Belize i Gwatemala czyli wypoczynek na Karaibach.

Moja fascynacja Ameryką Południową zmaterializowała się w 2007 roku. Moja ciągła gadanina o tym kontynencie doprowadziła Alicję do punktu wrzenia, a jak moja żona weźmie coś w swoje ręce to lepiej jej nie wchodzić w drogę. Poczyniła rozeznanie w terenie co mogłoby rownież ja zainteresować, przekalkulowała nasze możliwości finansowe i tak oto niespodziewanie dowiedziałem się, że udajemy się do Belize i Gwatemali. Moimi sprzymierzacami było rownież wielu znajomych, którzy już wcześniej spędzali wakacje na Karaibach. Wtedy jeszcze nawet nie bardzo wiedziałem gdzie to przeklęte Beliz się znajdowało ale klamka zapadła położyłem uszy po sobie i z nie ierpliwoscią oczekiwałem wyjazdu. Belize okazało się małym państewkiem położony pomiędzy Meksykiem a Gwatemala a wybór padł na to właśnie miejsce z bardzo prostej przyczyny, językiem urzędowym w Belize okazał się angielski. Jest to jedyny kraj w tej części świata, który nie używa hiszpańskiego. Cała wyprawa została dla nas przygotowana przez biuro turystyczne, które zoorganizowało wycieczkę począwszy od miejsc noclegowych a skończywszy na przewodnikach i miejscach, które chcieliśmy zobaczyć. Nasza wyprawa składała się z paru przystanków na drodze jaką Alicja uzgodniła z biurem turystycznym. Zaczęliśmy zatem od dżungli belizyjskiej. Na samą myśl o wypoczynku w dżungli niemal dostałem choroby podzwrotnikowej. Moja idea to było trzymanie sie jak najbliżej Atlantyku, zaleganie na słoneczku i wsłuchiwanie sie w szum fal. Alicja jednak chciała być trochę w ruchu i zwiedzić pare miejsc a jednym z nich była brrrrr dżungla. Wylądowaliśmy zatem w jakimś ośrodku, do którego jechaliśmy z lotniska około czterech godzin w samym środku miejsca gdzie diabeł mówi dobranoc. Kiedy jednak następnego dnia rozejrzelismy sie dookoła okazało się że miejsce jest poprostu niewiarygodne. Cały ośrodek składał sie z około piętnastu chatek bardzo skromnie ale i gustownie wyposażonych. Ośrodek miał oczywiście swoją restauracje a ona zaopatrywała się w produktu wytwarzane na terenie ośrodka, który okazał się rownież farmą. Dzisiaj nazwałbym to miejsce farmą agroturystyczną, serwującą swoją żywność produkowaną ekologicznie bez żadnych ulepszaczy. Mieliśmy możliwość zwiedzenia całej farmy z przewodnikiem, otrzymując wiele ciekaw informacji na temat roślin hodowanych tutaj, historii farmy oraz jej specyfiki. Otaczająca  nas dżungla nie sprawiała wrażenia, które miałem zakodowane w swojej głowie, było bardzo spokojnie, cicho a urokliwosci temu miejscu dodawała rzeka płynąca nieco poniżej wszystkich domków. Droga, którą dojechaliśmy do tego ośrodka z lotniska w Belize City to była niejako główna trasa tego państewka. Pozwoliło nam to na zobaczenie części lądowej Belize. Nie robi ono większego wrażenia a nawet miejscami widać było sporą biedę. Belize to jednak przede wszystkim jego wysepki położone na Atlantyku a te to juz inny świat. O tym już następnym razem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s