkiem tegoż świata. Przekonałem się o tym rownież i tutaj w Ekwadorze. Ale zanim do tego dojdę chciałbym opisać moje najzabawniejsze spotkanie z biurokratami. 

Zacznę od Polski. Mój syn postanowił ubiegać się o paszport naszego kraju. Chciał koniecznie mieć ten paszport wystawiony w Polsce nie w żadnym konsulacie poza granicami. Niestety jego dokumenty wygasły i aby mógł złożyć podanie musiał udowodnić, że nigdy nie zrzekł się obywatelstwa polskiego. Nie mam do tego zastrzeżeń. Zebraliśmy zatem wszystkie kwity, metryki, zaświadczenia, ponieśliśmy opłaty skarbowe wypełniliśmy podanie i zadowoleni z wykonanej roboty składamy owe dokumenty pani w Urzędzie Wojewódzkim. Miła pani przegląda wszystko z dokładnością aptekarki i…..znalazła wreszcie brak. Na odpisie z aktu małżeństwa moja żona figuruje z pierwszym i drugim imieniem podczas gdy na matryce urodzenia syna wpisano tylko jej pierwsze imię. Sprawa jest nie do załatwienia i należy to wyjaśnić. Nie ma znaczenia Pesel i inne identyfikatory potwierdzające, że matka syna i moja żona to ta sama osoba. Sprawę należy wyjaśnić a dokumenty syna o potwierdzenie obywatelstwa nie mogą w takim stanie rzeczy zostać przyjęte. Gdzie sens i logika w tym wszystkim? Nie będę się rozpisywał ile zmarnowaliśmy czasu aby wreszcie zdać sobie sprawę, że bez pomocy kogoś ze zdrowym rozsądkiem nie uda nam się rozwiązać tej kwadratury koła. I tak się też stało. Znajomy miał znajomego…reszta niech pozostanie tajemnicą, najważniejsze że syn papier otrzymał i mógł złożyć dokumenty …. o dowód bo bez niego paszportu nie wydadzą.
Skok przez granicę. Niemcy. Po iluś tam latach nieobecności w Polsce wreszcie zdecydowałem się na przyjazd do kraju ojców. Poszukiwania najbardziej efektywnej ceny biletu skończyły się na jego zakupie w konkurencyjnych dla Lufthansy liniach niemieckich, których imienia juz nawet dzisiaj nie pamietam bo one już nie istnieją. Miałem lecieć z Nowego Jorku do Duseldorfu a stamtąd do Warszawy. Całe to,przygotowanie i podniecenie podróżą spowodowało, że zapomniałem o ważności swojego paszportu. Przy odprawie paszportowej w Nowym Jorku tez nikt na jego ważność nie zwrócił uwagi i tak pełen niecierpliwości i nadziei na wzruszające spotkania po latach wylądowałem w Duseldorfie. Tu miałem zmienić linie lotnicze i do Warszawy udać sie juz Lufthansą. No i zaczęło się. Przy odprawie pani zauważyła, że mój paszport wygasa w ciągu bodaj dwóch tygodni. Chociaż wciąż ważny to jednak podróżować dalej nie będę bo mój paszport musi mieć co najmniej pół roku ważności. Na nic zdały się zapewnienia, ze uaktualnię swój dokument natychmiast po przylocie do Polski. Nie i koniec. Samolot z bagażami sobie poleciał a ja z bólem głowy zostałem. Rozumiem, że nie dopatrzyłem ważności paszportu i nie mam zamiaru obwiniać za to osób trzecich. Wale się, w piersi moja wina. Fakt jednak nie zatrzymania mnie w Nowym Jorku i pozostawienie mnie w Niemczech w połowie podróży uważam za pozbawiony sensu. Aby skończyć ta historie powiem tylko, że paszportu w Niemczech nie uaktualniłem a na następny samolot, zgodnie z sugestią przedstawiciela oryginalnych linii, którymi leciałem, zjawiłem się w ostatnim momencie. Odprawiali juz inna obsługa i jako ostatni, szybko, szybko znalazłem się w upragnionym samolocie do Warszawy. Tyle, ze moje bagaże właśnie wracały z Warszawy do Duseldorfu o czym się dowiedziałem po wylądowaniu na Okęciu. Paszport oczywiście bez problemów w Polsce przedłużyłem do dziś jednak nie rozumiem dlaczego musi być ważny co najmniej pół roku. 
