O co chodzi z tą marychą?

Już od dawna lekarze oraz tradycyjna medycyna stracili wiele mojego zaufania. Jest to moje dość generalne odczucie, które daleki jestem aby rozciągnąć na całe środowisko. Definitywnie są lekarze, którzy oddani swojej profesji, niesienie pomocy ludziom uważają za swój obowiązek i powołanie nie myśląc o płynących z tego korzyściach finansowych. Ci „odszczepieńcy” to jednak potwierdzenie generalnej reguły, która ukazuje lekarzy bardziej jako dorobkiewiczów niż kogoś wrażliwego na ludzki ból. Utwierdza mnie w tym przekonaniu walka a zalegalizowanie leczniczej marihuany, z którą tak wielu ludzi w białych fartuchach walczy. Powołują się na brak jednoznacznych badań, testów, wyników laboratoryjnych itp itd. Te banialuki mogli nam wciskać dwadzieścia lat temu, kiedy nie było internetu i byliśmy zdani li tylko na ich opinie. Dzisiaj każdy kto ma ochotę poszukać i poczytać na ten temat, nie będzie miał najmniejszych problemów. Zatem to kompletna bzdura, że brak jest testów czy badań w tym zakresie. Pisze na ten temat prof. Jerzy Vetulanin i Maria Mazurek w książce „Bez Ograniczeń”. Mówi o tym Jerzy Zięba na wielu wykładach dostępnych na You Tube. Czemu zatem w środowisku lekarskim napotykamy na tak zatwardziały graniczący z bezmyślnym opór przeciw usankcjonowaniu marihuany? Przecież to graniczy z jakimś kompletnym absurdem aby matka, której dziecko chore na padaczkę, była zmuszona najpierw ubiegać się w Ministerstwie Zdrowia o zgodę na sprowadzenie tego specyfiku zza granicy, a gdy już go wreszcie miała nie udało jej się znaleźć lekarza, który zaaplikowałby ów medykament jej dziecku. Nie mając innego wyjścia podała je dziecku sama na własną odpowiedzialność. Świadczy to zatem, że kuracje tego typu są już stosowane na świecie tylko jakaś dziwna klauzula sumienia albo raczej zmowy nie zezwala na jej wprowadzenie w Polsce. Ta klauzula kryje się w sformułowaniu „firmy farmaceutyczne”. To właśnie one coraz cześciej utrzymują wszelkiego rodzaju wyższe szkoły medyczne w zamian za to mają określone oczekiwania. W Stanach wykształcenie lekarza o jakiejkolwiek specjalności to koszt niejednokrotnie dochodzący do pół miliona dolarów. Nie, to nie jest przejęzyczenie, pół miliona dolarów plus minus pięćdziesiąt tysięcy to standard. Podejrzewam, że w Polsce napewno ta kwota jest o wiele niższa. W przeciwieństwie jednak do stanów, gdzie studenci partycypują w kosztach nauki, u nas ciagle koszty dla studenta są minimalne. Ktoś musi się dołożyć. Dokładają się oczywiście firmy farmaceutyczne a przy okazji program leczenia ograniczają do farmakologii. Ale to tylko początek. O wiele ważniejszy jest drugi etap czyli bodźce finansowe za stosowanie określonych metod leczenia i określonych specyfików. To już wyższa szkoła jazdy, tu są prawdziwe pieniądze. Nikogo już nie interesują skutki uboczne i inne tam takie jakieś nikomu niepotrzebne statystyki. W dobie kiedy działalność szpitali oparta jest na zysku, stosuje się to co tenże zysk zwiększa. Przeczytałem ostatnio, że pewien zaradczy onkolog w Stanach na przestrzeni dziesięciu lat zarobił ponad sześćdziesiąt milionów dolarów na niepotrzebnej chemioterapii. On zarobił a ile firmy farmaceutyczne tego już nie podano. Dopóki takie mamy relacje dopóty lekarze będą walczyć z innymi metodami bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi naogół o……, każdy zna to stwierdzenie. Ja zachęcam wszystkich do wykładów Jerzego Zięby, bo stara się walczyć z betonem, póki co na próżno. A swoją drogą dobrze, ze zanim pojawił sie AIDS istniały już prezerwatywy. Gdyby ich nie było to pewnie przed każdym stosunkiem musielibyśmy wpieprzać garść jakichś chemikalii tak na wszelki wypadek. 

