Co to za kraj – lista absurdow

W którym banda nawiedzonych kelnerów, wykorzystując swoje miejsce pracy, nielegalnie  podsłuchuje, nagrywa i sprzedaje to co nagrali wścibskiemu brukowcowi,

W którym jeszcze bardziej nawiedzona banda sprawujących władzę polityków  miele ozorami podczas prywatnego spotkania w knajpie na tematy dotyczące państwa,

W którym brukowiec drukuje to co zostało zdobyte nielegalnie a dziennikarze podnoszą larum że się im odbiera prawo do wolnej prasy,

W którym opozycyjna partia wykorzystuje nielegalne nagrania dla celów swojej kompanii wyborczej bo nie ma nic pozytywnego do zaoferowania,

W którym lekarz pracujący w państwowym szpitalu odmawia wykonaniu zabiegu bo jest on niezgodny z jego wiarą, a ta jest dla niego ważniejsza niż zdrowie pacjenta,

W którym trzeba czekać miesiącami na wizytę u lekarza specjalisty pomimo ze ma się do niego skierowanie,

W którym ten sam lekarz specjalista może przyjąć prywatnie i spowodować po takiej wizycie przesuniecie w kolejce,

W którym chory skierowany do szpitala musi czekać na przyjecie do niego, bez znaczenia na jego stan zdrowia,

W którym lekarze są najbardziej biegli w wypisywaniu zwolnień lekarskich bez względu na stan zdrowia chorego a nawet nie koniecznie trzeba być chorym,

W którym jedynie słuszna wiara stoi ponad wszelkim prawem świeckim nie tylko w medycynie ale również i w edukacji,

W którym zwierzchnicy jedynie słusznej wiary bardziej dbają o swoje dobre imię niż dobro kościoła uzurpując sobie prawo do bycia nieomylnym,

W którym ksiądz może zostać przegoniony z parafii a nawet ze stanu duchownego jeśli tylko narazi się swojemu przełożonemu arcybiskupowi,

W którym ksiądz celebryta bardziej jest zainteresowany zgłębianiem tajników instytutu nienawiści narodowej niż własnej wiary,

W którym ludzie wielkiej wiary uzurpują sobie prawo do wydawania sądów ostatecznych i decydowaniu kto, gdzie i jak ma być pochowany,

W którym instytucja powołana do czczenia pamięci narodowej, kierując się sobie tylko znanymi kryteriami, pamięć i czczenie traktuje wybiórczo,

W którym walczono o zniesienie nomenklatury stanowisk, przynależnych tylko towarzyszom a zastąpiono ja specyficzną nomenklaturą stanowisk przynależnych kolesiom,

W którym walczono o wygnanie obcej armii tylko po to aby mogła  ja zastąpić inna obca armia, a ta  wcale nie ma na to ochoty,

W którym państwo uznane jako najbliższy przyjaciel odmawia bezwizowego wjazdu na swoje terytorium uzasadniając to nikomu nie zrozumiałymi kryteriami,

W którym racja stanu jest alienowanie i zniechęcanie do siebie sąsiadów i zdawanie się na pomoc kraju odległego o setki mil świetlnych,

W którym minister ujawnia tajnych agentów działających nie tylko na terenie kraju przez co naraża ich na niebezpieczeństwo i nigdy nie ponosi za to odpowiedzialności,

W którym wichrzyciel, który nigdy do niczego nie doszedł i nigdy niczego nie osiągnął, niezmiennie jest wybierany na posła,

W którym wszyscy bija się w piersi za zbrodnie popełnione na innym narodzie, a zbrodnie popełnione na jego narodzie uważane są za czystki etniczne,

W którym zniszczono wszystko po poprzednim systemie, nawet jeśli było dobre, kierując się zwykłą nienawiścią,

W którym rozkradziono majątek narodowy, sprzedając go byle jak, byle gdzie, byle komu, najlepiej znajomemu,

W którym na wszystko brakuje pieniędzy z wyjątkiem na parte, sejm, senat, ministerstwa oraz potrzeby rządzących.

