Mostowe zebranie i wspomnienia z przeszłości

Podczas jednej z naszych wizyt w Ekwadorze poznaliśmy Milana prawdziwego Słowaka ze Słowacji nie mylić z Czechosłowacją. Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt e-mailowy bo i on myślał o przeprowadzce do Ekwadoru. Jakoś rok temu na wiosnę odwiedził nas i zakochał się w okolicy. Tak się tez złożyło, że sąsiadki kuzyn mieszkający w okolicy musiał się przeprowadzić na drugi koniec Ekwadoru. To spowodowało konieczność sprzedaży domu. Milan skorzystał z okazji i wkrótce transakcja doszła do skutku. Mamy zatem w naszej enklawie jeszcze jednego obcokrajowca. Milan ma specyficzne podejście do rzeczywistości i na swoje potrzeby za wszystko co się dzieje poza jego kontrolą oskarża bliżej nikomu nieznaną grupę pod nazwą Big Boys. Mieszczą się w niej wszystkie najgorsze męty tego świata. Gdy Milan rozkłady owy układ na części pierwsze to okazuje się, że sporo jest w nim towarzystwa, które i nam obrzydza życie tyle, źe jego krąg złych ludzi do odstrzału jest kapkę większy. Piszę o tym tylko z tego powodu, że nasz słowacki sąsiad dał się juz wszystkim poznać ze swoimi poglądami i jak się coś złego dzieje to wszyscy wiedza, że to wina Big Boys. Wywołuje to czasem mniej czasem więcej śmiechu ale najważniejsze, że kolega się nie obraża. 

Na naszej drodze do cywilizacji, w jej połowie znajduje się drewniany most, który pamięta napewno zamierzchłe czasy. Ów most z racji swego sędziwego wieku ma swoje lepsze i gorsze dni. Jest zatem pieczołowicie pielęgnowany, tyle że najtańszym kosztem. Ostatnimi laty działalność budowlana, nie tylko nasza, dała mu się mocno we znaki i w aktualnej sytuacji wymaga juz bardziej poważnego remontu. Nasi ekwadorscy sąsiedzi zwołali zatem naradę wszystkich, na których zawalenie mostu mogłoby wpłynąć negatywnie. Most ów znajduje się mniej więcej w połowie drogi do naszego domu. Do mostu droga jest jakby lepsza od mostu do nas to już inny świat. Od głównej drogi do mostu mieszka około sześćdziesiąt rodzin za mostem juz tylko dziesięć. Władza lokalna uznała zatem, że nasze dziesięć rodzin, jeśli chcemy mieć dostęp do cywilizacji,  musi partycypować we wszelkich kosztach związanych z drogą i mostem. Spotkaliśmy się zatem aby przedyskutować stopień naszej partycypacji w kosztach i ewentualnego wkładu własnej pracy. Zebranie odbywało się oczywiście w języku hiszpańskim my zatem siedzielismy sobie niemal jak na tureckim kazaniu. Co jakoś czas znajomi tłumaczyli nam co jest grane i co jakiś czas pozwalano nam na wyrażenie naszej opinii oczywiście po angielsku co znajomi tłumaczyli zebranym na ichnie bałakanie. Milan próbował znowu obciążyć wszystkich nikomu bliżej nieznanych Big Boys rozluźniając w ten sposób atmosferę. Nie żeby była ona specjalnie napięta ale trochę śmiechu nikomu nigdy nie zawadzi. Po około dwóch godzinach wreszcie osiągnęliśmy porozumienie. Wbije się pare gwoździ, zmieni kilka desek i niech się dzieje wola nieba. Spytałem zaczepnie czy nie byłoby wskazane utworzyć jakiś fundusz mostowy i płacić do niego składki żeby mieć jakieś pieniądz na wypadek katastrofy jakiejś. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby bo jak się zawali to będziemy wtedy myśleć. Żyjemy tym co dzisiaj, co będzie jutro to daleka przyszłość po co zatem zawracać sobie głowę. Odpowiada mi takie podejście do życia bo nie lubię siė martwić jutrem. Ponieważ końcówka dotyczyła pieniędzy sporo zrozumiałem bo w pierwszej kolejności nauczyłem się liczenia po hiszpańsku. Spytano mnie jednak tak na wszelki wypadek ile zrozumiałem. Rzekłem, że prawie wszystko. Nie dali jednak za wygraną i poprosili o procentowe określenie słowa wszystko. Mam swoiste poczucie humoru i lubię trochę sobie pożartować, z czego dałem się już poznać, więc odpowiedziałem niezgodnie z prawdą, że procentowo to zrozumiałem jakieś pięć procent. Prawie wszystko w zestawieniu z pięcioma procentami wywołało efekt na, który liczyłem czyli serdeczny śmiech. Sytuacja ta przypomniała mi scenę z mojego życia. Moja kochana rodzicielka zawsze zarzucała mi i mojej żonie brak stanowczości w sprawach religijnych w stosunku do naszych dzieci. Staraliśmy się unikać drażliwego tematu ale mama zdecydowała się wybadać teren samodzielnie biorąc naszą córkę na spytki. Spytała więc babcia wnuczkę czy umie paciorek. Pytanie niezbyt szczęśliwe z naszego punktu widzenia ale ku naszemu zaskoczeniu córka bez momentu zastanowienia odpowiedziała: umiem babciu. Mieliśmy nadzieje, ze to wystarczy. Nie wystarczyło jednak, babcia poprosiła córkę o powiedzenie paciorka. To już były nie przelewki. Córka nasza jadnak pełnym spokoju głosem i przekonana o swojej wiedzy powoli i z namaszczeniem odpowiedziała: pa-cio-rek. Babcia nie była nawet w stanie skrytykować nas bo wiara naszej córki w prawidłowość odpowiedzi była powalająca. To zdarzenie zawsze przywołuje szczery wybuch śmiechu wszystkich tych, którym to opowiadam.