Reklamy

Polska – stany czyli przyjaźń paradoksalna

Wpadł w moje ręce film pt ” Bilet na Księżyc” , a że na brak wolnego czasu nie mogę narzekać to i z przyjemnością go sobie obejrzałem. Jest to ostatni film z udziałem Anny Przybylskiej. Akcja filmu rozgrywa się w końcówce lat sześćdziesiątych. Filmy robione teraz o tamtych czasach często przejaskrawiają PRL albo w jedną albo w drugą stronę, toteż nie należę do sympatyków takiego kina. Cała akcja filmu to podróż poborowego do wojska i jego przygody po drodze. Dodatkowo wszystko odbywa się w przeddzień 22 lipca, która to data dla ówczesnej władzy miała priorytetowe znaczenie toteż wszelkiego rodzaju pozytywna propaganda sukcesu przewija się rownież i w tym filmie.  Nie mam zamiaru streszczać filmu i pewnie nie zrobiłby on na mnie większego wrażenia gdyby nie jego końcówka. Główny bohater, poborowy, na skutek zajść jakie miały miejsce na jego drodze do jednostki, decyduje się porwać samolot pasażerski LOT-u. Uprzejmy kapitan nawet doradza porywaczowi gdzie z jego punktu widzenia byłoby najkorzystniej lądować. Pada na lotnisko w Berlinie Zachodnim, które w tym czasie obsługiwane i zarządzane było przez armię amerykańską. Jako porywacz nasz poborowy zostaje oczywiście potraktowany w odpowiedni sposób czyli skuty w kajdanki. Już na lotnisku zostaje przesłuchany przez jakiegoś pułkownika armii amerykańskiej. Z urzędu też przydzielono mu obrońcę z tłumaczem języka polskiego. Samolot z jakichś powodów musiał być opróżniony a pasażerowie przetransportowani do budynku lotniska. Ów pułkownik po przesłuchaniu naszego porywacza wyszedł do pasażerów i w krótkim przemówieniu przedstawił im aktualną sytuację oraz osobom zainteresowanym zaproponował możliwość skorzystania z azylu. Parę osób skorzystało z oferty. Niecałe dwadzieścia lat pózniej znalazłem się w Wiedniu, gdzie za pomocą organizacji charytatywnych starałem się o wyjazd do Stanów. Zajęło im dwa lata zanim udało mi się wreszcie wyładować w Nowym Jorku. Nikt mi niczego nie oferował, nikt niczego nie proponował. Polska była na krawędzi zmian ustrojowych a rząd stanów potrzebował nas obywateli w naszym kraju do walki z systemem. Minęło następne parenaście lat. Mamy już demokratyczną ojczyznę na niemalże wzór i podobieństwo najlepszej demokracji świata, jesteśmy częścią Unii Europejskiej, której obywatele korzystają z bezwizowego wjazdu do stanów, ale nie my. Właśnie film, o którym pisałem na wstępie uświadomił mi cały ten paradoks. Jak to właściwie jest z tymi naszymi „ukochanymi” braćmi zza wielkiej wody? Był zły system to oferowali nam od ręki azyle, pomoc i inne tam takie żeby dopiec systemowi totalitarnemu. Podobno mieliśmy nawet klauzulę najwyższego uprzywilejowania w handlu. Nie spieszno im już tak było w latach osiemdziesiątych. Większość z nas w Wiedniu czekających na wyjazd musiała pogodzić się z procedurami, które średnio trwały dwa lata. Wreszcie spełniły się marzenia prezydentów stanów. Runął mur, systemy się rozpadły, nastała demokracja. Wyjazd na stałę już nie wchodzi w grę bo i nie ma powodów po temu, a w zamian za klauzulę najwyższego uprzywilejowania dostaliśmy klauzule najgorszego traktowania. To chyba taka nagroda za nasz wkład w rozpieprzenie totalitaryzmu. Ot i ciekawostka dziejowa; zły system – dobre traktowanie, dobry system – złe traktowanie. A może poprostu polityków teraz mamy gorszych albo całkiem do dupy. Hm, ciekawa konkluzja. 

Polska piłka klubowa i albańskie media

Często zadaję sobie pytanie skąd się bierze tyle chamstwa i agresji na stadionach szczególnie piłkarskich? Skąd w kibolach, bo przecież to nie kibice, tyle nienawiści do drużyny przeciwnika, żeby być nawet gotowym kogoś zabić? Sam jestem kibicem i nieraz zdarzy mi sie siarczyście zaklinać jak mojej drużynie nie idzie, zwłaszcza w pojedynku z tą jedną drużyną do której czuję specjalną awersję. Nie wyobrażam sobie jednak aby z tego powodu kogoś narażać czy tłuc się z tym kimś bezmyślnie. Nie ulega watpliwości, że sport to emocje a w czasach kiedy wielu tych kiboli jest rownież sfrustrowanymi swoim codziennym życiem to może to być dla nich metoda na rozładowanie. Po takim bezmyślnym waleniu Bogu ducha winnego kibica drużyny przeciwnej wreszcie mozna poczuć się ważnym i z lepszym spojrzeniem na życie spokojnie pójść spać. I niech sobie robią te chore ustawki i walą się po swoich schorowanych głowach byle nie wnosili tego na stadiony. Sadomasochizm to choroba ale jeżeli spotkają się na jakichś błoniach czy innym lesie bandziory, którym to sprawia przyjemność to niech się sadomasochizują miedzy sobą, zostawcie jednak nas zwykłych kibiców w spokoju, a najlepiej zamiast na mecz umówcie się odrazu na to wasze bezmyślne, dla zasady walenie po mordach, gdzieś gdzie was nikt nie musi widzieć. Sądzę zatem, że to właśnie frustracja powoduje większość tej dzikiej agresji. Zdziczenie może być jednak podgrzewane z zewnątrz. Debilizm i prymitywizm albańskiego pismidła jest właśnie zachętą dla tych wszystkich dzikusów. Stawianie znaku równości miedzy kibicami z Polski a nazistami jest wręcz nakłanianiem do agresji kibiców albańskich. Mierni pismacy nie znajdując innej możliwości do zaistnienie uwielbiają paplać się w gównie kosztem innych ludzi. Nie znam drużyny, z którą przyjdzie Legii walczyć o awans do następnej rundy Ligi Europy, wydaje mi się jednak, że ktoś, np. UEFA, musi coś zrobić aby media nie antagonizowały kibiców. Gdzieś słyszałem powiedzenie, ze głupota to jest najohydniejsze przestępstwo, za które nikt nie jest karany. Albański pismak to prymitywny głupek, tyle że gazeta musi być jeszcze głupsza publikując takie badziewie.  Puchary znowu dość boleśnie obnażyły stan naszej piłki. Napewno liczyłem na trochę więcej, niestety polskie drużyny nie mogą konkurować z drużynami hiszpańskimi, niemieckimi czy angielskimi a nawet Cypryjczycy są dla nas już za silni. Nie te finanse, nie ci sponsorzy. I długo tak jeszcze będzie, chyba że utalentowany pan Platini znajdzie jakaś metodę dzielenia sie zyskami. Póki co rok w rok wygrywają te same drużyny i zgarniają największe premie. To nigdy niczego nie uzdrowi a wręcz przeciwnie, dysproporcje będą się tylko pogłębiać. Tak długo jak piłkarskie centrale będą się kierować powiedzeniem „biznes jak zwykle”, tak długo będziemy mieli silne ligi tylko tam gdzie są pieniądze a my z zazdrością będziemy oglądać transmisje z ligi np.niemieckiej. 

