Nie jest mi do śmiechu 

Rzekł był mój kolega Lechu

Wcale nie jest mi do śmiechu
Źle się w naszym kraju dzieje
Przez co ciało mi truchleje
Mamy w Polsce prezydenta
Co o wszystkich miał pamietać
Coś się jednak jemu pomieszało
I z obietnic niezbyt wiele pozostało
Mamy w kraju premierową
Obiecała dobrą być szefową
Szybko jednak o tym zapomniała
Prezesowi całkiem się oddała
Już niewielu dziś przeszkadza
Że rządowa cała władza
Pozostaje poza rządem
W rękach kogoś kto jest głąbem
Kogoś kto ma genetyczne wady
I namawia wszystkich wciąż do swady
Mściwy i żałosny jest to człowieczyna
Trzeba jednak stwierdzić, że to nasza wina
Raz juz naszym krajem rządził 
Więcej szkody nam wyrządził
A korzyści z jego rządów mało było
Toteż wszystko szybko się skończyło
Wiedząc tyle o nim wcześniej
Dzisiaj wyglądamy bardzo śmiesznie 
Bo jak mówi stare powiedzenie
Pierwsza wpadka albo przewinienie
Winowajcy wstydem zawsze pozostaje
Kiedy jednak mu się daje
Szansę na kolejne nas nabranie
Wtedy wstyd po naszej stronie pozostanie.
Ma więc racje mój kolega Lechu
Mnie też wcale nie jest do śmiechu.

Rok przestępny, rok posępny.

Jak niesie mądrość ludowa rok przestępny to zwykle rok pełen niezbyt dobrych wydarzeń. Jaki będzie ten rok czas oczywiście pokaże. Nie będę się rozwodził nad sytuacją polityczną ani w Polsce ani na świecie bo ta nie wymaga nawet komentarzy. Jedynie co można w tym temacie stwierdzić to fakt, że coraz bardziej wszędzie widać, że do władzy dochodzą ludzi podejrzani a sama władza coraz bardziej alienuje się i ma coraz mniej wspólnego z dobrem społeczeństwa jako całości. To w konsekewncji, jak mówi nasz ogólnie znany jasnowidz Krzysztof Jackowski, musi doprowadzić do społecznych turbulencji. No cóż, władza deprawuje co widać nie tylko w Polsce.

Ostatnio jednak moja uwagę przykuwają zjawiska pogodowe. Styczeń to pełnia ekwadorskiego lata. W górach jednak zawsze jest chłodno i wieje „halny”, który nie pozwala czuć się komfortowo w krótkim rękawku i krótkich spodniach. W tym jednak roku widać w tym zakresie sporą różnicę. Od początku stycznia temperatury ustawiły się pomiędzy dwadzieścia pięć a trzydzieści stopni. Dodatkowo wiatr, który na ogół dokuczał w tym roku był jakby trochę słabszy. Pierwsze dwa tygodnie kompletny brak opadów przyprawiał moją żonę o ból głowy bo ogródek cierpiał na brak wody. Dopiero druga połowa stycznia przyniosła trochę opadów i mogliśmy trochę odetchnąć. Rzeki w Cuence rownież potrzebowały wody tak więc i miasto przywitało opady z radością. Na wybrzeżu Ekwadoru wszyscy z niepokojem oczekują co przyniesie el niño, które w tym roku ma być gorsze niż to z 1997 kiedy to wybrzeże Ekwadoru zostało z oszczędne. Tak się złożyło, że z przyczyn obiektywnych musieliśmy poleciec do Stanów. Wylatujemy zawsze z Guayaquil, które jest bliżej Cuenki i z tego powodu wygodniejsze. Miasto to jest największe w Ekwadorze i znajduje się nad samym Pacyfikiem. Panuje tu klimat tropikalny, charakteryzujący się wysoką temperaturą i dużą wilgotnością. Jakież było nasze zdziwieni kiedy dotarliśmy do miasta i okazało się, że i owszem jest cieplej padał jednak deszcz przez cały dzień co zdarzyło na, się po raz pierwszy. Powietrze było bardzo „ciężkie” co oczywiście utrudniało oddychanie. Trzymaliśmy się zatem jak najbliżej miejsc klimatyzowanych, gdzie można było oddychać spokojniej. Mieliśmy w planie trochę pozwiedzać, z oczywistych jednak powodów musieliśmy z tego zrezygnować. Wyjechaliśmy z w miarę cieplej i suchej Cuenki by dotrzeć do Guayaquil gdzie nie tylko zmokliśmy ale rownież pot dał nam się mocno we znaki a skończyć naszą podróż w Newarku kilka godzin pózniej gdzie przywitała nas temperatura poniżej zera. Brr dawno już nie przeżyłem tylu zmian pogody w tak krótkim czasie. Najgorsze jednak wciąż było przede mną. Oto  w nocy z piątku na sobotę w New Jersey rozpętała się burza śnieżna, która pokryła całą okolicę niemal metrową warstwą białego puchu. Nie jestem zwolennikiem śniegu ani lepienia bałwanów, zwłaszcza że kojarzą mi się one z prezesem, a samo patrzenie przez okno na wszechogarniająca biel wywołuje u mnie uczucie bólu. Mimo wszystko cieszy mnie, że choć wydaje nam się, że możemy prawie wszystko to matka natura przywołuje nas od czasu do czasu do porządku. Nie wiem co nas czeka w dalszej części roku bo to dopiero przecież styczeń mam jednak nadzieje, że natura w swojej doskonałości i spowoduje, że ludzkość się chociaż trochę opamięta.