Chociaż musiałem udowodnić, że zrozumiałem więcej niż pięć procent z końcówki mostowego spotkania to wybuch śmiechu jaki spowodowałem świadczył o akceptacji mojego poczucia humoru. I o to chodziło.
Reklamy

Powyborcze refleksje

Długo oczekiwane wybory parlamentarne w Polsce mamy wreszcie za sobą. Demokracja wygrała. Nastąpiła zmiana bo nastąpić musiała. Czy wygra na tym Polska? Czas pokaże. Platformersi zostali przywołani do porządku i zresztą słusznie. Nie jestem zbytnim zwolennikiem Ewy Kopacz bo zbyt wiele dobrego nie udało jej się osiągnąć. Smród jaki wywołała wokół siebie jako marszałkini Sejmu po przyznaniu sobie i wicemarszałkom  premii uznaniowych jeszcze długo będzie odbijał jej się czkawką. Sądzę jednak, że baty jakie oberwała Platforma to przede wszystkim zasługa długoletniego jej przewodniczącego i byłego premiera Donalda Tuska. Z ośmiu lat jakich Platforma sprawowała władze, siedem z nich to właśnie pan Tusk był premierem. To za jego czasów partia ta kompletnie zapomniała o swoich wyborcach. Nikt inny tylko właśnie pan Tusk doprowadził do wewnętrznego podziału w łonie partii preferując uległych jemu polityków. Pan przewodniczący niczym prezes opozycyjnej partii traktował Platformę jak swoje podwórko niszcząc i pozbywając się wszystkich, którzy śmieli mieć inny niż jego pogląd. Donald Tusk miał szanse stać się mężem stanu. Został doceniony na arenie międzynarodowej co przełożyło się na jego wybór na przewodniczącego parlamentu europejskiego. W polityce krajowej okazał się jednak słabym żeby nie powiedzieć miernym liderem. Ilość afer a udziałem jego wybrańców świadczących o ich prymitywizmie nie może wystawiać panu Tuskowi najlepszej opinii. Pan przewodniczący zachłysnął się władzą i zapomniał, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Kraj składa się nie tylko z ludzi uprzywilejowanych ale rownież z ludzi, którzy umożliwili nowobogackim pomnażanie swojego majątku sami ledwo wiążąc koniec z końcem. Wielokrotnie mówiłem i pisałem, ze nie sposób nie widzieć pozytywnych zmian w kraju. W ślad za tymi zamianami niestety poszło jednak coraz większe rozwarstwienie ekonomiczne. Znienawidzone śmiciówki stały się jedną z popularniejszych form wypłat pracowniczych. Nie jestem zwolennikiem wszystkich przywilejów związkowych bo to podnosi koszt pracy. Pracodawcy swoją zachłannością wbijają sobie jednak sami nóż w plecy. Bez uczciwego traktowania siły roboczej  i płaceniu za nią godziwego wynagrodzenia, umożliwiającego spokojne życie klasa robotnicza nie będzie głosować na aktualnie sprawujących władze. Ta grupa społeczna to potężna siła wyborcza i aby przeciągnąć ja na swoją stronę trzeba jej stworzyć warunki rozwoju. Platforma kompletnie o tym zapomniała co oczywiście wykorzystał prezes. Donald Tusk zakładał, ze niechęć do prezesa będzie trwała wiecznie i srodze się przeliczył. Ewa Kopacz zostając premierem, sama nie do końca lubiana, została dodatkowo obciążona mieszanką wybuchową w formie afer podsłuchowych. To pan Tusk przed odejściem powinien rozliczyć swoje rozgadane grono i oczyścić teren dla pani Kopacz. Nie zrobił tego bo zwyciężyło prymitywne kolesiostwo. Nie bronię pani Kopacz ale została postawiona w sytuacji niemal bez wyjścia. Pierwsze pół roku jeśli nie więcej to sprzątanie min pozostawionych przez kolegę z partii. Już ubiegłoroczne wybory terytorialne powinny być sygnałem ostrzegawczym ale jakoś nikt do nich nie przywiązywał szczególnej wagi. Znowu uwierzono, że ludzie nie będą w stanie zaufać prezesowi. On sam zreszta wreszcie to zrozumiał i schował się za plecami najpierw Andrzeja Dudy a potem Beaty Szydło. Zadufani w sobie bonzowie Platformy olali wybory prezydenckie bo sondaże pokazywały Bronisława Komorowskiego jako zwycięzcę w cuglach. Następny kubeł zimnej wody uprzytomnił im, że straszenie prezesem już nie działa. Trzeba było teraz mieć mocne argumenty aby zmienić wizerunek Platformy.  Tylko skąd je brać? Wszechogarniająca bylejakość, brak wizji, sprane nazwiska to musiało się przełożyć na niechęć wyborców. Musiała nastąpić zmiana bo uprawianie polityki polegające na liczeniu na niechęć do przywódcy opozycji bez poparcia własnymi osiągnięciami to droga do nikąd. Żenujący brak kontaktu ze zwykłymi ludźmi i zrozumienia ich problemów stał się pożywką dla partii prezesa. On i jego formacja nie mają zbyt wiele do zaoferowania poza pustymi obietnicami ale to wystarczyło dla sfrustrowanego społeczeństwa. Nie pozostaje nic innego jak tylko wierzyć, że tym razem prezesowi nie uderzy woda sodowa do głowy.

Inną niepokojącą sprawą była frekwencja, która była na wysokości 51% uprawnionych. Świadczy to tylko o tym, ze prawie połowa wyborców nie widzi dla siebie wartościowego reprezentanta. Jeśli to przełożyć na poparcie partii to okaże się, że formacja prezesa nie reprezentuje nawet 20% uprawnionych do głosowania i w ich imieniu bedą podejmować decyzje dotyczące całego kraju.

Wizyta w kraju i refleksje po powrocie

Zbliża się powoli miesiąc odkąd wyjechaliśmy z Polski. Postanowiłem chwile odczekać zanim podzielę się moimi refleksjami z pobytu w kraju. Miesiąc to spory odcinek czasu, sądzę zatem, że wszystko się już we mnie ugruntowało a i emocje trochę opadły i dystans do wszystkiego bardziej się zobiektywizował. Polska się zmienia, zaprzeczyć temu byłoby bardzo trudno. Nie chcę jednak pisać na temat zmian a bardziej na temat tego co mnie najbardziej denerwuje. Myślałem początkowo o ustaleniu pewnej kolejności chronologicznej rzeczy wkurzających mnie, porzuciłem jednak ten pomysł. Kolejność zatem jest kompletnie przypadkowo.