Mamy nowego sąsiada, czyli jak Milan kupował dom

W jednym z moich poprzednich wpisów wspomniałem o Milanie, Słowaku poznanym w trakcie jednej z naszych poprzednich wizyt w Ekwadorze. Pozostawaliśmy w kontakcie elektronicznym, czekając na sprzyjające okoliczności aby ponownie sie spotkać. Podobnie jak my, Milan przyjechał do Ekwadoru na swego rodzaju rekonesans w celach czysto inwestycyjnych. Oryginalnie nie planował przeprowadzki do Ekwadoru, bardziej był zainteresowany lokatą swoich funduszy nie koniecznie w Ekwadorze ale może gdzieś w Ameryce Południowej. Przed przyjazdem do Ekwadoru na początku 2014 roku daliśmy znać Milanowi. On wlasnie czekał na nasz znak, jako że sam planował ponowne odwiedzenie Ekwadoru, chciał jednak mieć kogoś znajomego w trakcie tego pobytu. Wiedział, że nasz pobyt będzie ograniczał się do Cuenki, totoż miasto to ustaliliśmy jako miejsce naszego spotkania. Milan wcześniej był już Cuence, ale z uwagi na opady i niską temperaturę jak na jego potrzeby nie zamierzał więcej tutaj wracać. Wiedząc jednak o naszej budowie postanowił nas odwiedzić. Jak postanowiliśmy tak się i stało. Zaraz po naszym przyjeździe w styczniu, Milan zjawił się w Cuence. Daliśmy mu namiary na naszego taksówkarza, jako że nie było innej możliwości wytłumaczenia mu jak do nas dojechać. Kiedy wreszcie dotarł na miejsce, jak to się żartobliwie mówi, szczęka mu opadła. Nie, nie ze względu na nasz dom, ale przede wszystkim ze względu na otoczenie. Dolina, po jednej stronie góry, po drugiej rzeka, szum której był wyraźnie słyszalny, a za nią znów góry. Wszechobecna cisza i spokój, który docenić może tylko ten kto czegoś takiego szuka. To było rownież to czego Milan szukał. Okolica zrobiła na nim olbrzymie wrażenie i fakt, że moglibyśmy być sąsiadami pobudził go do działania. Nasz dom znajduje się około pięć kilometrów od głównej drogi, na tym odcinku znajduje się wiele parceli używanych jako pastwiska, na których mozna by postawić dom. Nikt jednak nie chciał się pozbywać żadnego terenu. I kiedy już wydawało się, że starania Milana spełzną na niczym, zupełnie przypadkowo idąc do autobusu zostałem wzięty przez naszego sąsiada do samochodu. Właśnie udawał się do Cuenki i zaoferował, że mnie podrzuci. Sąsiad ten to emerytowany kardiolog z minimalną znajomością języka angielskiego. W trakcie naszej jazdy oraz angielsko-hiszpansko-migowej rozmowy dowiedziałem się od niego, że jego żony bratanek czy też siostrzeniec, który mieszka dosłownie sto metrów góra dwieście od nas z uwagi na pracę jaką otrzymał na drugim końcu Ekwadoru, zmuszony jest sprzedać swoją posiadłość. Sąsiad wiedział, że Milan szukał posiadłości, zaproponował zatem aby Milan się skontaktował z jego żoną a ta pokazała by mu ową posesję. Jakoś tydzień pózniej Milan spotkał się z Mary, jakoś miesiąc pózniej został właścicielem owej posesji. I tak oto dwa domy dalej od nas naszym sąsiadem został Milan, który przed dotarciem do Ekwadoru zaliczyl Niemcy oraz Stany Zjednoczone.