Miejsca, które warto zobaczyć, Grand Canyon

Wiele jest miejsc na świecie, które każdy by chciał odwiedzić. Niektóre z nich to dzieło człowieka, inne zaś to wytwór natury. Każdy kraj ma coś specyficznego, szczególnego czego gdzieś indziej trudno byłoby znaleźć. O tym jednak fakcie wiedzą jednak przede wszystkim mieszkańcy danego kraju oraz garstka ludzi, których nazywamy podróżnikami.  Są jednak miejsca tak niepowtarzalne w swojej urodzie, że zna je niemal każdy człowiek żyjący na naszej planecie. Niewątpliwe jednym z nich jest Grand Canyon. Co roku ciągną tutaj miliony turystów a wielu z nich wraca tu wielokrotnie. Miejsce to jest parkiem narodowym i znajduje się w stanie Arizona. Canyon liczy sobie około 446 km długości a w najszerszym miejscu odległość z krańca na drugi kraniec sięga 29 kilometrów. Grand Canyon to wytwór rzeki Colorado, która wyrzeźbiła go na przestrzeni milionów lat, powodując, że w najgłębszym miejscu odległość z dna kanionu do jego szczytu sięga niemal dwóch kilometrów. Miałem to szczęście być w tym miejscu dwukrotnie i za każdym razem magia tego miejsca robiła na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnym przeżyciem jest oczywiście wschód słońca, który gromadzi na krawędzi kanionu rzesze ludzi bo jest to zjawisko jedyne w swoim rodzaju.  Ciemność spod jakiej minuta po minucie wyłania się czeluść kanionu i ta niesamowita gra kolorów skał nie może nie zrobić wrażenia. Moją pierwsza wizytę w kanionie zaliczyłem razem z moją rodziną i jak to zwykle bywa to właśnie ona zapisała sie głęboko w mojej pamięci. Główną przyczyną tego faktu było przede wszystkim to, że zdecydowaliśmy się, razem z moimi synami zejść do samego dna kanionu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że zaczęliśmy schodzić zbyt późno, przed czym ostrzegał nas student z Polski, który pracował w sklepie z pamiątkami w ramach wymiany studentów. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu i postanowiliśmy udowodnić, że na zejście nigdy nie jest zbyt późno. I tak około godziny jedenastej rozpoczęliśmy naszą przygodę. Z krawędzi do dna kanionu jest nieco ponad dziewięć mil, mniej więcej piętnaście kilometrów. Ściany kanionu są dość strome zatem droga miała charakter zygzakowaty stąd się wziął ten dość długi dystans. Schodzenie na dół to nie jest aż tak wielki problem i zajęło nam to około trzech godzin. Rzeka Colorado nie zrobiła na nas większego wrażenia. Wygladała na brudną i zdecydowanie nie nadawała się do żadnej kąpieli nawet pamiątkowej. Na dole dowiedziałem się, że można na szczyt wrócić krótsza drogą licząca około siedmiu mil czyli jakieś 11 kilometrów. Nikt nam jednak nie uświadomił, że jest to trasa o wiele dziksza niż ta, którą zeszliśmy. Różnica polegała przede wszystkim na braku punktów z wodą, których nie brakowało na szlaku dłuższym. Rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną nieco po godzinie drugiej w nadziei, że nawet jeżeli wspinać się będziemy dwa razy dłużej, czyli około sześciu godzin to i tak powinniśmy być na szczycie w granicach dziewiątej. Każdy z nas miał po półlitrowej butelce wody i tak zaopatrzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pewnie dwóch godzinach marszu natknęliśmy się na grupę schodzącą na dół w celu przenocowania, co jest dozwolone. Spytaliśmy ich jak jest jeszcze daleko do szczytu, mając nadzieje, że odpowiedź zaskoczy nas pozytywnie. Błąd w rozumowaniu, okazało się bowiem, że w najlepszym przypadku przeszliśmy może milę. Spojrzeli na nas z litością i śmiechem i podarowali nam trochę wody bo już wiedzieli, że nasze porcje nie wystarczyłyby nawet wielbłądowi, który znany jest z możliwości podróżowania po pustyniach i bez wody. Nie będę się rozwodził nad naszymi przygodami w drodze powrotnej, dodam tylko, że po około następnych dwóch godzinach spotkaliśmy parę schodzącą w dół. Ponowiłem pytanie o odległość do krawędzi. Odpowiedź nie była zbyt budująca. I tym razem nasi rozmówcy zaoferowali nam wodę, widząc ile nam jej jeszcze zostało. Najzabawniejsze było to, że rozmawialiśmy po angielsku, ale kiedy dziewczyna zaoferowała nam wodę, niespodziewanie chłopak odezwał się czystą polszczyzną, pytając ją czy jest pewna, że im wody wystarczy. Do krawędzi doszliśmy wreszcie parę minut po dwudziestej trzeciej, czyli po dziewięciu godzinach morderczej wspinaczki, wycieńczeni i szczęśliwi. Jedynym problemem był fakt, że znajdowaliśmy się około siedmiu mil od naszego hotelu ale to już rozwiązała taksówka.

Wróciłem na miejsce przestępstwa po czternastu latach. Tym razem w towarzystwie doświadczonych podróżników: Leszka z Izą i Wojtka z Magdą, którzy postanowili zwiedzić zachodnią cześć Stanów. Nie mogliśmy ominąć Grand Canyon. Leszek z Magdą zdecydowali się na zejście na dół. Chociaż rozpoczęli wcześnie rano od dzikiej strony to i tak cała wycieczka zajęła im cały dzień a do krawędzi dotarli kiedy było już mocno po zmroku. Na drugi dzień Leszek prezentował się dobrze, Magda jednak musiała odpuścić i trochę zwolnić a o dłuższym wspinaniu nie było mowy. Tym razem ja nie dałem się skusić.

