Wizyta w kraju i refleksje po powrocie

Zbliża się powoli miesiąc odkąd wyjechaliśmy z Polski. Postanowiłem chwile odczekać zanim podzielę się moimi refleksjami z pobytu w kraju. Miesiąc to spory odcinek czasu, sądzę zatem, że wszystko się już we mnie ugruntowało a i emocje trochę opadły i dystans do wszystkiego bardziej się zobiektywizował. Polska się zmienia, zaprzeczyć temu byłoby bardzo trudno. Nie chcę jednak pisać na temat zmian a bardziej na temat tego co mnie najbardziej denerwuje. Myślałem początkowo o ustaleniu pewnej kolejności chronologicznej rzeczy wkurzających mnie, porzuciłem jednak ten pomysł. Kolejność zatem jest kompletnie przypadkowo.

Zacznę zatem od kompletnego braku obiektywizmu w stosunku do PRL. Zanim jednak rozwinę ten wątek muszę powiedzieć, że to wlasnie poprzedni system spowodował moja rozłąkę z krajem. Nie zależnie od tego stać mnie na dostrzeżenie w nim pewnych plusów, bo przecież nie wszystko było aż tak ohydne jak to przedstawiają nawiedzeni walczący o wolność. Ta nagonka i upodlanie ludzi, którzy budowali w tym okresie Polskę jest bardziej niż prymitywna. Nie jestem w stanie zrozumieć skąd się bierze ta bezgraniczna nienawiść IPN i temu podobnych instytucji do tego okresu naszej historii. Nie był to napewno okres najlepszy ale na zawsze pozostanie częścią naszej historii i wypadałoby o tym pamietać i odnieść się do niego i do ludzi w nim żyjących chociaż z minimalną dozą szacunku. Tymczasem to tylko opozycja i wyklęci zdają się zdobywać powszechne uznanie. Polityka to jedna wielka ohyda. Dzisiejsi politycy w obronie swojej władzy i wpływów niewiele różnią się w swoim zaślepieniu o słuszności ich racji od tych z poprzedniego systemu. Nelson Mandela po zdobyciu władzy w RPA nie robił żadnych lustracji, nie przeglądał akt, nie szukał haków. Ten mądry człowiek uznał, że dobro państwa wymaga współpracy wszystkich. Rozliczył przestępców ale nie zniszczył struktur państwa. Może by tak wyciągnąć z tego jakieś wnioski.

Żyjąc z góra dwadzieścia pięć lat w USA sporo się napatrzyłem i sporo zrozumiałem jeśli chodzi o ich styl życia. Amerykanizowanie Polski i wzorowanie się na rozwiązaniach zza wielkiego stawu uważam, za przedsięwzięcie wyjątkowo chybione. Powiem więcej, jeśli chodzi o historie to Amerykanie nie mają żadnej w porównaniu z naszym krajem. Co ma historia do tego? Ano historia kształtuje przyzwyczajenia kulturowe, nawyki, poczucie humoru, styl bycia można by mnożyć. Bezkrytyczne adaptowanie rozwiązań zza oceanu to brak wizji i szacunku dla naszej własnej kultury. To lizusostwo i wazeliniarstwo w stosunku do kraju, którego nawet nie stać na zniesienie wiz dla narodu, który przyczynił się do zdobycia ich niepodległości to prymitywizm nie mieszczący się w moich kategoriach rozumowania.