Ludzie na świeczniku czyli myśli obłąkane

Często sprawdzam nagłówki artykułów z rożnych stron internetowych. Te co ciekawsze czytam. Czasami jest ich więcej, czasami mniej. Czasami tytuł interesujący a w tekście banialuki, a czasami wręcz odwrotnie. To chyba jest charakterystyczne dla każdego czytelnika internetu. Dzisiaj to jest siedemnastego lipca roku pańskiego 2015, zaciekawiły mnie cztery publikacje, do których muszę się odnieść bo radykalnie podniosły moje ciśnienie. Arcybiskup Stanisław Gądecki przewodniczący Episkopatu Polski tak się przeraził wizją ustawy o in vitro, że aż wystosował petycję do prezydenta o jej odrzucenie. Wiem, że kościół w sprawach życia poczętego będzie bardzo ciężko zadowolić bo z jakichś bliżej mi niezrozumiałych przyczyn fascynuje go prokreacja czyli krótko mówiąc życie seksualne. Może wlaśnie dlatego mają takie problemy z pedofilami w sułtannach. Proponuję zatem księdzu Stanislawowi żeby najpierw zaczął sprzątać pod latarnią i wydał bezwzględna wojnę duchownym pedofilom zanim odbierze ostatnią nadzieję rodzicom, którzy chcą mieć dziecko ale z jakichś powodów nie mogą. Proponuję księdzu Stanislawowi aby zabronił swoim podwładnym używania ambony jako mównicy do celów politycznych. To wlasnie zrobił pan Jarosław Kaczyński podczas pielgrzymki do Częstochowy. Nawet prosty dominikanin sądzi, że było to nadużycie liturgii i określił to jako skandal. To tylko dwa przykłady z brzegu, którymi powinien się zająć arcybiskup i jego podwładni ale jak to zwykle bywa najciemniej jest pod latarnia. Niejaki Paweł Ukielski rocznik 1976, zastępca prezesa histerycznych historyków z tzw IPN, domaga się wyburzenia pałacu kultury i nauki w Warszawie. Ten nawiedzony historyk osiagnął oszałamiający wiek trzynastu lat kiedy Polska wreszcie odzyskała wolność. Jednak te trzynaście lat życia w systemie totalitarnym tak mu dopiekły, że nie może chłopina zdzierżyć tego przeklętego daru od Stalina. Ja wręcz podejrzewam, że pan Ukielski musiał być internowany w wieku pięciu lat i osadzony w tym samym miejscu co inny rozhisteryzowany historyk niejaki pan Antoni. Indoktrynowany przez tegoż uświadomił sobie, że wszystkiemu jest winien nieszczęsny pałac. No gdyby ufundował go taki na ten przykład Churchill czy inny Roosevelt, którzy sprzedali Polskę Stalinowi to wtedy co innego. A przy okazji panie historyk przypominam, że to właśnie Anglia obiecała nam pomoc w przypadku najazdu hitlerowców na Polskę a Stany zaakceptowały inwazję na nasz kraj. Domyślam się, że pan wolałby żyć w okupowanej przez hitlerowcow Polsce niż w kraju wyzwolonym przez Rosjan, ja jednak nie. Zostaw pan zatem ten pałac w spokoju i spieprzaj pan do tej swojej Anglii póki jeszcze przyjmują. Zbigniew Ziobro, przedstawiać gościa chyba nie trzeba domaga się chłopisko normalności w naszym kraju. Panie Zbigniewie jak pan rzucasz takie hasła to proszę bardzo o defincję tak żebyśmy wiedzieli o czym pan mówi. Hasło normalność napewno ma zabarwienie subiektywne biorąc to pod uwagę domyślam się, że w pańskiej opinii normalnie to było wtedy jak pan był ministrem sprawiedliwości. Dlatego proszę uprzejmie o definicję bo w mojej encyklopedii to co pan wyprawiał w imię normalności było definitywnie nienormalne. Ostatnia informacja dotyczy aktualnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Otóż pan prezydent zdecydował, że po przekazaniu władzy panu Dudzie założy fundację. Nie wiem co będzie jej celem i prawdę mówiąc nie bardzo chcę wiedzieć. Wiem natomiast, że fundacje w większości to podmioty, które niepodlegają podatkom jako, że funkcjonują jako organizacje o charakterze charytatywnym. I tu jest wlasnie mój problem. Wiele z tych fundacji okazało się przykrywką do nieczystych interesów ich założycieli. Daleki jestem od rzucania jakichkolwiek podejrzeń na pana Bronisława bo choć zawiódł mnie jako prezydent, to zasłużył sobie na minimum szacunku. Dlatego mam nadzieję, że na czele tej jego fundacji zasiądzie ktoś o nieskazitelnym charakterze i czystych rękach. Tylko czy uda się takiego kogoś znaleźć?