Taka nasza uroda

Często zapraszamy znajomych z Cuenki aby nas odwiedzili. Większość z nich to tu poznani Amerykanie, którzy wyjechali ze Stanów w poszukiwaniu bardziej ekonomicznego stylu życia. Wielu z nich znalazło się w Ekwadorze bo miejsce to jest doskonałym punktem wypadowym w głąb Ameryki Południowej. Ekwador stał się interesujący dla Amerykanów odkąd zainteresowały się nim portale internetowe zajmujące się klasyfikowaniem państw pod względem warunków życia, szczególnie z punktu widzenia emerytów. Populacja obcokrajowów w Ekwadorze rośnie z roku na rok co oczywiście powoduje rownież wzrost cen nieruchomosci. Nas to jednak już nie dotyczy bo co mieliśmy wydać juz wydaliśmy, teraz chcemy zwolnienia i więcej czasu dla siebie. Odwiedzają nas zatem znajomi, większość z nich z ciekawości. Juz wspominałem, że nasz dom położony jest na przedgórzu Andów i dojazd do niego, aczkolwiek nie jest niemożliwy, to jednak daleko mu do autostrady. Droga jest wąska co powoduje, że mijanie jest tylko możliwe w paru miejscach. Nie ma jednak na całym odcinku jakichś niebezpiecznych serpentyn czy temu podobnych niespodzianek. Droga jest o charakterze bitej nawierzchni co powoduje, że ulewne deszcze często pogarszają jej stan. Pewnie dlatego mieszkanie w takiej okolicy jest nie dla każdego. I to właśnie powtarzam naszym gościom. Dokonaliśmy takiego a nie innego wyboru aby uciec od cywilizacji i pożyć trochę w zgodzie z naturą z dala od problemów codzienności wielkich miast. Lubimy tą ciszę, ten spokój i głos rzeki, która jest granicą naszej posesji. Zawsze jednak ciekawi nas opinia naszych gości na temat okolicy, w której zdecydowaliśmy się osiedlić. Zanim jednak odwiedzający nas wejdą w nasze progi muszą pokonać te pięć kilometrów delikatnie mówiąc byle jakiej drogi. To powoduje, że każdego pierwszy odruch jest wynikiem przeżyć na trasie dojazdowej. Najczęstszym określeniem naszego wyboru jest stwierdzenie, że jesteśmy szaleni, co oboje z żoną odbieramy jako komplement. Potem jednak następuje tyrada nieocenzurowanych określeń naszej drogi by zmienić się w swego rodzaju zachwyt po wejściu na posesje i do domu. Cisza, spokój, widoki powodują u większości zrozumienie czego właśnie to miejsce nas tak zauroczyło. Właśnie, u większości. Ostatniego weekendu odwiedzili nas znajomi ze Stanów, którzy spędzają parę tygodni w Ekwadorze i gdy się dowiedzieli, że już tu mieszkamy koniecznie chcieli się z nami spotkać. Ona Polka z urodzenia, on Ekwadorczyk. Mieszkają na stałe w Stanach ale jego ciągnie coraz bardziej do swojej ojczyzny. Umówiliśmy się zatem, że spotkam ich w hotelu i z tamtąd udamy się do nas na obiad. Nie będę tu wszystkiego opisywał ale te ostatnie pięć kilometrów na długo chyba pozostanie w mojej i ich pamięci. Moja krajanka kompletnie straciła kontrolę nad swoimi emocjami. Najgorsze jednak było to, że jej stan emocjonalny udzielał się i mnie, i jej mężowi, który dodatkowo był kierowcą. No cóż, nie wszystko da się przewidzieć. Moja krajanka okazała się być kimś dla kogo ani to miejsce, ani ten spokój nie prezentują tego co jest dla nas tak ważne. Gdy emocje trochę opadły, udało nam się jednak spędzić chociaż trochę czasu na spokojnej pogawędce. Jak to się mówi w naszym porzekadle: wszystko dobre co się dobrze kończy. Oni szcześliwie dotarli z powrotem do hotelu, a my w krainie ciszy kontemplujemy wartości, które są ważne dla nas. Bo taka nasza uroda, wszyscy różnimy się i chodzi o to aby tolerować i szanować innych styl i sposób życia. 

Jeszcze wczoraj

 

Czas prze do przodu jak bystra rzeka

Chciałbyś żeby się zatrzymał a on i tak ucieka
Dokąd tak gnasz, gdzie się tak spieszysz
Daj się choć trochę życiem pocieszyć
Jeszcze wczoraj mały byłem
I wszystkiego się wstydziłem
Przede wszystkim koleżanek z klasy
Bo to takie śmieszne były czasy
Jeszcze wczoraj byłem nastolatkiem
Zakochałem się przypadkiem
Ona o tym nie wiedziała
Kogoś innego sobie wybrała
Jeszcze wczoraj studiowałem
Tam też żonę swą poznałem
I pobraliśmy się latem
A do ślubu wiózł nas ojciec fiatem
Jeszcze wczoraj dzieci były małe
Takie słodkie i wspaniałe
W swych rodziców zapatrzone
Chęci życia tak spragnione 
Jeszcze wczoraj -dzieści latek miałem
Kiedy z kraju wyjechałem
Bo ciekawy świata byłem
Już do kraju nie wróciłem
Chociaż tyle lat to wszystko trwało
Jakby ledwie wczoraj miejsce miało
A tu -dziesiąt latek już stuknęło
To co wczoraj, już minęło
Nowe dzisiaj stawiam sobie cele
Do przeżycia jest wciąż wiele
Pomny jednak jestem tego
Aby dojść do celu swego
I po drodze się nie zgubić
To co wczoraj, trzeba lubić
Bo co dzisiaj nas spotkało
Właśnie wczoraj swój początek miało