Zacznę zatem od kompletnego braku obiektywizmu w stosunku do PRL. Zanim jednak rozwinę ten wątek muszę powiedzieć, że to wlasnie poprzedni system spowodował moja rozłąkę z krajem. Nie zależnie od tego stać mnie na dostrzeżenie w nim pewnych plusów, bo przecież nie wszystko było aż tak ohydne jak to przedstawiają nawiedzeni walczący o wolność. Ta nagonka i upodlanie ludzi, którzy budowali w tym okresie Polskę jest bardziej niż prymitywna. Nie jestem w stanie zrozumieć skąd się bierze ta bezgraniczna nienawiść IPN i temu podobnych instytucji do tego okresu naszej historii. Nie był to napewno okres najlepszy ale na zawsze pozostanie częścią naszej historii i wypadałoby o tym pamietać i odnieść się do niego i do ludzi w nim żyjących chociaż z minimalną dozą szacunku. Tymczasem to tylko opozycja i wyklęci zdają się zdobywać powszechne uznanie. Polityka to jedna wielka ohyda. Dzisiejsi politycy w obronie swojej władzy i wpływów niewiele różnią się w swoim zaślepieniu o słuszności ich racji od tych z poprzedniego systemu. Nelson Mandela po zdobyciu władzy w RPA nie robił żadnych lustracji, nie przeglądał akt, nie szukał haków. Ten mądry człowiek uznał, że dobro państwa wymaga współpracy wszystkich. Rozliczył przestępców ale nie zniszczył struktur państwa. Może by tak wyciągnąć z tego jakieś wnioski.

Żyjąc z góra dwadzieścia pięć lat w USA sporo się napatrzyłem i sporo zrozumiałem jeśli chodzi o ich styl życia. Amerykanizowanie Polski i wzorowanie się na rozwiązaniach zza wielkiego stawu uważam, za przedsięwzięcie wyjątkowo chybione. Powiem więcej, jeśli chodzi o historie to Amerykanie nie mają żadnej w porównaniu z naszym krajem. Co ma historia do tego? Ano historia kształtuje przyzwyczajenia kulturowe, nawyki, poczucie humoru, styl bycia można by mnożyć. Bezkrytyczne adaptowanie rozwiązań zza oceanu to brak wizji i szacunku dla naszej własnej kultury. To lizusostwo i wazeliniarstwo w stosunku do kraju, którego nawet nie stać na zniesienie wiz dla narodu, który przyczynił się do zdobycia ich niepodległości to prymitywizm nie mieszczący się w moich kategoriach rozumowania.

Mój pobyt w Polsce spowodowany był koniecznością opieki nad członkiem rodziny. Dzięki temu miałem możliwość przyjrzeć się naszej służbie zdrowia. Nie pozostaje mi nic innego jak prosić stwórcę mojego aby nie pozwolił mi na koniec życia korzystać z dobrodziejstw tych którzy czelność mają nazywać się lekarzami w naszym kraju. Korzystałem juz z opieki lekarskiej i w Ekwadorze, i w Stanach. Bezczelność z jaką nasi medycy domagają się gratyfikacji jest chyba nigdzie indziej nie spotykana. Są to oczywiście moje spostrzeżenia wynikające ze sposobu w jaki traktowano matkę mojej żony. Ludzie starsi traktowani są bez chociażby minimum empatii ze strony personelu. Stosując alternatywne metody leczenia osiągnęliśmy daleko lepsze efekty od szpitala, który twierdził, że miejsce teściowej jest juz w innym wymiarze. Jest to smutna generalizacja, która napewno nie dotyczy wszystkich lekarzy. Dodam jeszcze tylko na koniec, że wielu z tych lekarzy, którzy stanęli na drodze mojej teściowej to bardziej księgowi niż niosący pomoc wyznawcy Hipokratesa.
To co zrobiono z polskim szkolnictwem na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat jest tylko potwierdzeniem ślepej nienawiści do minionego systemu. Ośmioklasowa szkoła podstawowa, liceum, technikum, szkoły zawodowe i wyższe uczelnie to zdało egzamin i funkcjonowało bardzo dobrze. Tylko, że….korzenie miało nie takie jak potrzeba. Zrujnowano kompletnie i dokładnie do gruntu cały system i program i stworzono coś w czym nikt albo prawie nikt nie może się odnaleźć. I zgodnie z zapowiedzią prezesa będziemy wracali do poprzednich rozwiązań . Trzeba było dwadzieścia pięć lat, żeby to zrozumieć. Tylko czy na to pozwolą bracia zza wielkiej wody, których tak chętnie słuchamy.
Tolerancja, o której tak chętnie się mówi w naszym kraju to puste słowo bez żadnego pokrycia. Dzięki staraniom polityków udało im się podzielić nas na tyle kategorii, że prawie już nikt nie wie kim jest. Patrioci i zdrajcy, katolicy i niewierzący, mordercy i pro life, złodzieje i ludzie pracy, rząd i opozycja, prezydent i premier, związkowcy i pracodawcy, platformersi i pisowcy i sam wszechmogący Bóg by się tego wszystkiego nie doliczył. Wszyscy chcą dobrze dla Polski tyle, że po swojemu i tylko po swojemu. Każda z tych opcji toleruje tylko swoje poglądy inne uważając za nic nie warte. Bez porozumienia i kompromisów niczego im się nie uda zbudować ale będą próbować choćby do ostatniej kropli krwi bo durna wiara w swoje racje odebrała wszystkim zdolność trzeźwego myślenia. Nie będę tu już wspominał destrukcyjnej roli kościoła w tym zakresie, który miast nieść ukojenie duszy upolitycznia się coraz bardziej. Chciałbym wierzyć, że uda się to zmienić. Póki co nie widać nawet światełka w tunelu.
Są to moje prywatne spostrzeżenia, kogoś ktoś nie żyje tu na codzień ale spędził wystarczajaco dużo czasu aby wyrobić sobie jakiś pogląd. Domyślam siė, że będą rożne opinie na tematy przeze mnie tu poruszone. Z chęcią ich zatem wysłucham.

