Powyborcze refleksje

Długo oczekiwane wybory parlamentarne w Polsce mamy wreszcie za sobą. Demokracja wygrała. Nastąpiła zmiana bo nastąpić musiała. Czy wygra na tym Polska? Czas pokaże. Platformersi zostali przywołani do porządku i zresztą słusznie. Nie jestem zbytnim zwolennikiem Ewy Kopacz bo zbyt wiele dobrego nie udało jej się osiągnąć. Smród jaki wywołała wokół siebie jako marszałkini Sejmu po przyznaniu sobie i wicemarszałkom  premii uznaniowych jeszcze długo będzie odbijał jej się czkawką. Sądzę jednak, że baty jakie oberwała Platforma to przede wszystkim zasługa długoletniego jej przewodniczącego i byłego premiera Donalda Tuska. Z ośmiu lat jakich Platforma sprawowała władze, siedem z nich to właśnie pan Tusk był premierem. To za jego czasów partia ta kompletnie zapomniała o swoich wyborcach. Nikt inny tylko właśnie pan Tusk doprowadził do wewnętrznego podziału w łonie partii preferując uległych jemu polityków. Pan przewodniczący niczym prezes opozycyjnej partii traktował Platformę jak swoje podwórko niszcząc i pozbywając się wszystkich, którzy śmieli mieć inny niż jego pogląd. Donald Tusk miał szanse stać się mężem stanu. Został doceniony na arenie międzynarodowej co przełożyło się na jego wybór na przewodniczącego parlamentu europejskiego. W polityce krajowej okazał się jednak słabym żeby nie powiedzieć miernym liderem. Ilość afer a udziałem jego wybrańców świadczących o ich prymitywizmie nie może wystawiać panu Tuskowi najlepszej opinii. Pan przewodniczący zachłysnął się władzą i zapomniał, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Kraj składa się nie tylko z ludzi uprzywilejowanych ale rownież z ludzi, którzy umożliwili nowobogackim pomnażanie swojego majątku sami ledwo wiążąc koniec z końcem. Wielokrotnie mówiłem i pisałem, ze nie sposób nie widzieć pozytywnych zmian w kraju. W ślad za tymi zamianami niestety poszło jednak coraz większe rozwarstwienie ekonomiczne. Znienawidzone śmiciówki stały się jedną z popularniejszych form wypłat pracowniczych. Nie jestem zwolennikiem wszystkich przywilejów związkowych bo to podnosi koszt pracy. Pracodawcy swoją zachłannością wbijają sobie jednak sami nóż w plecy. Bez uczciwego traktowania siły roboczej  i płaceniu za nią godziwego wynagrodzenia, umożliwiającego spokojne życie klasa robotnicza nie będzie głosować na aktualnie sprawujących władze. Ta grupa społeczna to potężna siła wyborcza i aby przeciągnąć ja na swoją stronę trzeba jej stworzyć warunki rozwoju. Platforma kompletnie o tym zapomniała co oczywiście wykorzystał prezes. Donald Tusk zakładał, ze niechęć do prezesa będzie trwała wiecznie i srodze się przeliczył. Ewa Kopacz zostając premierem, sama nie do końca lubiana, została dodatkowo obciążona mieszanką wybuchową w formie afer podsłuchowych. To pan Tusk przed odejściem powinien rozliczyć swoje rozgadane grono i oczyścić teren dla pani Kopacz. Nie zrobił tego bo zwyciężyło prymitywne kolesiostwo. Nie bronię pani Kopacz ale została postawiona w sytuacji niemal bez wyjścia. Pierwsze pół roku jeśli nie więcej to sprzątanie min pozostawionych przez kolegę z partii. Już ubiegłoroczne wybory terytorialne powinny być sygnałem ostrzegawczym ale jakoś nikt do nich nie przywiązywał szczególnej wagi. Znowu uwierzono, że ludzie nie będą w stanie zaufać prezesowi. On sam zreszta wreszcie to zrozumiał i schował się za plecami najpierw Andrzeja Dudy a potem Beaty Szydło. Zadufani w sobie bonzowie Platformy olali wybory prezydenckie bo sondaże pokazywały Bronisława Komorowskiego jako zwycięzcę w cuglach. Następny kubeł zimnej wody uprzytomnił im, że straszenie prezesem już nie działa. Trzeba było teraz mieć mocne argumenty aby zmienić wizerunek Platformy.  Tylko skąd je brać? Wszechogarniająca bylejakość, brak wizji, sprane nazwiska to musiało się przełożyć na niechęć wyborców. Musiała nastąpić zmiana bo uprawianie polityki polegające na liczeniu na niechęć do przywódcy opozycji bez poparcia własnymi osiągnięciami to droga do nikąd. Żenujący brak kontaktu ze zwykłymi ludźmi i zrozumienia ich problemów stał się pożywką dla partii prezesa. On i jego formacja nie mają zbyt wiele do zaoferowania poza pustymi obietnicami ale to wystarczyło dla sfrustrowanego społeczeństwa. Nie pozostaje nic innego jak tylko wierzyć, że tym razem prezesowi nie uderzy woda sodowa do głowy.

Inną niepokojącą sprawą była frekwencja, która była na wysokości 51% uprawnionych. Świadczy to tylko o tym, ze prawie połowa wyborców nie widzi dla siebie wartościowego reprezentanta. Jeśli to przełożyć na poparcie partii to okaże się, że formacja prezesa nie reprezentuje nawet 20% uprawnionych do głosowania i w ich imieniu bedą podejmować decyzje dotyczące całego kraju.