PiS – owska konstytucja

Od paru już lat jestem zagorzałym czytelnikiem „Angory”. Odpowiada mi formuła tego pisma. Będąc zatem w Polsce, jeszcze przed wyjazdem, postanowiłem zostawić sobie parę wydań na czasy późniejsze. Lubię czytać coś na co można spojrzeć z perspektywy czasu bo daje to możliwość porównania prognozy z realiami. I tak oto artykuł z „Angory” wydanej 30 sierpnia ubiegłego roku wzbudził na tyle moje zainteresowanie, że postanowiłem go przedrukować na moim blogu. Autorem artykułu jest Marek Borowski były marszałek sejmu i kandydat na prezydenta. Jak juz wspomniałem pozycja ta ukazała się w „Angorze” z 30 sierpnia 2015 roku i jest przedrukiem artykułu tekstu Marka Borowskiego z „Gazety Wyborczej” z 18 sierpnia 2015 roku. Oto cały tekst.
Jest taka jedna partia, która co rusz chce zmienić wszystko, bo na ewolucyjne zmiany szkoda jej czasu. Ta partia to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość. Uchwalona w 1997 roku konstytucja z pewnością nie jest doskonała, dlatego co pewien czas podnoszą się głosy, że warto by to i owo w niej zmienić, uczytelnić, lepiej rozdzielić kompetencje. Niewiele z tego wynika, bo gdy jedna partia partia chce zasadnie poprawić jeden artykuł, pozostałe warunkują to zmianami w pięciu innych miejscach i kończy się to tak, jak powiedział były premier Rosji Czernomyrdin: ” Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zwykle”.
Poprawki poprawkami nikt jednak nie podważa konstytucji jako takiej. Nikt? Oj, chyba przesadziłem.  Jest taka jedna partia, która co rusz chce zmienić wszystko, bo na ewolucyjne zmiany szkoda jej czasu. Ta partia to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość.
Co pewien czas wielkim nakładem parady ekspertów i polityków wytwarza kompletny, całościowy projekt nowej konstytucji. Oczywiście uchwalenie ustawy zasadniczej nie jest takie proste – trzeba mieć 307 posłów i 51 senatorów. Do tej pory była to mrzonka, ale kto wie co będzie w październiku? Prezentowany obecnie program PiS-u ( 3×15, czyli po 15 mld zł miesięcznie na dzieci , na wyższą kwotę wolną od podatku oraz na obniżenie wieku emerytalnego i VAT-u ) to jedynie wabik, który ma przyciągnąć wyborców. Zagłosują, a dopiero potem dowiedzą się, o co naprawdę chodziło. Właśnie dlatego warto o tym pisać, bo projekty te nigdy – zapewne przez skromność – nie były przesadnie eksponowane, a to z nich wyziera prawdziwa myśl ustrojowa Prezesa.
2005 rok Nowy Człowiek PiS-man.
Pierwszy projekt nowej konstytucji powstał w 2005 roku i miał zwiastować nadejście IV RP. Przewidywał objęcie przez władzę wykonawczą żelaznym uchwytem telewizji i radia ( co zresztą w ciągu jednej nocy się dokonało ), prasy sądów, opozycji i systemu edukacji. Napisałem wtedy w „Wyborczej”, że tak jak w przeszłości komunistom, tak teraz Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się uformowanie nowego Polaka. Taki Nowy Człowiek, PiS-man, myślący o rożnych sprawach tak, jak chcieliby jego twórcy. Dopiero taka przemiana zagwarantowałaby PiS-owi długoletnią władzę, gdyż każdy osobnik głoszący inne poglądy byłby uważany za wybryk natury. Podobieństwo do Orwella było oczywiście całkiem przypadkowe.
IV RP szybko legła w gruzach pod własnym ciężarem, choć zanim się rozsypała, zdążyła sporo naszkodzić. Konstytucje z 2005 roku odłożono na półkę i pięć lat pózniej  ( styczeń 2010 roku ) opracowano nową, stanowiącą – jak rozumiem – aktualną propozycję ustrojową PiS-u ( www.pis.org.pl ). Pobrzękują w niej licznie te same tony, co w poprzednim projekcie, ale są i nowe.
2010 rok Ustrój Prezydencki.
Zacznijmy od nowości. Projekt 2010 radykalnie przekształca ustrój RP z gabinetowo-parlamentarnego w prezydencki. Wtedy prezydentem był Lech Kaczyński i autorzy tego projektu optymistycznie zakładali, że będzie on ponownie wybrany jesienią 2010 roku.
Dziś sytuacja jest klarowna: prezydentem jest Andrzej Duda i pisowski projekt konstytucji ( dalej: PPK ) jest wręcz skrojony dla niego, a co najważniejsze – sam Andrzej Duda napomknął o potrzebie uchwalenia nowej konstytucji.
Poinformujemy zatem opinie publiczną, co zawiera ten projekt. Zacznijmy od tego, co będzie mógł uczynić prezydent Andrzej Duda, jeśli w wyborach oddamy dostatecznie dużo głosów na PiS i ewentualnie na ruch Kukiza.
Po pierwsze w ciagu pierwszych sześciu miesięcy od objęcia urzędu będzie mógł rozwiązać Sejm ( art.94 PPK ). Dlaczego? Nie wiadomo, bo taka będzie jego prezydencka wola.
Po drugie, Sejm może sobie wybierać premiera i ministrów, a prezydent wcale nie musi ich powoływać. Wystarczy. Że dręczy go „uzasadnione podejrzenie, że nie będą oni przestrzegać prawa (sic!)” ( art. 122 PPK).
Po trzecie, jeśli prezydentowi nie spodoba się ustawa przyjęta przez Sejm (np. sześciolatki do szkoły), może sam z siebie zarządzić nad nią referendum i gdy naród ją odrzuci, prezydent może – zgadnijcie państwo co? – oczywiście rozwiązać Sejm (art. 103 PPK).
Po czwarte, odwróćmy sytuację: prezydent, jako dobry pan, postanowił obniżyć wiek emerytalny wszystkim do sześćdziesiątego roku życia. Poddaje ustawę pod referendum i po oczywistym poparciu przez naród kieruje ją do Sejmu. Ustawa jest szkodliwa, więc Sejm ją odrzuca. I już po Sejmie, bo prezydent sięga po art. 105 PPK i Sejm rozwiązuje.
Powie ktoś, że przesadzam – przecież wiążące minimum frekwencji w referendum to aż połowa wyborców. Uprawnienia z pkt 3 i 4 to zatem straszak niż realna groźba. Czyżby? Nie radzę lekceważyć autorów PPK i ich holistycznego podejścia do tematu. Art. 8 PPK obniża ten próg do 30 procent!