Kredyty, pożyczki, odpowiedzialność i etyka

 Ostatnio padło wiele słów na temat pożyczkobiorców, czy też kredytobiorców. Szczególnie drażliwym tematem są ci, którzy użyli nieszczęsnych franków pochodzących z państwa zwanego Szwajcarią dla sfinansowania swoich życiowych potrzeb mieszkaniowych. A że sprawa dotyczy sporej grupy ludzi toteż chcący czy niechcący stali się oni mięsem wyborczym, bo przecież każdy głos jest na wagę złota. Czy się da coś z tym zrobić, tego nikt tak naprawdę nie wie, ale obiecać można, wszak z tego się nie strzela. Każdy ma jakąś własną opinie na ten temat. Ci co wzięli pożyczkę w owych frankach czują się oszukani i domagają się ochrony ze strony państwa. Ci, których to nie dotyczy nie widzą powodów do tego aby finansować pomoc dla „frankowiczów”, bo każdy wiedział co robi podpisując stosowny dokument. 
  W operacjach walutowych zawsze zawarte jest  pewne ryzyko, z którym trzeba się liczyć. Raz na wozie raz pod wozem – powiadali ci co się na tym znali. Przeliczyli się zatem ci, co z frankami ze Szwajcarii się związali, niech więc teraz ponoszą konsekwencje. Racja jest jak zwykle po środku. Tylko gdzie jest ten środek? Aby to wyjaśnić postanowiłem użyć przykładu przeciętnego Kowalskiego. Załóżmy zatem, ze pan Kowalski razem ze swoją lepszą połową chcą kupić dom. Oboje Kowalscy pracują i mają całkiem niezły dochód. Upatrzyli sobie nawet domek swoich marzeń, ale nie mają na tyle gotówki, aby go kupić bez pożyczki. Ale od czego są banki. Dobrodzieje na pewno pomogą nam w spełnieniu naszych marzeń pożyczając drobną kwotę niezbędną do tego aby spełnić nasze marzenia. Państwo Kowalscy udają się zatem do pobliskiego banku w celu przedyskutowania swoich możliwości z panem bankierem, często też hucznie zwanym doradcą finansowym. Ów dżentelmen z uwagą wysłuchuje naszych Kowalskich po czym przedstawia możliwości jakie ma bank w zakresie interesującym klientów. Sympatyczny pan budzi w nas zaufanie i decydujemy się skorzystać z jego usług. Jest super. Pan doradca poprosił nas teraz o stertę dokumentów, zaświadczeń, podkładek i innych tego typu papierzysk, aby dokładnie zdiagnozować naszą sytuację finansową i nasze możliwości płatnicze. Na „krzywy ryj” to tylko Dyzmie udało się załapać na żarcie. Składamy zatem te papierzyska, a pan dobrodziej żąda coraz to nowych zaświadczeń i podkładek. Wreszcie ma wszystko. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, bo pan nas wreszcie zakwalifikował i w imieniu swojej instytucji chętnie pożyczy nam te parę groszy. Jest super. Nasz ukochany dobroczyńca nie zamierza jednak poprzestać na suchym stwierdzeniu, ze oto przyznana została nam pożyczka. Teraz tak naprawdę zaczyna się jego praca, gdyż Pan przecież pracuje na prowizje, a produkt produktowi nie jest równy. Przedstawia nam te swoje oferty i propozycje. Tu zaoszczędzimy tyle, tam znów dołożymy trochę więcej, ale za to będziemy ubezpieczeni. Te na krótszy okres są niżej oprocentowane, a na dłuższy wyżej, ale przy dłuższym okresie opłata miesięczna jest mniejsza, bo rozkłada się na więcej rat. Mniejsza rata miesięczna to możliwość wykorzystania ekstra pieniędzy na inne zakupy. I tak miele ozorem, że w końcu sami już nie wiemy, co jest dla nas dobre, a co już aż tak bardzo nam się nie opłaca. Przeciętny Kowalski nie zna się na wszystkim tak jak na ten przykład pan Antoni M., którego wiedza od agentów przez obiekty latające do żyrandola w pałacu prezydenckim jest po prostu oszałamiająca. Nie wiem czy potrafiłbym coś napisać nie wspominając naszego speca od informacji wszelkich. Daleki jestem od oskarżania wszystkich doradców o kierowanie się własnym interesem przy tego typu pertraktacjach. Znając jednak realia amerykańskie wiem, że obiegowym powiedzeniem wśród rożnego rodzaju sprzedawców jest powiedzenie, że towaru się nie sprzedaje, sprzedaje się siebie. Większość ludzi kupi zatem produkt od tego, kto wzbudził w nim większe zaufanie. No i jest super, mamy dom, mamy hipotekę – najkorzystniejszą jaka tylko była dostępna, reszta to już bajka.
  Na nasze nieszczęście światem zawładnął kryzys. Okazało się, że kredyt walutowy, który tak zachwalał zaufany bankier już nie jest taki super. Jego koszty są o wiele większe niż się spodziewaliśmy i zaczynamy mieć problemy finansowe. Szukamy oczywiście pomocy u naszego doradcy ale teraz to on już niewiele może. Zaczynamy zalegać ze spłatami i widmo straty domu zaczyna być coraz bardziej realne. Juz nie jest super. Większość ludzi powie bez żalu, że za głupotę trzeba płacić, nauka zawsze kosztuje itd., itp. oskarżając Kowalskich o brak wyobraźni. Nie broniąc ich do końca pozwolę sobie mieć jednak trochę inne zdanie. Banki to nie instytucje charytatywne, nic nie robią za darmo. Proces kwalifikowania Kowalskich do przyznania lub do odmowy udzielenia pożyczki i jego końcowa decyzja, to też jest pewne ryzyko banku, za które pobiera od nas odsetki. Udzielając klientom kredytu bank sprawdza wiele rzeczy kierując się również trendami w gospodarce. Pożyczkobiorca nie jest ekonomistą i ma prawo nie wiedzieć, w która stronę idzie gospodarka, tym właśnie zajmują się doradcy finansowi ustalając stopień ryzyka i w zależności od niego wysokość oprocentowania kredytu. Im większe ryzyko tym wyższe odsetki. Dlaczego zatem jeśli coś idzie nie tak, to bank zostaje z naszym domem, a my lądujemy na ulicy? Uważam zatem, że banki również powinny ponosić odpowiedzialność za złe prognozy. Zwalenie całej winy na Kowalskiego w moim odczucie jest niemoralne i nieetyczne. Umowy powinny zawierać klauzule, które zmuszałaby instytucje finansowe do ponoszenia pewnej odpowiedzialności w przypadkach gdy ich prognozy nie potwierdziły się. Dla przykładu: W przypadku kredytów walutowych, gdy relacje pomiędzy walutami ulegają zmianie o 10% w jedną, czy w druga stronę taki kredyt powinien być z urzędu  przewalutowany na walutę krajową. Nie jestem specjalistą w tym zakresie, ale wydaje mi się, że takie rozwiązanie pozwoliłoby dzisiaj uniknąć całej tej sytuacji spowodowanej i przez głupotę tych co brali kredyty i przez chciwość banków. Kowalskim może zabrakło rozsądku, ale i banki w całej tej sytuacji nie są bez winy. Skoro nie dzielą się z podatnikami swoimi zyskami, to i podatnicy nie powinni być obciążani ich stratami.