Nowy Jork i Manhattan, miejsce które nigdy nie śpi

Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych we wrześniu 1989 osiedliłem się w stanie New Jersey. Zaczęło się od Dover przez Boonton a skończyło w Roxbury. Przez cały okres mojego pobytu mieszkaliśmy w chrabstwie Morris. Przez jego północną część przebiega droga numer 80, która jest najdłuższą drogą międzystanową w Stanach. Na wschodzie kończy sie ona przed samym wjazdem na most George’a Washingtona a na zachodzie dochodzi aż do San Francisco. Mieszkanie w pobliżu tej drogi umożliwiało nam odwiedzanie Nowego Jorku. Miasto Nowy Jork podzielone jest na dzielnice i chociaż Manhattan jest najbardziej utożsamiany z miastem, to jednak stanowi tylko jego część. To jednak on jest celem wycieczek turystów, mało kto interesuje się Brooklynem czy Queensem. Wielokrotnie odwiedzaliśmy Manhattan bo sami byliśmy go ciekawi. U zbiegu siódmej aleji i Broadwayu, pomiędzy zachodnimi ulicami czterdziestą drugą i czterdziestą siódmą ulokowany jest Time Sauare, serce Manhattanu. Ta część miasta nigdy nie śpi, życie toczy się tutaj 24/7. To właśnie w tych okolicach znajdują się niezliczone teatry, ściągające rzesze widzów każdego dnia. Większość przedstawień na Broadwayu to musicale ale można od czasu do czasu trafić rownież na przedstawienie teatralne. Na mnie największe wrażenie wywarł Phantom of the Opera. Wypad na Broadway to dość kosztowna propozycja ale raz na jakiś czas warto było to wszystko zobaczyć. Spektakle zaczynają się naogół o ósmej wieczorem i trwają około trzy godziny. Po wyjściu z teatru aktorzy chętnie spotykają się z widzami oraz pozują do zdjeć. Przedstawienie się kończy zatem w granicach jedenastej w nocy i wydawać by się mogło, że na zewnątrz miasto już powoli zasypia. Nic bardziej mylnego, ono wlasnie sie rozkręca. Time Square robi wlasnie o tej porze największe wrażenie. Światła, neony, reklamy a przede wszystkim masa ludzi jaka się wciąż przetacza przyprawia o zawrót głowy. Spektakl jaki się odbywa o tej porze to jedyne w swoim rodzaju widowisko, które nie sądzę aby można było porównać do czegokolwiek. To właśnie  tutaj idzie w górę bomba noworoczna, obwieszczająca nowy rok w tej części Stanów Zjednoczonych. To wlasnie stąd rozpoczynają się wycieczki po Manhattanie by potem przenieść się na Wall street czy do parku centralnego. Są ludzie, którzy kochają cały ten zgiełk i to życie, my jednak z przyjemnością wracaliśmy do naszej głuszy w New Jersey. Nie da się jednak ukryć, ze polubiliśmy nasze wypady na Broadway, chociaż zawsze chętnie wracaliśmy do domu to miło było mieć to miejsce w zasięgu ręki. Ale Manhattan to oczywiście nie tylko Time Square i Broadway, chociaż tędy przetacza się zgodnie z danymi miasta około trzysta trzydzmieści tysięcy ludzi dziennie, to równie sławne centrum finansowe z Wall Street, gdzie znajduje sie budynek giełdy nowojorskiej, na czele. Ta część Nowego Jorku jest najbradziej znana ze wszystkich pocztówek. To tu stały słynne bliźniacze wieże, które runęły w trakcie zamachów terrorystycznych jedenastego września. To wlasnie te wieże stanowiły o specyfice tak zwane Downtownu Manhattanu. Udało nam sie zaliczyć wyjazd windą na najwyższe dostępne piętro i trzeba przyznać, ze widok był nieprawdopodobny. Paradoksalnie ta część Manhattanu robi największe wrażenie od strony Brooklynu. Jadąc drogą numer dwieście siedemdziesiąt osiem czyli popularną BQE od Brooklyn Queens Expressway wzdłuż rzeki wschodniej, szczególnie nocą, oświetlony Downtown był najlepiej widoczny jako całość. Niestety wieże zniknęły z powierzchni i nie przypuszczam, że cokolwiek i kiedykolwiek będzie je w stanie zastąpić. 