Mogę się także spotkać z zarzutem, że przecież jeśli PiS zdobędzie w wyborach większość ( tym bardziej jeśli będzie to większość konstytucyjna ), to Andrzej Duda nie będzie się przecież wadził z Prezesem i korzystał z tych uprawnień. Zgoda, ale nic nie trwa wiecznie. Rządy PiS-u nie muszą trwać cztery lata. Może dojść do rozpadu koalicji albo wcześniejszych wyborów – i wtedy nowe szaty prezydenta, utkane przez PPK, będą bardzo przydatne.
A poza tym spójrzmy na te pomysły bez kontekstu politycznego: po ich wprowadzeniu demokratycznie wybrany parlament i rząd zostają ubezwłasnowolnione, bo w każdej chwili mogą zniknąć.
Prezydent ma w PPK jeszcze inne przywileje. Przed Trybunałem Stanu staje tylko za umyślne naruszenie konstytucji, podczas gdy np. minister odpowiada za każde naruszenie. Ale i tu jest ciekawostka. Obecna konstytucja zoobowiązuje, aby większość członków TS miała kwalifikacje sędziowskie. W PPK tego warunku już nie ma – każdy krewny i znajomy Krolika będzie mógł zostać członkiem Trybunału.
Rząd wzięty, Sejm opanowany…
Przejdźmy teraz do drugiej kwestii – co PPK mówi o relacjach rzadu i opozycji? Niewiele, ale za to konkretnie. „Gęganie” opozycji będzie mocno ograniczone. Rada Ministrów, wnosząc projekt ustawy, może zabronić wnoszenia poprawek (art. 106). Na wniosek RM prezydent może rządzić dekretami (art. 62). Inicjatywę ustawodawczą będzie miało nie 15 ( jak dziś ) posłów, ale 36, przy czym liczba posłów ma ulec zmniejszeniu do 360, czyli do wniesienia projektu ustawy klub musiałby liczyć co najmniej 10 procent ogólnego stanu izby. W obecnych warunkach 10 procent to 46 posłów, czyli takie partie jak SLD, PSL czy wcześniej Ruch Palikota byłyby pozbawione podstawowego prawa, jakim jest wnoszenie pod debatę własnych propozycji.
A może jakaś szanse dla opozycji będzie stanowił Trybunał Konstytucyjny, który ustawy niebezpieczne dla pluralizmu, świeckości państwa czy demokracji – uchwalane przez PiS – będzie uchylał? Porzućcie wszelką nadzieję – autorzy PPK zamknęli tę furtkę. Z art. 135 wynika, że wyroki Trybunału będą miały moc obowiązującą nie wtedy, gdy po prostu większość sędziów zakwestionuje zgodność z konstytucją, ale Ateny, gdy większość ta wyniesie cztery piąte składu(!).
Tak więc nawet jeśli 11 sędziów stwierdzi brak zgodności z konstytucją, a tylko czterech będzie przeciwnego zdania – ustawa zostanie uznana za konstytucyjną! Juz tylko dla porządku dodajmy, że w myśl art. 128 PPK prezesa i wiceprezesów TK prezydent powołuje, nie prosząc sędziów o przedstawienie kandydatur, jak tego wymaga obecna konstytucja.
Tak więc rząd wzięty, Sejm opanowany, prezydent na posterunku, gotowy do akcji – ale przecież są jeszcze chyba sądy w Warszawie?!
….A sądy pod specjalną kontrolą
Niestety po wejściu w życie PPK – już nie. Jeśli postulowane przez ekspertów PiS badanie „butnych i aroganckich sędziów” wariografem oraz badanie ich moczu na obecność substancji szkodliwych nie pomoże – wkroczy prezydent i na mocy art. 145 PPK złoży sędziego z urzędu za ” niezdolność lub brak woli” rzetelnego wypełniania obowiązków. Te przykre defekty u sędziego wykryje i stwierdzi wiekszością trzech piątych głosów Rada do spraw Sądownictwa.
I tu niespodzianka ( czy aby na pewno niespodzianka?): o ile obecna KRS składa się w trzech czwartych z osób niezależnych od rządu i prezydenta ( a więc nieskorych do realizowania poleceń władzy wykonawczej ), to we wspomnianej Radzie do spraw Sądownictwa wprost przeciwnie: 80 procent członków powołuje prezydent, rząd lub większość parlamentarna, a na dodatek, dla wszelkiej pewności, przewodniczącym Rady jest sam prezydent!
Tak więc, panie i panowie sędziowie, musicie zrozumieć, że nie będziecie już ” świętymi krowami”, a dobra i rozumna władza będzie po ojcowsku korygować wasze postępowanie.
Koniec państwa świeckiego.
Na koniec zostawiłem to co oczywiste: PPK rezygnuje z wszelkich zasad państwa świeckiego. Poczynając od nowej preambuły (” W imię Boga Wszechmogącego”), przez całkowity zakaz aborcji, liczne rezygnacje z dotychczasowych przepisów gwarantujących wolność sumienia, aż do nowej roty przysięgi składanej przez osoby publiczne obejmujące rożne urzędy.
Dziś Rota jest świecka, a składający przysięgę może dodać: „Tak mi dopomóż Bóg”. W PPK Rota kończy się słowami: ” Tak mi dopomóż Bóg”, a składający przysięgę może z nich zrezygnować. Bardzo oryginalnie będzie zatem wyglądać ślubowanie poselskie, gdy marszałek odczytuje rotę, a posłowie kolejno wstają i mówią: „Ślubuję”. Dziś wielu dodaje: „Tak mi dopomóż Bóg”, ale po nowemu ci, którzy nie zechcą akcentu religijnego, będą zmuszeni mowić: ” Ślubuję, ale bez ostatniego zdania”!
Groźną cechą PPK jest możliwość zmiany przez odpowiednią większość każdego artykułu konstytucji, czyli dokonania tzw. demokratycznego zamachu na podstawowe prawa obywatelskie. Obecna konstytucja zawiera przepis. Że jeśli parlamentarna większość zechce np. wprowadzić do konstytucji możliwość stosowania cenzury lub zakaz strajków, to na żądanie opozycji musi być w sprawie zorganizowane referendum. W PPK takiego przepisu nie ma, a tak na marginesie – nie ma rownież zagwarantowanego prawa do strajku(!).
Czas na podsumowanie
O PPK można by pisać jeszcze długo, ale chyba już wszystko jasne. Ustrój, jaki się z tego projektu wyłania, to wprawdzie jeszcze nie dyktatura, ale na pewno już nie demokracja. To demokratura. Nie wiemy, czy tego właśnie chce prezydent Duda. Miejmy nadzieję, że wkrótce skonkretyzujemy swoje zamiary. Wiemy jednak, czego chce PiS. Dlatego stawka październikowych wyborów jest znacznie większa, niż się wielu rodakom wydaje. Trzeba będzie wybierać miedzy naszą nieidealną, wymagającą poprawy demokracją a autorytarną, znaną z niektórych sąsiednich krajów, demokraturą. Nie zróbmy błędu.
Koniec artykułu. Czy ktoś uwierzył w sierpniu, że to jest możliwe? Nie sądzę.
Źródło: Angora nr.35 (1315),  30 Sierpnia 2015