Turysta i turystyka

Publikuje swoje spostrzeżenia i przemyślenia nie tylko tu na moim blogu ale rownież na innych portalach społecznościowych. Zasadniczo na jednym portalu. Przekrój wieku publikujących na owym portalu jest dość spory toteż i różnice w opiniach są czasami duże. Oprócz publikowania na owym portalu mamy tez możliwość zamieszczania komentarzy do wpisów innych blogerów. Czasami dzięki temu tworzy się sympatyczna dyskusja i muszę powiedzieć jak do tek pory nie miałem do czynienia z tak powszechnym chamstwem spotykanym często na internecie. Ostatnio na tym portalu jeden ze starszych blogerów umieścił notkę zatytułowaną ” dwadzieścia pięć lat zmarnowane”. Rzecz dotyczyła, jak się łatwo domyślić zmian jakie zaszły w naszym kraju w ostatnim ćwierćwieczu. Łatwo było wyczuć zawód autora związany z tymi zmianami. W swoim komentarzu podzieliłem spostrzeżenia autora jednak zauważyłem, że określenie tego okresu jako kompletnie zmarnowanego jest lekką przesadą. Polska przecież zmienia się a każda zmiana powoduje, że na jednym jej końcu będą ludzie zawiedzeni. Nie można jednak patrzeć na to wszystko aż tak subiektywnie i pesymistycznie. Po przeczytaniu mojego komentarza autor w odpowiedzi nazwał mnie turystą niewiele wiedzącym o rzeczywistości kraju. Zabolało trochę bo w ostatnich trzech latach więcej czasu spędzam w Polsce niż gdziekolwiek indziej. Tu mieszkają moi rodzice, mojej żony matka, nasze rodziny i znajomi. Widzę zmiany i doceniam je. Widzę rownież tragedie ludzi nie potrafiących znaleźć sobie miejsca. Widzę chamstwo w polityce i brak jakiejkolwiek samokrytyki ze strony naszych włodarzy. Widzę pogłębiające się dysproporcje pomiędzy ludźmi. Widzę upadająca służbę zdrowia, mierne wyniki w reformowaniu oświaty. Nie mieszkam tu jednak na stałe i dlatego staram się patrzeć na wszystko bez emocji, z perspektywy tego co widzę gdzie indziej. Kim zatem jestem? Takie oto pytanie dręczy mnie od paru dni po przeczytaniu odpowiedzi na mój komentarz do wyżej wymienionej notki. Nie mogę stanowczo zgodzić się z określeniem turysty bo gdzieś tam głęboko czuje się mocno związany ze wszystkimi miejscami w kraju, które kojarzą mi się z moją młodością i nie tylko. Nie żyje tu jednak na codzień toteż po części obce mi są problemy życia codziennego. Tyle, że i to stwierdzenie jest nie do końca prawdziwe bo widzę problemy z jakimi borykają się moi rodzice starając się utrzymać z byle jakiej emerytury. Sądzę zatem, że moja wiedza na temat naszego kraju jest daleko lepsza od obiegowej turystyczno-książkowej reklamy. Rozumiem rozgoryczenie sporej części społeczeństwa bo nie tak wyobrażało ono sobie przyszłą, wolną Polskę. Rozumiem rozgoryczenie ale nie rozumiem braku obiektywizmu. Nasze życie jest w naszych rękach, mamy wolną wolę i dokonujemy wyborów, które czasem nie są łatwe. Wyjeżdżamy, zostajemy, staramy się zmienić, dopasować, akceptować zmiany. Tego musimy się nauczyć sami. Nikt za nas nic nie zrobi żeby poprawić nasz byt. Lubimy krytykować zanim spojrzymy w lustro. Nie znam mojego adwersarza ot przypadkowa wymiana zdań. Sądzę jednak, że tak i on jak i wielu z nas potrzebuje zajrzeć w swoją dusze i spojrzeć na siebie trochę bardziej krytycznie. Ja w odpowiedzi na nazwanie mnie turystą zaproponowałem swojemu rozmówcy trochę turystyki aby mógł wyrobić sobie lepszy pogląd na temat świata. Może wtedy Polska będzie się prezentować lepiej w jego ocenie. Jestem tego nawet pewien.

DuSzKa i MAJK-a atakują.