Ktoś może mi zarzucić stronniczość. Ale to nieprawda. Ja widzę również olbrzymi rozwój miast, napływ gotówki, bogacenie się obywateli, coraz to wyższy standard życia wszystkich, pozytywy wynikające z przynależności do Unii Europejskiej. Trudno tego nie widzieć. Politycy jednak w swojej ślepej walce o władzę sami uwypuklają negatywy ponad pozytywy a to powoduje jak widzimy i oceniamy nasza rzeczywistość.

Bahia del Caraquez, Edyta, Zbyszek i Milan

Na zakończenie naszego krótkiego pobytu nad Pacyfikiem postanowiliśmy jeszcze zatrzymać się w Bahia del Caraquez. Już wcześniej Alicja zebrała sporo informacji na temat tego miasta z Internetu oraz licznych blogów amerykańskich. Bahia jest najdalej położonym miastem na północ  od Guayaquil do którego można dostać się autobusem.  Jazda trwa około pięciu godzin . My również dojechaliśmy w te strony autobusem aczkolwiek Bahia była naszym ostatnim punktem. Bahia jest w tej okolicy najbardziej rozpoznawalnym miastem. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Bahia przeżyła dwa kataklizmy, które spowodowały bardzo duże zniszczenia w mieście. Najpierw w 1997 roku nawiedził te tereny El Ninio, który spowodował poważne straty wynikające z powodzi  i osuwającego się terenu. Rok później miasto zostało poważnie zniszczone na skutek trzęsienia ziemi. Po tych wydarzeniach przy odbudowie miasta kierowano się koniecznością zabezpieczenia jego mieszkańców przed podobnymi kataklizmami w przyszłości. Zdecydowano odbudować miasto zgodnie z zasadami Eco-miasta. Obowiązują tu zatem pewne standardy związane z zanieczyszczeniem tak i powietrza, jak i terenu. Efektem tego ma być samowystarczalność miasta w przypadku podobnych katastrof w przyszłości.  Bahia jest bardzo popularnych ośrodkiem  wczasowym dla mieszkańców Quito i Guayaquil. Wielu z nich ma tutaj swoje apartamenty na potrzeby wypoczynkowe swojej rodziny. Wybrzeże w tym miejscu jest bardzo urozmaicone, Od płaskiego z atrakcyjnymi plażami po górzyste z klifami wbijającym się w Pacyfik. Wzdłuż Pacyfiku powstało wiele wielopiętrowych budynków z apartamentami przeznaczony w większości na cele wypoczynkowe. Większość z nich zaludnia się na weekend. Duża cześć pozostaje również zamieszkana a sporej ilości właścicielami są obcokrajowcy. Na obrzeżach Bahii w jej górskiej części znajduje się sanktuarium przyrody. Ośrodek który koncentruje się na pielęgnacji piękna okolicznej flory i fauny. Odwiedziliśmy go, jednak nie mogliśmy zwiedzić go w całości ze względu na pogodę. Dzień wcześniej ulewne deszcze spowodowały że większość ścieżek w sanktuarium wymagała gumowców, których my niestety nie mięliśmy. Sanktuarium znajduje się na wzniesieniu z którego można było jednak zobaczyć wybrzeże Pacyfiku oraz panoramę miasta. Jest ono prowadzone na zasadzie woluntariatu. Młodzież zjeżdża się tu z całego świata i w zamian za prace w sanktuarium maja szanse zobaczyć tą cześć Ekwadoru bez narażania się na