Mój pobyt w Polsce spowodowany był koniecznością opieki nad członkiem rodziny. Dzięki temu miałem możliwość przyjrzeć się naszej służbie zdrowia. Nie pozostaje mi nic innego jak prosić stwórcę mojego aby nie pozwolił mi na koniec życia korzystać z dobrodziejstw tych którzy czelność mają nazywać się lekarzami w naszym kraju. Korzystałem juz z opieki lekarskiej i w Ekwadorze, i w Stanach. Bezczelność z jaką nasi medycy domagają się gratyfikacji jest chyba nigdzie indziej nie spotykana. Są to oczywiście moje spostrzeżenia wynikające ze sposobu w jaki traktowano matkę mojej żony. Ludzie starsi traktowani są bez chociażby minimum empatii ze strony personelu. Stosując alternatywne metody leczenia osiągnęliśmy daleko lepsze efekty od szpitala, który twierdził, że miejsce teściowej jest juz w innym wymiarze. Jest to smutna generalizacja, która napewno nie dotyczy wszystkich lekarzy. Dodam jeszcze tylko na koniec, że wielu z tych lekarzy, którzy stanęli na drodze mojej teściowej to bardziej księgowi niż niosący pomoc wyznawcy Hipokratesa.
To co zrobiono z polskim szkolnictwem na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat jest tylko potwierdzeniem ślepej nienawiści do minionego systemu. Ośmioklasowa szkoła podstawowa, liceum, technikum, szkoły zawodowe i wyższe uczelnie to zdało egzamin i funkcjonowało bardzo dobrze. Tylko, że….korzenie miało nie takie jak potrzeba. Zrujnowano kompletnie i dokładnie do gruntu cały system i program i stworzono coś w czym nikt albo prawie nikt nie może się odnaleźć. I zgodnie z zapowiedzią prezesa będziemy wracali do poprzednich rozwiązań . Trzeba było dwadzieścia pięć lat, żeby to zrozumieć. Tylko czy na to pozwolą bracia zza wielkiej wody, których tak chętnie słuchamy.
Tolerancja, o której tak chętnie się mówi w naszym kraju to puste słowo bez żadnego pokrycia. Dzięki staraniom polityków udało im się podzielić nas na tyle kategorii, że prawie już nikt nie wie kim jest. Patrioci i zdrajcy, katolicy i niewierzący, mordercy i pro life, złodzieje i ludzie pracy, rząd i opozycja, prezydent i premier, związkowcy i pracodawcy, platformersi i pisowcy i sam wszechmogący Bóg by się tego wszystkiego nie doliczył. Wszyscy chcą dobrze dla Polski tyle, że po swojemu i tylko po swojemu. Każda z tych opcji toleruje tylko swoje poglądy inne uważając za nic nie warte. Bez porozumienia i kompromisów niczego im się nie uda zbudować ale będą próbować choćby do ostatniej kropli krwi bo durna wiara w swoje racje odebrała wszystkim zdolność trzeźwego myślenia. Nie będę tu już wspominał destrukcyjnej roli kościoła w tym zakresie, który miast nieść ukojenie duszy upolitycznia się coraz bardziej. Chciałbym wierzyć, że uda się to zmienić. Póki co nie widać nawet światełka w tunelu.
Są to moje prywatne spostrzeżenia, kogoś ktoś nie żyje tu na codzień ale spędził wystarczajaco dużo czasu aby wyrobić sobie jakiś pogląd. Domyślam siė, że będą rożne opinie na tematy przeze mnie tu poruszone. Z chęcią ich zatem wysłucham.