DuSzKa czyli silna trójka pod wezwaniem Duda, Szydło i Kaczyński ruszyła do frontalnego ataku bo przecież wybory już za dwa tygodnie i koniecznie trzeba ludziskom przypomnieć kto jest godny ich reprezentowania a kto na ową godność nie zasługuje. Pan prezydent Duda niby trzyma się na boku a jak już ma otrzymać jakieś dyrektywy to ukradkiem po nocach odwiedza partyjnego guru. Niby miał się kierować maksymą, że chce być prezydentem wszystkich Polaków jednak tak na wszelki wypadek z premier wszystkich Polaków nie udało mu się spotkać i pewnie już nie uda bo nie daj Boże to spotkanie mogłoby spowodować wzrost poparcia pani premier a przecież to ostatnia rzecz na liście prezesa, który złapał się wyciągniętej ręki prezydenta i podobno zatrzymał ją sobie do własnej dyspozycji na Żoliborzu. Pani Beata Szydło z woli prezesa namaszczona na przyszła premier przyszłego rządu po oczywistym zwycięstwie prawych i sprawiedliwych, wdała się w przedstawienie happeningowe pod tytułem Ewa&Przyjaciele, które ma przypomnieć wszystkim zainteresowany i niezainteresowanym o słynnej już aferze taśmowej, podobno w tym przedstawieniu pomaga im niejaki Stonoga. Pani Beacie nie przeszkadza, że aktualna premier czyli pani Ewa nie ma nic wspólnego z tymi nagraniami a po konsultacjach z Czerepachem doszła do wniosku, że zanim Ewka się z tego wytłumaczy to juz będzie po wyborach a zwyciezców się nie sądzi. Osobiście liczyłem na happening pod tytułem PiS i koalicja pokazujący kulisy przyjaznej współpracy tej partii z Giertychem i Śp. Lepperem, myślę że byłoby co oglądać. Mam nawet wrażenie, że takie humorystyczne przedstawienie miałoby większy efekt na wyborców niż udawane rzucanie legitymacją partyjną przez byłego członka partii, naszego aktualnego pierwszego obywatela. Tyle, że ostatni człon DuSzKa-i prezes we własnej osobie nie zna się na żartach zwłaszcza na swój temat. Ostatnia część tej układanki czyli szanowny pan prezes nie przypadkowo znajduje się na końcu tego skrótu. Z tylu łatwiej dyrygować a baty niech zbiera awangarda. On ma musi kierować nie tylko DuSzKą ale i MAJK-ą czyli grupą szybkiego reagowania złożoną z niego oraz niejakiego Antoniego M. Tenże Antoni pod pseudonimem Baltazara Gąbki udał się jako prywatny człowiek do wietrznego miasta zwanego rownież Chicago aby tam rozpoznać nastroje miejscowej Polonii. Oczywiście jego spotkanie i pogadanka z polonusami nie miała żadnego podtekstu wyborczego. Ot luźna rozmowa na temat powiązań agenturalnych przeciwników jedynie słusznej i dobrej opcji dla kraju ojczystego. Pismaki w kraju potraktowały to jednak jak zwykle złośliwie nie mając za grosz wyrozumienia, że to były tylko prywatne takiegoż sobie dywagacje. Pan Antoni zaraz po powrocie udał się na spotkanie wyborcze już jako kandydat na posła i na tymże spotkaniu dobitnie wyraził się o prywatnych pogaduchach pewnych polityków w pewnej knajpie oceniając ich wypowiedzi jako gorsze niż slang warszawskich żuli. Jego prywatne poglądy to jego sprawa. Prywatne poglądy przeciwników politycznych to też jego sprawa. A z tylu MAJK-i tak jak i DuSzKa-i siedzi prezes i albo wiśta wio albo prr. Bo front nie jest od myślenia ta funkcja jest już zarezerwowana. 

Pamiątki i wspomnienia

Publikuje swoje wpisy rownież na portalu Perepele. Swoimi przemyśleniami dzieli się wielu blogerów czasami powodując dyskusje. Jeden z ich umieścił notkę na temat pamiątek z przeszłości. Swoim wpisem na ten spowodował, że gdzieś tam na peryferiach mojego ciała i duszy mojej zakiełkowało pytanie: czy nie żałuje? Pytanie to zawsze przypomina mi pewien epizod, który miał miejsce podczas zjazdu klasowego szkoły podstawowej. Spotkaliśmy się dzięki Naszej Klasie, być może dlatego właśnie mam dla niej o wiele więcej sentymentu niż dla tak zwanego fejsa. Nie widzieliśmy się z góra trzydzieści lat więc było o czym sobie opowiadać. Jedna z koleżanek zaraz po skończeniu podstawówki zaszła w ciąże, co niewątpliwie miało wpływ na dalsze jej życie. Gdy przyszła jej kolej na „spowiedź”, sama postawiła sobie pytanie czy nie żałuje. Nie mam żadnych podstaw aby posądzać ją o nieszczerość zatem powiem, że jej odpowiedź zaskoczyła pewnie nie tylko mnie ale i pozostałych uczestników. Koleżanka owa powiedziała krótko, ze gdyby mogła cofnąć czas to wszystko zrobiłaby tak samo. Uff, ilu z nas byłoby aż tak zdecydowanym w swoim przeświadczeniu, że nic by nie zmienili? To pytanie często nachodzi i mnie zwłaszcza w trakcie pobytu w kraju. Tyle rzeczy, tyle wspomnień, tyle przyjaciół no i ten kościół w którym na wejście zagrano mi Ave Maria a na wyjście marsz Mandelsona. Przez chwile cierpnie skóra ale odpowiedz na pytanie czy nie żałuje jest analogiczna do wypowiedzi mojej koleżanki z podstawówki. Tak jest, gdyby można było cofnąć czas to zrobiłbym dokładnie tak samo. Emigracja to często bolesna rzecz zwłaszcza w swoich początkach. Tak było i w moim przypadku a kto mówi inaczej to prawdopodobnie kłamie. Z perspektywy czasu jednak muszę stwierdzić, że taki skok na głęboką wodę to dobra szkoła życia. Czy wcześniej czy pózniej każdy człowiek potrzebuje samo-sprawdzenia żeby nabrać szacunku do samego siebie. Przed wyjazdem zawsze mogłem liczyć na pomoc rodziny co dawało swego rodzaju komfort psychiczny, potrzeba sprawdzenia siebie zwyciężyła. Łatwo nie było, nie narzekam jednak. Doświadczenie zdobyte przy pierwszej emigracji pozwala mi dzisiaj relatywnie bezstresowo zmieniać miejsce zamieszkania ponownie. Nieocenionym zyskiem mojej decyzji sprzed lat to rownież poszerzenie horyzontów. Wydaje nam się, że wiele wiemy o świecie, okazuje się jednak, ze aby zrozumieć tubylców trzeba z nimi chwile pomieszkać. Bez tego nasza wiedza jest funta kłaków warta. Polska pozostanie jednak na zawsze miejscem, w którym miały miejsce najważniejsze wydarzenia w moim życiu. Na moje szczęście świat się zmienił i kiedy tylko dopadnie mnie nostalgia za krajem, pamiątkami, rzeczami czy wspomnieniami jestem tylko o bilet lotniczy o kraju. 

Kto chce Antoniego M.