większe koszty. W trakcie naszego pobytu spotkaliśmy studentkę ze Szwajcarii. Sanktuarium jest właśnie częścią programu Eco-city. W jednym z pomieszczeń był kamienny piec do pieczenia chleba ciągle używany i funkcjonujący perfekcyjnie. Tu kupiliśmy najlepszy bochenek chleba w Ekwadorze. Sama Bahia poza plażami nie ma zbyt wiele do zaoferowania jeśli chodzi o historię. Najbardziej rozpoznawalnym obiektem Bahii jest krzyż, który został wybudowany na szczycie jednego z okolicznych wzniesień. Na jego szczyt prowadza łagodne schody. Po wyjściu na sama górę roztacza się przed nami najpiękniejszy widok na cala okolice. Widać z niego nie tylko wybrzeże ale również całe miasto. Nad Pacyfikiem piętrzą się apartamentowce a im dalej od niego budownictwo staje się coraz mniejsze i starsze. Bahia staje się coraz bardziej popularna wśród turystów. Stąd też baza hotelowa jest tutaj chyba najlepsza w całej okolicy. My wybraliśmy hostel o nazwie Coco Bongo. Był on w tym czasie prowadzony przez Australijkę znaną wszystkim obcokrajowcom którzy tutaj mieszkali bądź tędy przejeżdżali. Coco Bongo miało parę pokoików małżeńskich oraz parę pomieszczeń dla ludzi, którzy jedynie szukają łóżka i prysznica. Bardzo nam przypadła do gustu atmosfera panująca w hostelu a sama właścicielka okazała się bardzo interesującą i miłą osoba. Przez hostel przewinęło się sporo młodzieży z plecakami podczas naszego pobytu co dodatkowo kojarzyło mi się z czasami auto-stopu w Polsce. Właścicielka znała wszystkich albo prawie wszystkich obcokrajowców mieszkających w okolicy i ku naszemu zdziwieniu oznajmiła nam, ze w Bahia mieszka polska rodzina. Zbyszek i Edyta mieszkali w Bahii już od roku. Przyjechali tutaj ze Stanów a że Edyta preferuje ciepło zostali właśnie tutaj. Oboje prowadzą stronę internetową pt” Nasz Ekwador”, na której chętnie się dzielą ze wszystkimi swoja wiedza na temat Ekwadoru. Oczywiście jesteśmy z nimi wciąż w kontakcie. Na dzień przed wyjazdem po wyjściu z pokoju usłyszałem, jednego z mieszkańców hostelu jak rozmawiał z kimś przez Skype’a. Posługiwał się językiem, który brzmiał jakoś dziwnie znajomo. Nie było wątpliwości, że musiał to być albo Czech albo Słowak bo ciężko nie rozpoznać ich charakterystycznego języka jeżeli samemu pochodzi się z tej części Europy. Milan okazał się być Słowakiem.  Przypadliśmy sobie nawzajem do gustu z racji chyba bardzo specyficznego poczucia humoru, który szczególnie dla amerykanów nie bardzo jest zrozumiały. Milan w przeciwieństwie do nas to osoba nawiązująca kontakty niemal na zawołanie, bardzo otwarty bez żadnych zahamowań wynikających z nieznajomości języka hiszpańskiego. Jeszcze tego samego wieczoru kupił gdzieś w okolicy butelkę Żubrówki, jak się okazało najbardziej popularnej tutaj polskiej wódki. Nie jest ona dostępna jednak w sklepach a jak ją zdobył Milan to pozostało jego tajemnicą. Nasze drogi z Milanem od tej pory będą się jeszcze wielokrotnie przecinać.