Od ale jaja do żartu czyli grudniowe wydarzenia z przymrużeniem oka

Grudzień oczywiście stał pod znakiem walki opozycji z partią rządząca. Walka ta na niewiele się zadała jako, że w obu izbach rządzący maja przygniatająca przewagę i nie muszą koniecznie liczyć się z tym co ma opozycja do powiedzenia. Większość bohaterów grudnia to oczywiście członkowie rządzącej partii ale nie może być inaczej skoro pełno ich wszędzie.

Szczyt ale jaja – uczestniczka miesięcznicy smoleńskiej niestety nieznana. Starsza pani z koleżankami zaatakowały dziennikarza TVP zmuszając go do ucieczki. Bohaterki tego zajścia są pilnie poszukiwane przez organizatorów KSW Gala. Planują oni na najbliższym przedstawieniu z Pudzianowskim, przed jego walką dodać starcie seniorów, które polegałoby na okładaniu się torebkami. Panie proszone o pilny kontakt z organizatorami najbliższej gali KSW.

Szczyt błogosławieństwa – łono i piersi matki prezydenta. Pewna pani w pewnym mieście gdzieś w kraju naszym domaga się błogosławienia powyższych części ciała matki naszego pierwszego obywatela. Proponuje tej pani zgłoszenie się do jej parafii w celu zorganizowania wycieczki do Rzymu z napisem santo subito.
Szczyt codzienności – obrady sejmu. Jeszcze przed ich rozpoczęciem wiadomo jaki będzie ich przebieg. Najpierw koalicja rządząca wychodzi z inicjatywa ustawodawczą potem opozycja argumentuje obrzucając ową inicjatywę brzydkimi słowami. Marszałek drzemie w tym czasie a jeśli jest zbyt głośno to zbudzony ze snu i mocno wkurwiony nakłada na pierwszego lepszego z opozycji mandat. On nie musi słuchać tego cyrku bo wynik głosowania zna jeszcze zanim do niego dojdzie.
Szczyt donosicielstwa – Antoni Macierewicz. Miesiąc bez pana Antoniego to stracony miesiąc. Pan Antoni nie może się wyzwolić z czasów słusznie minionych kiedy donoszenie było modne. Szef MON tym razem najpierw spacyfikował w nocy jakaś jednostkę NATO, przegonił polskiego dowódcę a potem doniósł na niego do prokuratury, tak na wszelki wypadek żeby mieć czyste ręce.
Szczyt efektywności – posłowie koalicji. Tempo z jakim pracuje koalicja rządząca przy wprowadzaniu nowych ustaw jest oszałamiające i można je tylko porównać do sławnych czynów społecznych podczas, których osiągało się po dwieście procent normy jeśli nie więcej. Jak to się mówi co nagle to po diable i tak wtedy jak i teraz ten pośpiech kreował i kreuje buble tyle tylko, że te prawne ciężej naprawić. A swoją drogą ciekawe ilu z tych posłów wiem za czym głosuje.
Szczyt fałszu – Kornel Morawiecki. Pan marszałek senior raczył był stwierdzić, że czasami trzeba złamać prawo dla dobra ogółu. Zasłużony opozycjonista w walce z PRL-em zapomniał, że tą właśnie maksymą kierowała się władza socjalistyczna i wtedy to było „be”. Co innego dzisiaj kiedy syn jest wicepremierem to natychmiast zmienia się punkt widzenia. Tak trzymać panie Kornelu, święte słowa zaiste, prezes został usprawiedliwiony.
Szczyt gniewu – Tadeusz Rydzyk. Ojciec dyrektor rozgniewał się na kancelarie pana prezydenta i nikt nie wiedział dokładnie za co.  Podobno chodziło o brak miejsca w samolocie lecącym do Paryża na szczyt klimatyczny na czym telewizja Trwam zna się jak mało kto. Chodzą rownież słuchy, że ojcu dyrektorowi poszło o list jaki wysłał do niego pan prezydent. W tytule owego dokumentu użyto słów typu magnificencji, ojcze założycielu, eminencjo a pominięto ojcze święty a to juz traci brakiem szacunku.
Szczyt humoru – Lech Wałęsa. Pan Lech z sobie tylko specyficzna swadą dał do zrozumienia rządzącym, ż póki co jest cierpliwy i się przypatruje temu co oni wyprawiają. Jeśli jednak przekroczą granicę, dokładnie nie wiadomo jaką, to on jest gotów ponownie stanąć na czele, też dokładnie nie wiadomo czego. Mam nadzieje, że nasz były prezydent nie zamierza znowu przeskakiwać przez płot bo tym razem to się może złe skończyć, po prostu nie ta waga.
Szczyt ignorancji – Beata Kempa. Pani szefowa kancelarii premiera zdecydowała się wstrzymać publikacje wyroku Trybunału Konstytucyjnego żeby jak stwierdziła upewnić się, że wyrok ten nie narusza żadnego prawa. Wynika mi z tego, że pani Beata zna się lepiej na prawie niż jakiś tam sędzia konstytucyjny. I oto właśnie chodziło prezesowi. Nie będzie już zachodzić potrzeba zwracania się z czymkolwiek do trybunału wystarczy już tylko do pani Kempy a trybunał się rozwiąże i basta.
