Jesteśmy wszędzie.

Było to bodajże w 1988 roku. Razem ze znajomym wracaliśmy metrem do domu. Wiekszosc z nas znalazła się w Wiedniu z wiadomych powodów. Każdy z nas starał się przeczekać czas do wyjazdu z Austrii gdzieś tam w szeroki świat, pracując jednocześnie na utrzymanie. Właśnie wracaliśmy ze Zbyszkiem z pracy a że pora była późna miejsc w metrze nie brakowało. Naprzeciwko nas siedziała pani w granicach pięćdziesięciu lat pachnąca i zadbana jakby właśnie wyszła ze sklepu z kobiecą  moda. Zapach był niemal odurzający może właśnie dlatego komentując wydarzenia dnia pozwoliliśmy sobie na pare niecenzuralnych słów. Parę to pewnie określenie bardzo zachowawcze. Znaliśmy się  zbyt dobrze żeby bawić sie w jakieś ceregiele ze słownictwem. W tym czasie wyjazd z PRL-u był dość skomplikowany zatem możliwość spotkanie krajana na zachodzie należała raczej do rzadkości. Gdy wreszcie metro dotarło do stacji docelowej na której nasza „współtowarzyszka” podróży wysiadała, jakiezż było nasze zdziwienie gdy odezwała się do nas płynną polszczyzną.  Krótko mówiąc była zachwycona możliwością usłyszenia polskiej mowy gdyby jednak zlinkować ilość „kurew” byłoby jeszcze ładniej. Szczęki nam opadły, Musieliśmy wyglądać imponująco i tak pozostaliśmy aż nasza nieznajoma opuściła wagon. Jeszcze przez chwileę nie bardzo wiedzieliśmy co się stało a głos i słowa nieznajomej ciagle brzmiały w naszych głowach tak jakbyśmy dopiero próbowali odszyfrować co ona do nas powiedziała. Stereotyp pracującej Polki runął na gruzach naszej ignorancji. Nie będę się rozpisywał na temat Polonii amerykańskiej bo jest ona specyficzna. Stany zawsze były dla nas krajem do którego wielu z nas chciało wyjechać, wielu z nas ma tam rodzine bądź znajomych. Polaków w Stanach można znaleźć wszędzie. Cześć z nich chętnie działa w organizacjach polonijnych, cześć jednak stara się zasymilować jak najszybciej i odciąć od swojego pochodzenia. Poznaliśmy i jednych i drugich. Najbardziej utkwiła mi w pamięci znajoma, która odniosła w Stanach zawodowy sukces ale nieudalo jej się opanować języka w sposób nierozpoznawalny dla amerykanina, że posiada napływowy akcent. Dostawała bialej gorączki gdy ktoś pytał ją skąd pochodzi. Akcentu nie udało i mi się pozbyć ale nie widziałem w tym wiekszego problemu aby przyznać sie do kraju pochodzenia. Wszyscy wiemy, że największe skupisko Polonii amerykanskiej znajduje się na Greenpoincie na Brooklynie i tam bez większych kłopotów można porozmawiać i kupić wszystko używając jedynie naszego języka. Greenpoint i Manhattan Avenue to specyficzne miejsce w Nowym Jorku i napewno warte zobaczenia. Uczucie niemal bycia w domu, ze wszystkimi naszymi wadami i pozytywami jest wszechogarniające. Po latach pobytu w Stanach przyszedł czas na Ekwador. Tu rownież poznaliśmy parę osób z kraju. Okoliczności jednak były zbliżone do tych opisanych przeze mnie we wiedeńskim metrze. Na początku tego roku w trakcie jednej z wypraw do Cuenki dostaliśmy od znajomych ze Stanow adres restauracji gdzie serwowano organiczne jedzenie. Moja żona trochę zwariowana na tym punkcie zdecydowała się spróbować ten lokal. Znaleźliśmy „Nectar” bez większych problemów. Godzina nie była jeszcze obiadowa tak więc miejsca było sporo. Na około  dziesięć stolików może trzy byly zajęte. Wybraliśmy dla siebie stolik w rogu tak aby każdy miał jak najwięcej prywatności. W trakcie naszego zamawiania salę opuścili prawie wszyscy, tak więc zostaliśmy sami. Po pewnej chwili na salę weszła kobieta i rozejrzawszy się po sali przysiadla się do stolika sąsiadującego z naszym. Oczywiście rzuciłem w jej stronę kontrowersyjne spojrzenie po czym kontynuowaliśmy rozmowę z żonaą oczywiście w języku polskim. Miałem jednak na końcu języka powiedzieć coś niecenzuralnego na temat naszej sąsiadki. Dobrze, że się nie odezwalem bo po około piętnastu minutach pani odezwała się do nas płynnaą polszczyzną  pytając o to czy smakuje nam jedzenie. Jadwiga przebywała w Cuence od kilkunastu miesięcy i planowała się  tutaj również osiedlić. Wymieniliśmy się e-mailami i pozostajemy w kontakcie. Ja jednak nie mogłem zapomnieć jak blisko byłem powiedzenia czegoś uszczypliwego pod jej adresem z czym, jak sama przyznała bardzo się liczyła, przysiadając się do sąsiadującego z nami stolika. Po ponad ośmiomiesięcznym pobycie poza Ekwadorem, wróciliśmy do Cuenki w grudniu. Nie mieszkamy w samej Cuence tak więc staramy się pobyt w mieście wykorzystać do maksimum. Najczęściej nasze wypady na zakupy do Cuenki kończą sie wzięciem taksówki do domu bo i sporo mamy zakupów, i do domu dojazd jest trochę uciążliwy. Mamy swoich taksówkarzy, którzy wiedzą gdzie mieszkamy tak wię nie musimy łamać sobie języka z adresem i tłumaczyć jak do nas dojechać. Czekamy więc na naszego taksówkarza obładowani zakupami razem z Alicjæ na skrzyżowaniu dwóch ulic rozglądając się czy znajomy taksówkarz się nie  pojawia. Pomyliły mu się niestety sklepy i szukał nas gdzie indziej. Jeszcze parę minut i będzie na miejscu. Rozmawiamy zatem o wszystkim i o niczym z Alicją gdy nagle zza pleców doszło mnie zapytanie „czy mogę w czymś pomoc”. Nie bardzo mogłem siė zorientować czy samo zapytanie zaskoczyło mnie czy też  język w jakim ono padło wydał mi się znajomy. Stała co prawda koło kobieta patrząc na nas ale aktualnie nic nie mówiła. Te pare sekund trwało dość długo zanim wydusiłam z siebie po polsku czy ona coś do nas mówiła. Okazało się, że to Polka a przechodząc koło nas z równym zaskoczeniem usłyszała nas rozmawiających po Polsku i postanowiła się odezwać. Anna mieszka w Cuence od dwudziestu lat. Po krótkiej rozmowie wymieniliśmy się numerami telefonów i czas pokaże co z tego spotkania wyniknie. Jesteśmy zatem wszędzie i bardzo dobrze. Świat się skurczył i fajnie jest spotkać kogoś mówiącego naszą gwarą gdzieś na jego końcu.