Mój kandydat na premiera

Już od dawna wszystkim radzę

Czas najwyższy zmienić władze

Chociaż kandydatów mamy mało

Rządzić wielu by tu chciało.

Na prawicy Janusz zęby szczerzy

Jemu jednak nikt nie wierzy

Bo on królem chciałby zostać

I do lochów wszystkich posłać

Niebezpieczny w swych poglądach

Nie najlepiej tez wygląda.

Pan Jarosław jako prezes znany

Przez pół Polski jest lubiany

On już jednak nam piastował

Koalicje swoją zrujnował,

Wszystkim wlazł za skórę setnie

Przy nim nawet ten z prawicy blednie.

Na dodatek jest w Antonim zakochany

Ten z kolei nie jest już aż tak lubiany.

Jacka męczennika w swe szeregi przyjął

Zbyszka z imiennikiem swoim z kapelusza wyjął.

Zbyszek, Antek oraz Jarków dwoje,

To już było, ich się trochę boję.

Leszek też na władze ma ochotę

Skumał się z Januszem co obrzuca błotem.

Leszek znowu chciałby być premierem

Janusz ani myśli być kelnerem.

Nie mam zaufania do żadnego,

Szukajmy zatem kogoś innego.

Ci co rządzą aktualnie,

Może i chcą dobrze lecz wychodzi marnie.

Donald się pogubił całkiem

Choć podzielił się kawałkiem

Władzy z Waldkiem i Januszem

To ja przyznać jednak muszę

Że głosować na nich ciężko będzie

O czym mówią ludzie prawie wszędzie.

Ot i przyszedł mi do głowy pomysł taki

Skoro Europa nas traktuje jak buraki

Złóżmy zatem propozycję Ameryce,

Że otwarcie i nie skrycie

Chcemy ichnim stanem zostać

Bo tak łatwiej będzie sprostać

Z wprowadzeniem ichniej demokracji

W naszej tak upartej nacji.

Jak się zgodzą dla nas na tę łaskę

To w nagrodę zrobi im się laskę.

W tym pomyśle same są korzyści,

Sejm i Senat się oczyści

I ministrów się przegoni

Teraz w Waszyngtonie będą oni.

Prezydenta u nas też nie będzie

Oszczędzimy zatem i w tym względzie.

Najważniejsze jednak osiągnięcie

Tych przeklętych wiz ściągnięcie.

Tyle lat się ich prosiło

A to takie łatwe było.

Spokój wreszcie będzie z ZUS-em

Pogonimy jego razem z KRUS-em.

Wojewodzi, prezydenci marsz do pracy,

Niech zobaczą jak pracują ich rodacy.

Partie wszystkie rozwiążemy,

Te co w Stanach tylko chcemy.

Gdzie nie spojrzysz same plusy,

Czy ktoś widzi w tym minusy?

Że to już nie będzie nasze państwo?

Że ten pomysł to jest jakieś draństwo?

Prawdę mówiąc ja się zgadzam,

A ten pomysł wam do głowy wsadzam,

Bo tak mówiąc szczerze

Żadnej partii ja nie wierzę.

One wszystkie modlą się do Stanów

Bo tam widzą swoich panów.

Znam tych panów ja z autopsji,

Na myśl o nich już dostaję torsji.

Pogonilim Ruska pana

Czas najwyższy Wuja Sama.

Czy jest ktoś taki u nas w polityce?

Oczywiście, pan Kierdziołek, sołtys wioski Chlapkowice.