Dawno, dawno temu w czasach słusznie minionych w kraju nad Wisłą rządziła jedna partia zwana rownież przewodnią siłą narodu. Jej członkowie piastowali większość eksponowanych stanowisko w państwie. Chociaż istniały organy państwowe to tak naprawdę wszystkie ważne decyzje podejmowane były przez awangardę owej partii zwaną biurem politycznym. Członkowie najwyższych szczebli tejże partii byli niemal ponad prawem. Aby jednak wprowadzić społeczeństwo w błąd od  czasu do czasu wywalano jakiegoś niewygodnego dygnitarza na zbity pysk pozbawiając go wszystkich przywilejów. Fakt wyrzucenia takiego odrzuconego partyjniaka powodował, że stawał się on niespodziewanie bezpartyjnym członkiem społeczeństwa. Naród nasz jednak silnie wyczulony jest na punkcie przynależności klasowej i organizacyjno-społecznej. Zrodził się zatem ruch domagający się stworzenia odrębnej kategorii dla odrzutów partyjnych bo przynależni do bezpartyjnej części społeczeństwa nie życzyli sobie udziału tychże w ich społeczności. W ten oto sposób zrodziła się nowa kategoria klasowa nazwana jako byli członkowie partii. Takie rozwiazanie zostało powszechnie zaakceptowane i odtąd odrzuty partyjne miały własną grupę społeczną. Tyle tytułem wprowadzenia. Podczas mojego ostatniego pobytu w kraju starałem trzymać się z daleka od wszelkich mediów masowych. Jedynym źrodłem informacji poza internetem stała się dla mnie Angora, którą czytałem od dechy do dechy. Jeden ze stałych felietonistów owego pisma poświecił swój artykuł panu Antoniemu. Artykuł aczkolwiek w tonie wyważony określał naszego inspektora Kluzo jako schizofrenika. Osobiście przychyliłem się z nieukrywaną radością do takiego określenia pana Antoniego. Niestety Towarzystwo do walki ze schizofrenia już nie podzielało mojego zadowolenia. No i dostało się owemu felietoniście za czasy wszystkie. Chłopina musiał się ukoić przed owym Towarzystwem i przeprosić rozsierdzonych jego członków. Autor nie wyciągnął z tego doświadczenia żadnych wniosków i w następnym felietonie posądził  pana Antoniego o wodogłowie, zespól downa i jeszcze inne równie nieprzyjemne schorzenia. Na to tylko czekali członkowie grup społecznych, którzy utożsamiali swoją działalność z owymi schorzeniami. Wiadro pomyli wylano na biednego pismaka, który niewiadom ludzkiej niechęci do bohatera swoich felietonów chciał li tylko pokazać go jako człowieka chorego. Żadna jednak organizacja nie życzyła sobie pana inspektora w swoim gronie. Przywiedziony do ostateczności felietonista wymyślił odrębne schorzenie dla swojego bohatera i nazwał je zespołem Macierewicza. No właśnie podobnie jak byłych członków partii tak i pana Antoniego nikt nie bardzo widzi w swoich szeregach no może poza prezesem, który sam do całkowicie zdrowych nie należy. Miałem nadzieje, że pan Antoni to już przeżytek polskiej polityki, okazuje się jednak, że się myliłem. Dziwi mnie przywiązanie prezesa do pana Antoniego, który w całym swoim życiu nic dla naszego kraju nie zrobił. Z ciekawości sprawdziłem co mówi życiorys naszego zasłużonego opozycjonisty. Okazuje się, że nawet wyrzucono go z KOR-u bo nie jest zdolny do jakiejkolwiek i z kimkolwiek współpracy. Taki człowiek jest jedynką na liście partii prezesa. Pomieszanie z poplątaniem. Wyglada nawet na to, że może sprawować funkcje w przyszłym rządzie jeżeli prawi i sprawiedliwi wybory nadchodzące wygrają. Nigdzie niechciany polityk od siedmiu boleści z zespołem Macierewicza raczył był odezwać się ostatnio do swoich oddanych wyborców z miasta Chicago a co tam powiedział rzetelnie doniosła prasa zatem wstrzymam się od komentarzy. Wszystkich, którzy doczytają ten wpis do końca odsyłam do Nonsensopedii, która porównuje pana wice prezesa do jego najnowszej organizacji pod nazwą Chrześcijańska Unia Jedności w skrócie ………. I pod tym komentarzem się podpisuje obiema rękami.

Notatki z podróży część druga

Dziesięć dni jakie zaplanowaliśmy sobie na przypomnieniu dzieciakom o naszym istnieniu minęły szybciej niż się spodziewaliśmy. Wczoraj jeszcze rozpakowywaliśmy się a tu już trzeba się pakować ponownie. Nasze walizki chociaż po przylocie straciły na wadze to jednak szybko wypełniały się rzeczami, które postanowiliśmy przetransportować tym razem z północy na południe. Linie lotnicze latające przez Atlantyk pozwalają na jedną dwudziesto trzy kilową walizkę oraz bagaż podręczny. Przewoźnicy oferujący loty z Ameryki północnej do południowej są pod tym względem bardziej wyrozumiali. Można zabrać dodatkową walizkę o ciężarze dwudziestu trzech kilo. Skwapliwie z tego korzystamy bo rzeczy do przewiezienia mamy wciąż sporo, zwłaszcza kolekcja moich DVD nie może się doczekać zjednania ze swoim właścicielem. Niby dwa ekstra bagaże po dwadzieścia trzy kilo to dużo, niby, nie dotyczy to jednak przeprowadzki. Na taką okoliczność jest to kropla w morzu potrzeb. Znowu selekcja, znowu wybory, znowu ważenie, znowu nadwaga. Co odrzucić, co zabrać, prawie jak szekspirowskie być albo nie być. Wreszcie udało nam się osiągnąć upragnioną wagę i już można ruszać w drogę do domu. Tym razem lecimy najpierw do Panamy gdzie mamy przesiadkę. Do Panamy zabierze nas United Airlines a stamtąd polecimy panamskimi liniami Copa Airlines. Jeszcze tradycyjna odprawa bagażu i przejście przez security. Waga ponownie spłatała nam figla i tym razem nasze błagalne spojrzenia pozostały bez echa, kilogram z jednego z bagażowe trzeba było ubrać na siebie. Niby lecimy do ciepłego kraju a wyglądamy jak byśmy lecieli na Spitsbergen. Ale co tam będziemy się rozbierać w samolocie. Dzięki temu zabiegowi udało nam się przewieźć wszystko co zaplanowaliśmy. Lot do Panamy to pięciogodzinna podróż ale United zdecydował, że jeśli ktoś jest głodny to można sobie coś kupić nie ma nic za darmo. Wylot był opóźniony bo niespodziewanie pracownicy ładujący bagaż nie wyrobili się na czas. W panamie mieliśmy tylko godzinę a zatem każde opóznienie to trochę stresująca sytuacja, mamy jednak podejście do tego na zasadzie niech się dzieje wola nieba. Żeby tylko zdążyli przepakować walizki z samolotu na samolot bo ostatnio mieliśmy z tym pare niespodzianek. Do Panamy dotarliśmy na pół godziny przed odlotem do Ekwadoru. Skończyło się jednak dobrze bo to połączenie to typowe połączenie tranzytowe i samolot na ogół czeka na pasażerów przesiadających się. Jeszcze sto minut lotu do Guayaquil a potem jazda do domu. Najpierw jednak odprawa paszportowa i znowu pytania dla samego pytania tak jakby nie można było po prostu wbić pieczątki i dać ludziom spokojnie udać się do domu. Tak to już jednak jest, że jak się da urzędnikowi przywilej to on chętnie z tego korzysta tylko po to aby podnieść swoją rangę. Nie inaczej jest i tutaj w Ekwadorze. Niech mu tam będzie, dowiedział się co chciał i zadowolony z siebie puścił nas w drogę do domu. Nasz dom znajduje się cztery godziny jazdy od lotniska co po niemal dziesięciu godzinach podróży jest dość dokuczliwym utrudnieniem. Ale co tam na końcu tej drogi jest nasz dom. I tak o czwartej nad ranem dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Dom to jednak bardzo szczególne miejsce zwłaszcza jeśli się do niego wraca.  