Szczyt jądra zdarzeń – Stanisław Karczewski. Strach przed prezesem pomieszał wszystkim członkom jego partii kompletnie w głowach. Marszałek senatu na wiadomość o zaatakowaniu dziennikarza przez dziarską uczestniczkę miesięcznicy smoleńskiej zamiast ja skrytykować to skrytykował reportera TVP i zarzucił mu brak odpowiedzialności mieszając się w jądro zdarzeń. Panie Stanisławie to była tylko mało istotna miesięcznica co ma pan do powiedzenia reporterom wojennym jeżeli wg pana ta wasza miesięcznica kreująca tyle nienawiści to jakieś „jądro zdarzeń”.
 Szczyt kim pani jest – Beata Szydło. Gdyby nie orędzie wygłoszone przez panią Beatę to pewnie nikt by nie wiedział kim owa pani jest. Kompletnie niewidoczna, odsunięta od władzy przez prezesa stara się udawać, że ma coś do powiedzenia. Dobrze, że opozycja robi ferment i można się na nich wyżyć bo jeśli chodzi o reformy, ustawy i inne zmiany w prawie to szefowa kancelarii też zresztą Beata wie więcej niż pani premier.
Szczyt lenistwa – Trybunał Konstytucyjny. Dostało się tym tłustym kotom z trybunału od ministra odpowiedzialnego za sprawiedliwość. Nic te gamonie w tym trybunale nie robią w porównaniu z takim na ten przykład niemieckim trybunałem z którego niemieccy sędziowie nie wychodzą do domu bo nie maja na to czasu. Prawie dziewiętnaście spraw dziennie czyli mniej więcej godzina i piętnaście minut na sprawę. Rekord świata. A nasze darmozjady nic tylko włóczą się po jakiś Chinach. Z drugiej strony Trybunał wydał decyzje na temat zaprzysiężenia sędziów a rząd i tak miał to w dupie zatem nie ma się z czym spieszyć.
Szczyt łgarstwa – Zbigniew Ziobro. Pan minister sprawiedliwości odezwał się i jak to w jego przypadku zwykle bywa zrobił z siebie idiotę. Chciał wmówić niemieckiemu trybunałowi jakaś nadprzyrodzoną wydajność a tymczasem jego orzecznictwo z wydajnością niewiele wspólnego miało. Ale wieść w kraj poszła, że niby w naszym trybunale to same lenie zasiadają. Póki co mamy jeszcze niezależne media i sprawa łgarstwa pana ministra wyszła na jaw. Ale i to wkrótce się skończy i kłamstwo stanie się prawdą.
Szczyt miłości – Stanisław Pięta. Pan poseł Pięta to prawdziwa stokrotka miesiąca. Z miłości do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pan poseł zaproponował wszystkim pracownikom administracji państwowej chcących pomóc tejże orkiestrze urlop z pracy. I może byłby to wyraz miłości gdyby nie fakt, ze ów proponowany urlop miał być dożywotni. Pan Pięta nie ma zbyt wiele do zaoferowania oprócz tradycyjnej miłości, której uczy wszystkich swoich poddanych prezes. Pięta to część nogi i zdaje się, że tam się przeniósł rozum pana posła.
Szczyt niedopuszczalności – Izabela Kloc. Oburzyła się pani posłanka na media, że obrzucają obelgami rząd co w demokratycznym państwie nie powinno być dopuszczalne. Pani Kloc nie chce pojąć, że media nie obrzucają obelgami rzadu tylko krytykują to co krytykuje coraz większa część Polaków a więc arogancję, nepotyzm brak szacunku dla myślących inaczej. Pani Izabelo proszę przestać się obawiać prezesa i spojrzeć w lustro i przy okazji wsłuchać się w głos tych co niekoniecznie podzielają pani poglądy.
Szczyt opamiętania – Paweł Kukiz. Przejrzał na oczy wreszcie lider swojego ugrupowania. Oliwił pan Paweł cztery litery prezesa aż dostrzegł, że prezes ma tę jego oliwę właśnie w czterech literach. Podkurwiło to z lekka pana Pawła i porównał ugrupowanie prezesowi do partii komunistycznej zarzucając mu wszystkie wady tych formacji. Panie Paweł cieszy mnie to bardzo żeś pan to dostrzegł co widzi nawet przeciętny obserwator sceny politycznej bo to juz najwyższy czas. Jak to mówią; lepiej późno niż wcale.
Szczyt prędkości – Edmund Janniger. Gwiazda doradcy ministra Macierewicza zgasła szybciej niż na dobre rozbłysła. Podobno pan Edmund nie wytrzymał fali negatywnej krytyki jaka się na niego zwaliła i wziął ja sobie do serca. Trzeba było panie doradco pogadać ze swoim mentorem, tyle krytyki i główna ile wylewają na jego łeb, można by się załamać ale pan Antoni ma to po prostu w dupie, nic sobie z tego nie robi a wręcz odwrotnie im bardziej go krytykują tym mądrzejsze rzeczy przychodzą mu do głowy. Jemu naprawdę przydał by się jakikolwiek doradca.
Szczyt rugowania – Krystyna Pawłowicz. Błyszczy gwiazda ugrupowania prezesa czystym i nieskazitelnym światłem. Jeszcze dobrze nie ucichły echa ustawy medialnej a pani Krystyna juz miała wytypowanych dziennikarzy to zwolnienia bo jak zdarzyła zauważyć pani Kloc w demokratycznym społeczeństwie nie jest dopuszczalne krytykowanie demokratycznie wybranego rządu. Pani Krystyna nigdy nie przepadała za pluralizmem ale jak to mówią ryba cuchnie od głowy czyli guru partyjnego.