Związek Socjalistycznych Republik Piłkarskich

Podobnie jak wielu miłośników piłki nożnej z Polski wciąż nie bardzo mogę się pogodzić z decyzją UEFA wykluczającą Legię z rozgrywek w Lidze Mistrzów. Musze przyznać, że po raz pierwszy spodobał mi się komentarz pana Jana Tomaszewskiego określający tych ludzi szakalami. Słuchałem ostatnio na oficjalnej stronie UEFA wystąpienia pana Infantino, sekretarza generalnego UEFA (brzmi to prawie jak tytuł sekretarza KPZR) na temat przejawów rasizmu na boiskach piłkarskich. Pan sekretarz w ostrych słowach zdeklarował walkę z wszelkimi przejawami tego jakże godnego potępienia zjawiska nie tylko na trybunach. I tak sobie pomyślałem no świetnie panie Infantino ale może by tak zacząć wałczyć również z głupotą w pana związku z przejawami dyskryminacji, które są tak samo godne potępienia jak rasizm. Głupota jak ktoś kiedyś mi powiedział to chyba jedyne przestępstwo, tak jest przestępstwo, za które nie ma żadnej kary a ona drąży naszych polityków w każdym niemal wymiarze naszego życia codziennego. Nie inaczej jest UEFA, tępe zapatrzenie w regułkę, która wypatrza sens sportu świadczy o niczym innym jak tylko głupocie tych co odczytują ten bezsensowny paragraf. Jako ludzie popełnialiśmy, popełniamy i popełniać będziemy błędy. Jedne są mniej inne bardziej brzemienne w skutkach. Właśnie dlatego wszelkie prawo bierze to pod uwagę. Bo czyż tak samo jest odpowiedzialny za śmierć przechodnia ten co zasłabł za kierownica jak ten co prowadził samochód po pijanemu? Biorąc po uwagę logikę UEFA to, to nie ma różnicy. Panie Infantino, Celtic przegrał bo był słabszy a pojawienie się Bereszyńskiego na boisku to nic innego jak chwilowa niedyspozycja, zasłabnięcie umysłowe kogoś z działaczy Legii. Czyżby był pan aż tak naiwny, wierząc w to ze gdyby Bereszyński nie pojawił się na boisku to Celtic w ostatnich czterech minutach strzeliłby sześć goli, bo tyle potrzebował żeby awansować dalej? Ja rozumie ze cuda się zdarzają no ale bądźmy realistami. Nie znajduje slow oburzenia dla kolosalnej głupoty Putina przy zajmowaniu Krymu, jednak jego tłumaczenie dlaczego to zrobił trzyma się bardziej kupy niż wasza kompletnie pozbawiona logiki decyzja. A swoja droga panie Platini może by tak odsunąć Rosjan od rozgrywek jako cześć restrykcji nakładanych na nich za nieodpowiedzialną politykę lidera Rosji? Tylko czy was na to stać? Polska jest członkiem Unii Europejskiej ale mam wrażenie, ze ten fakt nie dotarł jeszcze do świadomości pana Infantino, który wciąż widzi i dzieli Europe używając sobie tylko znanych kryteriów. Jest dla mnie oczywiste, ze nie mamy w strukturach UEFA takiego samego poparcia jak Szkocja i stąd moja teza o dyskryminacji z jaką mamy do czynienia w europejskiej federacji piłkarskiej. Hipokryzja i podwójne standardy, rasizm jest brzydki, głupota i dyskryminacja już nie tak bardzo. Paduranu, ten ze Starej Zagory i Howard Webb specjalista od jedenastek przy rzutach rożnych, miałem nadzieje ze nic gorszego już nie może nam się przydarzyć w piłce nożnej. Niestety nie miałem racji. Platini i Infantino to nowa fala pomysłowych uzdrawiaczy piłki nożnej. Nie jestem zwolennikiem chamstwa i wulgaryzmów no ale nie pozostaje mi nic innego jak wzorem naszego Ministra Spraw Zagranicznych stwierdzić, ze ktoś tu komuś zrobił laskę. I już całkiem na zakończenie musze przeprosić pana Grzegorza Łatę, bo błędnie sądziłem  ze nie jest możliwe znalezienie gorszego szefa federacji piłkarskiej. Przepraszam panie Grzegorzu no ale nie umywa się pan do Wladimira Platini i Leonida Infantino.

Sejmowe frakcje oraz inne konfirmacje

Mamy w sejmie Antoniego

Na premiera tak ciętego

Że aż stracił resztę włosów

”Nikt nie słucha mego głosu

Toż to zdrajca jest narodu

Na wskroś, w poprzek i od spodu.

Nam usunąć jego trzeba

Kto to zrobi to do nieba

Zapewnione wejście będzie,

Znam kelnera co w tym względzie

Nagrał kogoś z tamtej strony

Choć jest teraz oskarżony

Wkrótce będzie na wolności

Zna się przecież paru gości.

Ja odchodzę już od zmysłów

Już brakuje mi pomysłów.

Dobrze z tym podsłuchem wyszło

Bo światełko dla nas błysło.