Kredyty, pożyczki, odpowiedzialność i etyka

 Ostatnio padło wiele słów na temat pożyczkobiorców, czy też kredytobiorców. Szczególnie drażliwym tematem są ci, którzy użyli nieszczęsnych franków pochodzących z państwa zwanego Szwajcarią dla sfinansowania swoich życiowych potrzeb mieszkaniowych. A że sprawa dotyczy sporej grupy ludzi toteż chcący czy niechcący stali się oni mięsem wyborczym, bo przecież każdy głos jest na wagę złota. Czy się da coś z tym zrobić, tego nikt tak naprawdę nie wie, ale obiecać można, wszak z tego się nie strzela. Każdy ma jakąś własną opinie na ten temat. Ci co wzięli pożyczkę w owych frankach czują się oszukani i domagają się ochrony ze strony państwa. Ci, których to nie dotyczy nie widzą powodów do tego aby finansować pomoc dla „frankowiczów”, bo każdy wiedział co robi podpisując stosowny dokument. 
  W operacjach walutowych zawsze zawarte jest  pewne ryzyko, z którym trzeba się liczyć. Raz na wozie raz pod wozem – powiadali ci co się na tym znali. Przeliczyli się zatem ci, co z frankami ze Szwajcarii się związali, niech więc teraz ponoszą konsekwencje. Racja jest jak zwykle po środku. Tylko gdzie jest ten środek? Aby to wyjaśnić postanowiłem użyć przykładu przeciętnego Kowalskiego. Załóżmy zatem, ze pan Kowalski razem ze swoją lepszą połową chcą kupić dom. Oboje Kowalscy pracują i mają całkiem niezły dochód. Upatrzyli sobie nawet domek swoich marzeń, ale nie mają na tyle gotówki, aby go kupić bez pożyczki. Ale od czego są banki. Dobrodzieje na pewno pomogą nam w spełnieniu naszych marzeń pożyczając drobną kwotę niezbędną do tego aby spełnić nasze marzenia. Państwo Kowalscy udają się zatem do pobliskiego banku w celu przedyskutowania swoich możliwości z panem bankierem, często też hucznie zwanym doradcą finansowym. Ów dżentelmen z uwagą wysłuchuje naszych Kowalskich po czym przedstawia możliwości jakie ma bank w zakresie interesującym klientów. Sympatyczny pan budzi w nas zaufanie i decydujemy się skorzystać z jego usług. Jest super. Pan doradca poprosił nas teraz o stertę dokumentów, zaświadczeń, podkładek i innych tego typu papierzysk, aby dokładnie zdiagnozować naszą sytuację finansową i nasze możliwości płatnicze. Na „krzywy ryj” to tylko Dyzmie udało się załapać na żarcie. Składamy zatem te papierzyska, a pan dobrodziej żąda coraz to nowych zaświadczeń i podkładek. Wreszcie ma wszystko. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, bo pan nas wreszcie zakwalifikował i w imieniu swojej instytucji chętnie pożyczy nam te parę groszy. Jest super. Nasz ukochany dobroczyńca nie zamierza jednak poprzestać na suchym stwierdzeniu, ze oto przyznana została nam pożyczka. Teraz tak naprawdę zaczyna się jego praca, gdyż Pan przecież pracuje na prowizje, a produkt produktowi nie jest równy. Przedstawia nam te swoje oferty i propozycje. Tu zaoszczędzimy tyle, tam znów dołożymy trochę więcej, ale za to będziemy ubezpieczeni. Te na krótszy okres są niżej oprocentowane, a na dłuższy wyżej, ale przy dłuższym okresie opłata miesięczna jest mniejsza, bo rozkłada się na więcej rat. Mniejsza rata miesięczna to możliwość wykorzystania ekstra pieniędzy na inne zakupy. I tak miele ozorem, że w końcu sami już nie wiemy, co jest dla nas dobre, a co już aż tak bardzo nam się nie opłaca. Przeciętny Kowalski nie zna się na wszystkim tak jak na ten przykład pan Antoni M., którego wiedza od agentów przez obiekty latające do żyrandola w pałacu prezydenckim jest po prostu oszałamiająca. Nie wiem czy potrafiłbym coś napisać nie wspominając naszego speca od informacji wszelkich. Daleki jestem od oskarżania wszystkich doradców o kierowanie się własnym interesem przy tego typu pertraktacjach. Znając jednak realia amerykańskie wiem, że obiegowym powiedzeniem wśród rożnego rodzaju sprzedawców jest powiedzenie, że towaru się nie sprzedaje, sprzedaje się siebie. Większość ludzi kupi zatem produkt od tego, kto wzbudził w nim większe zaufanie. No i jest super, mamy dom, mamy hipotekę – najkorzystniejszą jaka tylko była dostępna, reszta to już bajka.
  Na nasze nieszczęście światem zawładnął kryzys. Okazało się, że kredyt walutowy, który tak zachwalał zaufany bankier już nie jest taki super. Jego koszty są o wiele większe niż się spodziewaliśmy i zaczynamy mieć problemy finansowe. Szukamy oczywiście pomocy u naszego doradcy ale teraz to on już niewiele może. Zaczynamy zalegać ze spłatami i widmo straty domu zaczyna być coraz bardziej realne. Juz nie jest super. Większość ludzi powie bez żalu, że za głupotę trzeba płacić, nauka zawsze kosztuje itd., itp. oskarżając Kowalskich o brak wyobraźni. Nie broniąc ich do końca pozwolę sobie mieć jednak trochę inne zdanie. Banki to nie instytucje charytatywne, nic nie robią za darmo. Proces kwalifikowania Kowalskich do przyznania lub do odmowy udzielenia pożyczki i jego końcowa decyzja, to też jest pewne ryzyko banku, za które pobiera od nas odsetki. Udzielając klientom kredytu bank sprawdza wiele rzeczy kierując się również trendami w gospodarce. Pożyczkobiorca nie jest ekonomistą i ma prawo nie wiedzieć, w która stronę idzie gospodarka, tym właśnie zajmują się doradcy finansowi ustalając stopień ryzyka i w zależności od niego wysokość oprocentowania kredytu. Im większe ryzyko tym wyższe odsetki. Dlaczego zatem jeśli coś idzie nie tak, to bank zostaje z naszym domem, a my lądujemy na ulicy? Uważam zatem, że banki również powinny ponosić odpowiedzialność za złe prognozy. Zwalenie całej winy na Kowalskiego w moim odczucie jest niemoralne i nieetyczne. Umowy powinny zawierać klauzule, które zmuszałaby instytucje finansowe do ponoszenia pewnej odpowiedzialności w przypadkach gdy ich prognozy nie potwierdziły się. Dla przykładu: W przypadku kredytów walutowych, gdy relacje pomiędzy walutami ulegają zmianie o 10% w jedną, czy w druga stronę taki kredyt powinien być z urzędu  przewalutowany na walutę krajową. Nie jestem specjalistą w tym zakresie, ale wydaje mi się, że takie rozwiązanie pozwoliłoby dzisiaj uniknąć całej tej sytuacji spowodowanej i przez głupotę tych co brali kredyty i przez chciwość banków. Kowalskim może zabrakło rozsądku, ale i banki w całej tej sytuacji nie są bez winy. Skoro nie dzielą się z podatnikami swoimi zyskami, to i podatnicy nie powinni być obciążani ich stratami.