Trump na prezydenta czyli paranoja jest goła

Dotarło do mnie wlaśnie, że kandydatami na funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych z ramienia partii republikańskiej będą Donald Trump i Jeb Bush a jedną z kandydatek partii demokratycznej będzie Hilary Clinton, czego można się było spodziewać. Clinton nie ma zbyt dobrej prasy ale jej mąż, były prezydent ciągle kojarzy się z ostatnimi latami prosperity w USA, dzięki czemu ma realne szanse na zwycięstwo jesli tylko przejdzie prawybory i zostanie dysygnowana przez demokratów. Jestem jednak kompletnie zaskoczony kadydatami republikanów. Czterokrotny bankrut oraz brat najgłupszego prezydenta a historii Stanów Zjednoczonych to tylko świadczy jak beznadziejnie słaba jest ta partia. Nie mam zatem wątpliwości, że bez względu, który z tych panów będzie startował przeciwko prawdopodobnie pani Hilary jego szanse są znikome jesli nie zerowe. Republikanie stracili bardzo wiele poparcia w społeczeństwie amerykańskim dzięki młodemu Bushowi. Przez dwie kadencje swojego urzędowania doprowadził kraj do kompletnej ruiny, nie mówiąc o wojnach na dwóch frontach. Te dwie kadencje jeszcze długo bedą istnieć w amerykańskiej świadomości a samo nazwisko Bush to kompletna kompromitacja dla funkcji prezydenta. Republikanie zniszczyli średnia klasę czyli tą część głosujących, która zawsze była pro republikańska. Niestety ona już nie istnieje. Republikanie, podobnie jak Platforma w Polsce zachłyśnięci władzą, zapomnieli skąd ta władza pochodzi. Żyli w kompletnym oderwaniu od ludzi i ich codziennych problemów, sprzedając im terror i strach przed terrorystami jako główny produkt. Kiedy przyszedł czas kryzysu finansowego stanęli po stronie chciwych banków i finansjery oferując im pomoc za pieniądze podatników. Do tej partii dalej nie dociera, że nie mają nic kompletnie do zaproponowania ani młodzieży kończącej studia, ani małemu biznesowi, ani średniej klasie. Wytypowaniem Busha i Trumpa ośmieszyli się w moim przekonaniu jeszcze bardziej niż Polska gdy prezydent Lech Kaczyński powołał bliźniaka swojego na premiera. W amerykańskich media ta informacja uchodziła za najzabawniejszą wiadomość dnia, a jedno z pytań wtedy zadawanych brzmiało mniej więcej tak: czyż już nie ma w Polsce komu rządzić, ze prezydent na premiera powołuje brata? Dziś możemy im odpłacić podobnym pytaniem: czyż juz nie ma komu rządzić w stanach oprócz Bushów i Clintonów? Zakładam oczywiście, ze Jeb dowali Donaldowi bo jeśli nie to sam fakt, ze czterokrotny bankrut byłby nominowany na kandydata na prezydenta przyprawia mnie o histeryczny śmiech. I pomysleć, że jeszcze nieco ponad dwadzieścia lat temu stany to była potęga.  A tak na marginesie, gdzieś na jakimś portalu z teoriami spiskowymi wyczytałem, że i Bushowie i Clintonowie to w prostej linii jacyś krewni królowej Elżbiety. No i pewnie dlatego Anglia jest największym sojusznikiem wuja Sama. Tylko jeśli to prawda to na kogo postawi jej wysokość królowa? Gdyby jednak w jakiś nadprzyrodzony sposób udało się jednak Trumpowi zostać prezydentem ( w końcu Rambo niemal wygrał wojnę w Wietnamie samodzielnie czyli wszystko jest możliwe ) to jego pierwsza wizyta powinna odbyć się do Brukseli na spotkanie z Prezydentem Unii Europejskiej. Juz widzę oczami wyobraźni te nagłówki w gazetach amerykańskich relacjonujące spotkanie obu panów. Pierwsze strony gazet, podsumowania, analizy eksperckie i temu podobne brednie a tymczasem ich spotkanie można było skomentować w następujący sposób: gdzieś w Brukseli dwa Donaldy się spotkały, trochę sobie pogadały, pożytku nie było z tego żadnego, doszli jednak do wniosku jednego, ” Obaj takie same imię mamy, a wyroków boskich nie zbadamy „. Ot i kwintesencja całodniowej gadaniny. Na zakończenie spotkania, jak donosiły gazety amerykańskie, prezydent Trump poczuł się trochę skonfudowany myśląc, że występuje w swoim ulubionym programie „Aprentice” zwrócił się do prezydenta Tuska ze słowami: ” You are fired”, na co Tusk znany ze swojej biegłości w języku angielskim odrzekł: ” Fire? What fire? There is no fire”. Spotkanie generalnie przebiegło w przyjaznej atmosferze i wszystkie cele zostały osiągnięte. 