Prezes wreszcie się uśmiecha

A to dla mnie jest pociecha,

Bo markotny był ostatnio

A on duszą jest mi bratnią.

My tworzymy zgraną parę

Taką samą mamy wiarę,

On jest posłem, jam jest posłem

Choć mnie mylą z jakimś osłem.

Czyżby?  Nie to nie uchodzi,

Nawet gdyby, nic nie szkodzi

Ja do końca walczyć będę

Dla prezesa rząd zdobędę”.

 

Mamy również Jarków paru

Jeden duży drugi maluch,

Znaczy wzrostem mały

Za to gębą okazały.

Kiedyś był premierem nawet

Potem zniknął również z gazet.

Nigdy z tym się nie pogodził

Swoich praw do dziś dochodzi,

Bo on wszystko wie najlepiej

Co nasłucha on się w sklepie,

Zaraz program z tego robi

Jak to biednych przysposobić.

Znany wszystkim ze stwierdzenia

Wszystko winą jest premiera.

 

Kiedyś Jarek duży

premierowi wiedzą służył,

Chciał już partię jego przejąć.

Wpadł na minę, po czym wiejąc

Grupę swoją skonstruował,

Bez poparcia wyparował.

 

Jest też Zbigniew solidarny,

Choć polityk z niego marny,

Nic innego nie potrafił

Kiedy do prezesa trafił.

Ten ministrem go mianował

A on afer naznajdował,

Że aż krajem się zatrzęsało

A trup wszędzie padał gęsto.

Na prezesa partie się szykował

Ale przegrał, więc bez słowa

Stworzył swoją partię małą,

Wszyscy z niej dziś uciekają,

Do prezesa tłumnie walą

Bo im słupki opadają.

Wypaść z sejmu jutro mogą,

To napawa wielką trwogą,

Utworzyli więc prawicę,

Z lewej ręki rękawicę.

 

Centrum w sejmie rząd zajmuje

Wśród którego dominuje

Partia co na czele ma Donalda

Niby mądry on jest, lecz ciamajda.

Niby Europejczyk taki

Ale włodarz byle jaki.

On też syndrom ma prezesa,

Wejdź mu w drogę już by wieszał.

Boją się go jak ogień wody,

Bo polityk z niego srogi.

Zmienia, krzyczy, odwołuje

Swoich ludzi proteguje.

Taka Ela na ten przykład

Gdzieś na torach dała wykład,

Że jak śniegu dużo spadnie

Pociąg w zaspę, sorry, ale wpadnie.

Ewa, koleżanka Eli, jako lekarz znana

W sejmie tak przepracowana,

Do szpitala już chce wracać,

Tylko czy naprawdę się opłaca.

Bartek razem z Radkiewiczem

Lubią kawiarniane życie.

Honor? Brzucha nie wypełni,

Oni nie są aż tak ciemni,

A że lubią zjeść na mieście

Dajcie spokój chłopom wreszcie.

 

W centrum mamy też ludowców

Byłych Waldka chłopców.

Teraz Januszowi podlegają,

Trochę Waldka też słuchają.

Janusz z Waldkiem równe chłopy

Jedna partia i dwa koty.

 

Mamy w sejmie też lewicę,

prawną z lewej ręki rękawicę.

Leszek tam rozdaje karty,

wiecznie czujny, wiecznie zwarty.

Rysiek z Wojtkiem się nie liczą

Chociaż sobie coś tam krzyczą.

Leszek swego czasu premierował

Wtedy Stanom podarował

Na Mazowszu kawał ziemi,

Ich prezydent na więzienie ją przemienił.

Tam Arabów torturował,

Tak Leszkowi podziękował.

 

Z lewej strony też Janusza mamy,

On jest trochę skołowany.

Sam już nie wie o co walczy,

Na kleryków ciągle charczy,

A to w kraju wielka siła

I już Janusz jak mogiła

Zapomniana, ledwie dyszy

Coś nadaje, nikt go już nie słyszy.