Notatki z podróży część pierwsza

Ciężko wyjeżdżać z miejsca, w którym się spędziło sześć miesięcy. Ciężkie są też pożegnania. Nasz czas w Polsce dobiegłem jednak końca. Czas wracać. Najpierw jednak trzeba się spakować. Gdy pół roku temu przyjeżdżaliśmy specjalnie ograniczyliśmy nasz bagaż wiedząc, ze pewnie coś tu kupimy. No i kupiliśmy na tyle dużo, że mamy nadwagę. Nasz gust różni się od tego z czym zetknęliśmy sie w Ekwadorze toteż daliśmy się ponieść fantazji od ciuchów po artykuły gospodarstwa domowego. Coś trzeba będzie zostawić na następny raz, tylko co? Wszystko by sie przydało, wszystko nam się podoba. Rzecz po rzeczy odkładamy na bok, walizka na wagę i dalej ta cholerna nadwaga. Selekcjonowanie okazało się dość ciężkim zadaniem  a rzekłbym wręcz stresującym no bo jak tu walczyć z butami żony. Osiągnęliśmy jednak kompromis i wreszcie na wadze pojawiło się upragnione dwadzieścia trzy kilo. Podręczny bagaż to już prywatna sprawa każdego z nas ale i tu musiałem stoczyć walkę na smierć i życie pomiędzy ulubionymi słodyczami a archiwum DVD z polskimi filmami. Filmy polskie to swego rodzaju moja pasja a po długiej nieobecności trochę się ich nazbierało. W Ekwadorze nie mam problemu z dostępem do produkcji rodem z Hollywood, powiem więcej, filmy amerykańskie i nie tylko są dostępne w ulicznych butikach filmowych bez większych problemów chociaż są ściągane nielegalnie z witryn internetowych. Taka kopia to wydatek rzędu półtora dolara i nikt nikomu nic nie robi przy rozprowadzaniu tych kopii. Gorzej jednak z produkcją europejską a już o polskich to można tylko pomarzyć. No i jak tu sobie odmówić. Znowu trzeba dokonywać wyborów a ja tak nie lubię wybierać. Coś musiało jednak zostać. Wreszcie spakowani. Teraz tylko lotnisko, odprawa i jesteśmy w drodze. Dobrze, że nasza podróż rozpoczyna się na małym lotnisku a nie w Warszawie bo tam odprawa ciągnie się w nieskończoność a i ludzie odprawiający nie  są tak życzliwi . Niestety nasza waga okazała się mieć mało wspólnego z przyrządem pomiarowym i na lotnisku mieliśmy nadwagę . Pani jednak okazała się być bardzo życzliwa i uległa naszym błagalnym spojrzeniom. Uff było trochę gorąco bo już naprawdę nie chcieliśmy z niczego rezygnować. Lecimy zatem, najpierw do Frankfurtu potem do Newarku, gdzie z lotniska odbierze nas nasza latorośl. Planujemy z dzieciakami spędzić trochę czasu a potem kontynuować podróż do domu. Frankfurt to olbrzymie lotnisko. Poznaliśmy je jednak dość dobrze bo przecież to już nie pierwsza wyprawa. Czasu na przesiadkę mieliśmy sporo zatem nie było żadnych obaw zwłaszcza, ze walizki sobie pojechały same. Zwykle latamy Lufthansą bo niestety LOT zrezygnował z lotów do Newarku a latanie do Nowego Jorku nie jest nam na rękę z uwagi na odległość lotniska nowojorskiego od domu. Wszystkie linie lotnicze oszalały na punkcie skubania pasażerów. Nie inaczej jest z Lufthansą. Wymyślili klasę ekonomiczną plus, w której jest odrobine więcej miejsca na nogi ale jest ona o dwie odrobiny droższa od regularnej klasy ekonomicznej. Nogi musiały zatem zaakceptować nasz plan oszczędnościowy i pogodzić się z odrobiną mniejszej ilości miejsca. Po nieco ponad ośmiu godzinach wylądowaliśmy w Newarku. Teraz tylko znaleźć bagaże i przejść przez oficerów imigracyjnych. Nasz oficer chciał się dowiedzieć co tak długo robiliśmy w kraju nad Wisłą dopiero po wyjaśnieniach dotyczących choroby członka rodziny dał się udobruchać. Walizki też się znalazły, chociaż na taśmie pojawiły się w odstępach co pół godziny, niewiedzieć dlaczego. W Europie dochodziła północ a tu zbliżała się szósta wieczór. Stany to dziwny kraj nawet muszą się różnic co do godziny. To miał być żart. I już jesteśmy na zewnątrz lotniska w drodze do domu syna a za dziesięć dni dalsza część podróży.