Patrick i Sylvana czyli holistyczna klinika zdrowia

Od niemal czterech lat walczę z moją tarczycą. Nie bardzo mnie oszczędza ale jakoś sobie radzę. Tarczyca i jej hormon kontrolują podobno wiele funkcji w naszym organiźmie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć co dokładnie, bo z mojej perspektywy im więcej się o tym myśli tym więcej niekorzystnych rzeczy ściągamy na siebie. Moja tarczyca w podstępny sposób zaatakowała moje oczy. Konsekwencją tego było rozbiegnięcie się obrazów jakie widzę. Zatem lewym okiem widzę coś innego niż prawym. Początkowo sądziłem, że coś mi się stało z oczami zwłaszcza, że już kiedyś miałem z nimi problem. Badania krwi i mój okulista potwierdziły jednak, że problem z oczami jest efektem złego funkcjonowania tarczycy. Zaczęły się zatem wizyty u endokrynologów i okulistów specjalizujących się w tego typu problemach. Różnorakie badania, naświetlania oczów i temu podobne cudawianki nowoczesnej medycyny miały mi przywrócić prawidłową zbieżność obu oczów. Przeszedłem nawet zabieg wypalenia części tarczycy. Niewiele to wszystko zmieniło. Podczas jednego z naszych pobytów w Ekwadorze dowiedzieliśmy sie o małzeństwie praktykującym medycynę holistyczną. Ponieważ tradycyjna mnie zawiodła, postanowiłem spotkać sie z Patrykiem. Patrick i Sylvana to małżeństwo, które po latach pracy w Kanadzie postanowiło przenieść się do Ameryki Południowej z uwagi na coraz to większe ograniczenia w praktykowaniu medycyny alternatywnej w Kanadzie. Ich podejście do chorób różni się od tradycyjnego tym, że uważają człowieka jako całość i nie koncentrują się jedynie na dolegliwościach ale starają sie dojść do ich przyczyn. Dysponują przy tym wiedzą z zakresu wielu dziedzin medycyny alternatywnej. Patryk zapoznał mnie z ich metodami ale aby cokolwiek w moim przypadku mógł zaoferować konieczna była wstępna rozmowa oraz wypełnienie ankiety z pytaniami dotyczącymi zdarzeń i historii mojego życia. Rzeczywiście, po spełnieniu tych dwóch warunków Patryk udzielił mi wielu wskazówek i zapromował metody polepszenia mojego stanu zdrowia. Jego podejście można prawdopodobnie zastosować do każdego z nas. Na stan naszego zdrowia wpływa parę czynników, z których najważniejszymi są: stres, emocje, ilośc tlenu w organizmie oraz dieta. Te cztery elementy to podstawa. Niestety żyjemy w świecie i czasach, w których kontrolować te elementy jest bardzo trudno a czasami wręcz niemożliwe. Ćwiczenia oddechowe oraz medytacja to dwie rzeczy, które tak naprawdę nie wymagają olbrzymiej ilości czasu, trzeba jedynie być konsekwentnym i doprowadzić aby wyszły one w nasz krwiobieg i stały się częścią naszego życia codziennego jak chociażby jedzenie. Patryk zaproponował mi rownież sesje balansowania energetycznego oraz sesje dotleniania za pomocą komory tlenowej. No cóż, zawiedziony medycyną tradycyjną, postanowiłem spróbować. Zabiegi w komorze tlenowej przyniosły bardzo pozytywne rezultaty. Poprawiły zdecydowanie sen, z którym też miałem problemy ale przede wszystkim moje samopoczucie fizyczne jak i psychiczne uległy polepszeniu. Będąc z dała od codziennych problemów i gonitwy za niewiadomo czym udało mi się rownież uspokoić stres i lepiej panować nad emocjami. Muszę przyznać, że wiele z pomysłów Patryka, chociaż na początku niebardzo do mnie przemawiało, potwierdziło swoją przydatność. Podczas pobytu w Ekwadorze udało mi się sporo rzeczy zrozumieć i przestrzegać reguł zaproponowanych przez Patryka. Potrzeba wyciszenia, spokoju, rozmowy ze sobą, przestrzeganie diety, detoksyfikacja organizmu z metali i pasożytów, pozytywne myślenie oraz naturalne suplementy wystarczyły abym poczuł się lepiej. Powrót do cywilizacji w Stanach oraz w Polsce nie wpływa pozytywnie na mój krwiobieg, niezależnie od tego na lekarzy tradycyjnej medycyny nie zamierzam tracić czasu.

Bankierzy, finansiści tego świata aferzyści

Nie chce mi się nawet pisać wierszy
Bom ja przecież nie jest pierwszy
Co dostrzega to okropne szambo
Od którego nawet murzyn zwany Bambo
Zrobił się jak papier blady
Rządzą nami koniokrady.
Ci co maja władze na tym świecie
To w większości same śmiecie
Nie, to nie są politycy
Ci to łażą na ich smyczy
To bankierzy, finansiści
Oraz im podobni aferzyści
Kiedyś było niewolnictwo
Dziś zmienili nazewnictwo
Bo niewolnik brzydkie słowo
Wymyślili węc idee całkiem nową
I pieniądzem to nazwali
Którym prace nasza wyceniali
Wszystkim to się spodobało
Bo to bardzo ułatwiało
Rozliczenia usługowo-towarowe
Masz monetę, płacisz i gotowe.
Banki pieniądz przechowywać miały
Sprawę sobie jednak zdały
Ze zysk z tego jest zbyt mały.
Wymyślili więc pożyczki wszelkie
Za opłaty niezbyt wielkie.
To co kupisz dzisiaj, spłacisz jutro
Wal do sklepu kupuj sobie futro
Weź kredycik i kup sobie auto
Jak coś chcesz to czekać jest nie warto
By kupować za gotówkę
Na zaliczkę dasz nam stówkę
Resztę spłacisz pózniej w ratach
I nie słuchaj to co mówi tata
On jest bardzo starej daty
Zatem nie rozumie słowa raty.
I tak banki w siłę rosły
Niczym kury złote jaja, zyski niosły.
Mając w zadłużeniu przedsiębiorstwa oraz ludzi
Ten proceder ich już znudził.
Powołali zatem bank światowy
Ten pożyczać był gotowy
Wszystkim rządom, całym państwom
Co walutę mają własną
No i zaczął się proceder nowy
Banki odebrały politykom głowy
Za to ich kieszenie napełniły
W czym wspaniale się sprawdziły.
W zamian za to politycy chętnie pożyczali
I w ten sposób kraj swój zastawiali
Wszystkie kraje mają dzisiaj jakieś długi
Więc harujem jako sługi
Dla bankierów, finansistow
Oraz im podobnych aferzystów.
Chociaż kraje swoje rządy mają
One bankom podlegają
Śmieje z nas się polityczna klasa
My harujem, dla nich kasa
Każdy niewolnik pracował dla swego pana
Dzisiaj wszyscy ludzie od samego rana
Czasem nawet aż do późnej nocy
Pracują dla tej polityczno-bankierskiej swołoczy
Stała się więc rzecz przedziwna
System inny, nazwa inna
Banki zniewoliły całe kraje
Myślisz ześ jest wolny? Tak się tobie tylko zdaje
Toteż ludziom Grecji biję dzisiaj brawo
Powiedzieli bankom: spieprzać byle żwawo.