Czas na Stany Zjednoczone. Dali mi tutaj urzędnicy sporo popalić i pewnie mógłbym na ten temat stworzyć książkę prawie jak science fiction bo, niektóre przepisy nie mają żadnego realnego uzasadnienia. Parę lat temu wspólnie ze znajomymi z Polski postanowiliśmy zwiedzić zachodnie Stany. W planach mieliśmy Kalifornię, Newadę, Utah, Arizonę. Z New Jersey w tamte strony to spory kawałek zatem oczywiście do Los Angeles poleciałem samolotem. Po około trzech tygodniach podróżowania nadszedł czas powrotu. Znajomi odlatywali z terminalu miedzynarodowego a ja z krajowego. Po zamach terrorystycznych w Nowym Jorku lotniska w Stanach to wszechobecna ochrona pod milionem rożnych postaci. Paszport czy dukument osobisty sprawdzają wielokrotnie i mogę to jeszcze zrozumieć. Ja uzywałem do celów identyfikacyjnych swojego prawa jazdy wydanego w Stanach. Podczas jednego ze wznowień mojego prawka ktoś połknął „e” i zostałem przechrzczony na Mark zamiast Marek. Nigdy nie sprawiało to problemu, nikt nigdy tego nie kwestionował aż do Los Angeles. Tu pracownica jednej z rządowych organizacji wpadła na trop przestępcy o imieniu Mark, którego bilet wystawiony był na imię Marek. Zaparła się pani detektyw i nie wpuści mnie do odprawy bagażowej aż nie wyjaśnię tej różnicy w imionach w wydziale komunikacji w Pensylwanii skąd pochodziło moje prawo jazdy. Ale jak się mam tam dostać, pytam? A to już nie mój problem. Prawie cztery tysiące kilometrów od domu ale pani ma władze i mało ją cokolwiek interesuje. Na dużych lotniskach jest jednak parę bramek do przejścia przez odprawę i to pewnie mnie uratowało bo koleżanka nadgorliwej okazała się mniej dokładna.
Pare słów teraz na temat Ekwadoru. Moje doświadczenie z biurokratami tutaj jest zdecydowanie najmniejsze ale jednak…. Zainwestowaliśmy trochę kapitału tutaj w związku z tym nadszedł czas aby się jakoś zalegalizować. Istnieje pare możliwości, z których dla nas najwygodniejszym było ubieganie o stały pobyt z uwagi na inwestycje jakich dokonaliśmy tutaj. Użeranie się z wszelkiego rodzaju urzędami imigracyjnymi jest zapewne znane wielu naszym obywatelom. Urzędy te wprost uwielbiają walić ludziom kłody pod nogi bez najmniejszego sensu ot tak dla zasady. Aby zalegalizować swój pobyt tutaj potrzebna jest oczywiście fura dokumentów. Wszystkie musza być tłumaczone tu na miejscu a przysięgły tłumacz z Polski jest dla nich nikim. Wszystko musi być potwierdzone pieczęcią apostille, która tez musi być na miejscu przetłumaczona. Dodatkowo osoba tłumacząca musi ów transkrypt podpisać w obecności notariusza a ten obić wszystkie dokumenty setkami podpisów i pieczęci, istne wariactwo. Co kraj to obyczaj. Skompletowałam moje papierzyska i udałem sie z nimi do urzędu imigracyjnego.  Mila pani przeglądnęła i zasadniczo wszystko przyjęła zastrzegając się jednak, że to nie ona podejmuje finałową decyzje. Po ośmiu tygodnia decyzja zapadła tyle, że odmowna. Okazało się, że zaświadczenie o niekaralności, których musiałem przedłożyć dwa, jedno z nich jest nieprawidłowe. Przedłożyłem bowiem zaświadczenie z lokalnej policji, z miasta w którym mieszkałem w Stanach a urzędasom chodzi o zaświadczenie z policji stanowej. Chociaż w spisie dokumentów potrzebnych stoi jak byk „z miejsca zamieszkania” to owo miejsce w pojęciu biurokratów to stan a nie miasto. Taki drobny szczegół. Próba tłumaczenia to walenie głową w beton. Muszę uzupełnić bo bez tego jednego papierzyska nici z mojego pobytu. Jestem w trakcie załatwiania owego zaświadczenia, które oczywiście musi być apostille, przetłumaczone przez krajowego specjalistę od języków i podpisane w obecności notariusza. Jaki będzie finał? Nie wiem, ale trzymajcie za mnie kciuki.