 

Jest też paru niezależnych,

To wypierdki swych potężnych,

Nieomylnych partii szefów,

Nie jest wcale im do śmiechu.

 

Wszystkich posłów cztery setki ponad,

Spisać wszystkich, toż bym skonał.

Po co tylu, ktoś zapyta?

Do koryta, do koryta.

Dokąd idziesz piłko?

Nie jestem zagorzałym kibicem Legii, ale jestem kibicem piłki nożnej a ponieważ jestem Polakiem zawsze czuje się mocniej związany z naszymi drużynami klubowymi w rozgrywkach pucharowych. Nie mam zamiaru bronić Legii bo pomyłka ze wstawieniem nieuprawnionego zawodnika była ewidenta i jakakolwiek argumentacja tego faktu jest bezzasadna. Kara natomiast jaka została nałożona na drużynę graniczy z kompletnym brakiem zdrowego rozsądku. Argumentacja pana Infantino , sekretarza generalnego UEFA, że ukaranie Legii walkowerem było jedynym możliwym rozwiązaniem kompletnie do mnie nie dociera. Jeżeli tak, to jak to możliwe ze rok wcześniej w podobnej sytuacji nie przychylono się do wniosku Liteksu z Bułgarii, który udowodnił, ze w węgierskim Debreczynie grał nieuprawniony piłkarz w końcówce meczu. Wtedy argumentacja była inna i stwierdzono, ze zawodnik nie miał wpływu na końcowy wynik a mecz i awans Debreczynu już wcześniej był przesądzony. Nie inaczej było i w tej sytuacji. No więc jak to jest z tymi przepisami? Można je stosować według własnego widzi mi się czy tez nie? Hipokryzja w najwyższym wydaniu. Ukaranie to jedno, zmiana tego co widzieliśmy na boisku, gdzie mizerny Celtic był tylko tłem dla Legii to kompletny brak zdrowego rozsądku. Każdy przepis działa podobnie jak prawo i należy się do niego stosować. Przepisy winny i biorą pod uwagę ludzki błąd i dlatego Ci co podejmują ostateczną decyzję o zastosowaniu jakiegoś przepisu powinni to również wziąć pod uwagę. Wejście Bereszyńskiego, aczkolwiek karygodne, niczego nie zmieniło, Celtic był wyeliminowany, a wiec kara za to się należała ale dyskwalifikacja świadczy o kompletnym braku wyobraźni i braku zdrowego rozsądku. Przepis, który daje do tego prawo jest po prostu złym przepisem, albo nie byłby aż taki zły gdyby  ludzie, którzy go stosują umieli posługiwać się rozumem. Tak niestety nie było w tym przypadku. Sprzeczna z logiką decyzja wypatrzyła wynik spotkania premiując cwaniactwo nad tym co miało miejsce na boisku. Kiedy lata temu po raz pierwszy zawodnik drużyny przegrywającej wykopał piłkę na aut, bo na murawie leżał kontuzjowany zawodnik przeciwnej drużyny, okrzyknięto ten fakt zagraniem fair play roku. Dzisiaj zawodnicy padają pod byle pretekstem na murawę, szczególnie gdy ich drużyna prowadzi, aby uszczknąć parę minut i dowieźć wynik do końca. I tak coś dobrego i wzniosłego zaczęli wykorzystywać wszelkiej maści cwaniacy wykorzystując wzniosłą ideę do mało wzniosłych celów. Wciąż jednak obowiązuje niepisany przepis, ze jak ktoś leży, piłka idzie na aut żeby pomoc ‘’umierającemu’’ na boisku zawodnikowi. Bo to jest fair, tak postępują wszyscy w imię fair play. Czego to przytaczam? Powód bardzo prosty, czyż nie byłoby fair play gdyby wszystkie drużyny zbojkotowały bzdurną decyzję, niczym nie poparta w imię właśnie Fair Play? Zamiast udawać fair i popierać udającego cwaniaka na boisku pokazać panu Infantino, ze sport to wciąż sport a nie polityka. Tylko czy ktoś jeszcze gra fair tam gdzie są pieniądze. Nie jest zwolennikiem ani ligi mistrzów ani ligi Europy w takim wydaniu w jakim nam się aktualnie serwuje. Zmiany w zezwoleniach na grę w klubach krajowych takiej ilości obcokrajowców doprowadziły, ze rozgrywki stały się przewidywalne, Rządzą drużyny z nieograniczona gotówka. Już wkrótce obie ligi staną się wewnętrzną sprawa hiszpansko-wlosko-angielsko-niemiecką co tylko jeszcze bardziej pogłębi kluby innych krajów. Celtic nigdy nie był taki slaby, ale skoro nie może konkurować finansowo to wkrótce stanie się podrzędnym klubem. Już dzisiaj widać że holenderska klubowa piłka tez nie nadąża finansowo. Rozumie, że piłka to dzisiaj biznes, ale gdzie to wszystko zmierza. Kto będzie chciał oglądać wciąż te same drużyny od ćwierćfinałów w górę? Ci sami wygrywają i kasują główne nagrody a dysproporcje się tylko powiększają. Może dyskwalifikacja Legii była ukłonem w stronę zasłużonego Celtiku, który stacza się w zastraszającym tempie na dół. Ale czego  z tego powodu ma cierpieć Legia i polska piłka nożna?