Niech się ludzie ważni czują w referendum niech głosują.

Brawo Grecja. Zgodnie z przewidywaniami, ludzie mają dość zaciskania pasa. Na pytanie w referendum czy ludzie zgadzają się na dalsze cięcia, poprostu nie mogło być innej odpowiedzi niż nie. Przeprowadzanie referendum w tej sprawie, świadczy tylko o tchórzostwie greckich polityków. Wykreowali ten kryzys finansowy a teraz chowają się za plecami swoich obywateli. Oni z chęcią by wprowadzili kolejne ograniczenia i dowalili jakiś podatek tym, którym już i tak niewiele zostało, byleby tylko nie sobie. Nasza pani premier oskarża Greków o życie ponad stan, o wybujały system zabezpieczeń socjalnych, jednym słowem to najbiedniejsi Grecy są winni. Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy. Ryba, droga pani premier śmierdzi od głowy. Najpierw trzeba zreformować rząd i jego marnotrawstwo, dać przykład ludziom a nie odwrotnie. Ludzie nie chcą się zgodzić z tym, że jedna klasa może być bardziej uprzywilejowana niż reszta społeczeństwa. Kryzys w Grecji to przede wszystkim nieudolna administracja państwowa oraz europejski system bankowy. Nie jest przecież możliwe aby cała ta sytuacja powstała w ciągu dwudziestu czterech godzin. Cały świat wiedział o problemach Grecji a mimo to kontynuowano pożyczanie pieniędzy. Dlaczego zatem? Nie pani premier, to nie ludzie wywołali ten kryzys to politycy w pierwszej kolejności. Pani Kopacz dzisiaj krzyczy wszem i wobec, że obietnice partii prezesa są nierealne i doprowadzą nas do podobnej sytuacji jak w Grecji. Nie jestem ekonomista klasy pana Rostowskiego i pewnie dlatego nie stać mnie na knajpiane wypady za publiczne pieniądze, wydaje mi się jednak, że sporo można zaoszczędzić wlasnie w administracji państwowej. Na przywileje, którymi obsypują się nasi politycy już dzisiaj nas nie stać. Pamięta może pani premię jako przyznała pani sobie i swoim zastępcom jako marszałek sejmu? Napewno tak. Jak to się dzieje, że nikt z nas nie może liczyć na podobne dobrodziejstwa? Dla ludzi na wszystko brakuje środków ale pachołek pana Tuska ni z gruszki ni z pietruszki łapie się na fuchę za milion złotych rocznie. Zdegradowani i skompromitowani ministrowie dostają odprawy i wyrównania ale za co dokładnie? Proszę dać takie same przywileje wszystkim pracownikom którzy się skompromitują i jak ich pracodawca chce wywalić to musi im odpalić odprawę. Powinno być dokladnie odwrotnie, zwykli ludzie za mniejsze wykroczenia są wywalani na zbity pysk bez żadnych odpraw i wyrównań. Kto to wymyślił? Czy takie prawo ma jakieś uzasadnienie z punktu widzenia dobra państwa i ludzi? We wrześniu u nas odbędzie się referendum, którego zasadność jest conajmniej wątpliwa. Już dzisiaj można przewidzieć jakie będą odpowiedzi na pytania w nim postawione. Po co zatem ta cała farsa i tracenie pieniędzy? Odpowiedz jest tylko jedna. Nasi politycy mają nas naprawdę w głębokim poważaniu. Opozycja, bezwzględu na to kto w niej jest, zawsze będzie głosować przeciw, nawet jesli sprzeciw jest głupi. Dla zasady trzeba być przeciw. Senatorowie z partii prezesa wyszli z obrad senatu nie głosując nad referendum. Nie można im zatem zarzucić, że byli przeciwni społecznym oczekiwaniom, poprostu wstrzymali się od głosu. Zatem aby postawić opozycje w sytuacji bez wyjścia, prezydent zadecydował o referendum. Wywalimy zatem kolejne miliony, których podobno nie ma, tylko dlatego, że dwie rządzące partie nie potrafią się porozumieć. To po co nam ten rząd? Proponuje referendum na każdą okazję a darmozjady won do domu i do roboty. Nasi politycy są jednak zawsze w jednym zgodni. Spróbujmy im coś odebrać z tych ich marnych uposażeń i przywilejów i proszę bardzo 460 przeciw. Co za zgodność. Podejrzewam nawet, ze gdyby pan Komorowski wiedział, że idea z referendum i tak mu nie pomoże w reelekcji to pewnie nigdy by się na pomysł referendum nie zdecydował.