Szczyt sortowania – Jarosław Kaczyński. Prezes wreszcie wziął się do jakieś pracy i postanowił otworzyć sortownie śmieci czytaj ludzi. Naród wkrótce będzie musiał przejść przez ową sortownie w celu zdiagnozowania genu zdrady. Ci którzy na swoje szczęście czy nieszczęście będą ów gen posiadać zostaną zakwalifikowania do niższej warstwy ludzi całkiem jak w apartheidzie. Najlepiej na tej idei prezesa wyszli ci, którym wpadł do głowy nadruk na koszulka T – shirt. Okazało się, że zapotrzebowanie na koszulki z napisem „jestem gorszym sportem” przekroczyło możliwości produkcyjne. Dużo pracy czeka pana Jarosława , oj dużo.
Szczyt ślepoty – Andrzej Duda. Nie do końca byłem przekonany gdzie umieścić pana prezydenta ale ponieważ w moim poczcie prezydentów dorobił się on przydomku Nietoperz więc ślepota wydała mi się najlepszą kategorią. Pan Duda nic kompletnie nie widzi za dnia. Wszystko co mu każą podpisuje późną nocą. Jego wzrok jest już tak kiepski, że nawet zaprzysiągł sędziów trybunału niemal nad ranem. Jak tak dalej pójdzie to będziemy musieli zmienić naszym biologiczny do rytmu pierwszego obywatela naszego kraju i spać w dzień a pracować w nocy, ale co się nie robi dla dobra kraju.
Szczyt tępoty – Waldemar Bonkowski. Pan senator z Pomorza tak się przejął znieważonymi wypowiedzią pani Tokarczuk mieszkańcami Nowej Rudy, że sam zaapelował do władz miasta o odebranie jej honorowego obywatelstwa tegoż grodu. Mnie rownież nie podobały się sformułowania pani Olgi. Żyjemy jednak w społeczeństwie wielokulturowym i najwyższy czas pogodzić się z faktem, że musimy się wzajemnie tolerować. Judzenie do karania kogoś tylko dlatego, że postrzega świat inaczej graniczy z tępotą. Swoją drogą co to dokładnie oznacza polityka historyczna? Panie Bonkowski może właśnie nadszedł czas żeby skończyć z tym upolitycznianiem wszystkiego.
Szczyt uznania – Wojciech Łuszczykiewicz. Członek grupy Video złajał panią posłankę Pawłowicz za jej poglądy na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i bardzo słusznie. Wpis pana Wojciecha na fejsie zrobił na wielu spore wrażenie i chciałoby się rzec, że trafił w samo sedno. Pani Krystyna tyle mówi na temat wiary i Boga, że mozna by sadzić, że mamy do czynienia z chodzącym dobrem. Nic bardziej mylnego. Ma rację pan Wojciech pani Krystyna o Bogu wie niewiele jeżeli w ogóle cokolwiek.
Szczyt wieczorową porą – senat. Senatorowie tak się przejęli pracą i tempem jaki narzucił sejm, że kompletnie zapomnieli o swoich domach. Jak tylko sejm coś uchwali i nieważne o której godzinie chwile potem już senat jest gotowy na wzięcie nowego prawa pod swoje obrady. Niestety schemat jego posiedzeń przypomina to co dzieje się w sejmie. Opozycja krytykuje, koalicja niby słucha, bo nie wypada  nie słuchać potem ma miejsce „demokratyczne” głosowanie i ustawa została przyjęta bez poprawek ku chwale prezesa.
Szczyt zawodu – wydział prawa UJ. Zarumienili się profesorowie najstarszej polskiej uczelni Uniwersytetu Jagiellońskiego i wezwali prezydenta aby zaprzestał łamać prawo. Prezydent bardzo się tym przejął i postanowił każdego dnia coś złamać. Jego już mało w tej chwili interesuje zdanie profesorów z jego uniwerku. Jego już mało interesuje czyjekolwiek zdanie z wyjątkiem jednej osoby i to wcale nie jest jego żona. Morda w kubeł panowie profesorowie, wkrótce was wysortują
Szczyt żartu – losowanie grup me w piłce nożnej. Polska reprezentacja w piłce nożnej awansowała do finałów mistrzostw Europy we Francji. W grupie musieliśmy stoczyć ciężkie mecze z Niemcami raz wygrywając, raz przegrywając. I kogo wylosowaliśmy w rozgrywkach grupowych na finałach we Francji? Znowu Niemców. Miejmy nadzieje, że nie powtórzy się  sytuacja z mistrzostw świata w piłce ręcznej, do których zakwalifikowaliśmy się eliminując Niemców. Ci jednak dostali dziką kartę i właśnie nich trafiliśmy w grach grupowych i tam niestety już szczęście nam nie dopisało. Ale jak to mówił nasz trener wszechczasów Kazimierz Górski piłka jest okrągła a bramki są dwie. Trzymam kciuki za naszych w czerwcu i oby dokopali Niemcom.
Szczyt szczytów – posłowie i senatorowie partii rządzącej. Ja rozumiem dyscyplinę partyjną i wiem kto wygrał wybory. Niestety nie bardzo rozumiem pośpiech z jakim zostają podejmowane wszystkie decyzje. Nawet w Stanach podczas ważnych głosowań często dochodzi do wyłamania pojedynczych polityków z linii całej partii. Czyżby w partii rządzącej naprawdę była taka jednomyślność czy to tylko zwykła bojaźń przed prezesem? Mam poważne obawy, że w tym całym cyrku jaki stworzyli nam rządzący niewielu z nich wie o co tak naprawdę chodzi. Wie tylko on jeden nieomylny.