Wyprawa z San Clemente do Canoy

W San Clemente spędziliśmy trzy dni. Poznaliśmy przy okazji San Jacinto oraz Crucitę. Bardzo byliśmy ciekawi jak na tym tle wypadnie Canoa. Dostać się z San Clemente od Canoy też nie było łatwym zadaniem. Byliśmy zmuszeni skorzystać ze znajomości naszych opiekunów w San Clemente, którzy pomogli nam w znalezieniu kogoś kto by przetransportował nas z jednej miejscowości do drugiej. Funkcje naszego środka transportu spełniał przystarszawy pickup. Chociaż miał dwa rzędy siedzeń w szoferce to zmieścić się do niego z bagażami było dość trudno, zwłaszcza że właściciele tego zabytku, młodzi chłopcy, skrzynie ładunkowa wykorzystali do instalacji na tyle dużych głośników, że już niewiele można było na niej upchać. Ale jak przygoda to przygoda. Jakoś upchnęliśmy się z naszymi tobołkami i wyruszyliśmy w drogę do Canoy. Dotarliśmy na miejsce po około czterdziestu minutach jazdy, jeszcze wtedy drogą będącą w trakcie konstrukcji.  Dodatkowo zatrzymała nas policja, z jakich powodów nie bardzo wiedzieliśmy. Nie był to jednak nasz problem. Canoa okazała się bardzo różna od tego co widzieliśmy w San Clemente. Przede wszystkim o wiele większe i szersze wybrzeże świadczyło o turystycznym charakterze tego miejsca. Wzdłuż plaży ciągnęły się lepszej lub gorszej kategorii budko-restauracje oferujące posiłek oraz napoje. Na ogół budka to było miejsce gdzie znajdowała się kuchnia natomiast cześć obiadowa to kilka stolików pod skromnym zadaszeniem. Wyglądało to dość prymitywnie aczkolwiek czysto i schludnie. Po minięciu rzędu tych restauracyjek wchodziło się na drogę która ciągnęła się wzdłuż całej plaży i oddzielała knajpiarzy od hotelarzy. Po drugiej stronie drogi znajdował się cały rząd hoteli. Trudno tu jednak znaleźć jakąś znaną firmę hotelową, to jeszcze nie ten czas.  I zresztą bardzo dobrze. Wszystkie hotele z tego co udało nam się dowiedzieć znajdują się w prywatnych rękach. Do ich budowy wykorzystano bambus, może nie wszystkie były zrobione w tej technologii, jednak bambus wydawał się dominować. Sprawiało to wrażenie lekkich konstrukcji co nadawało całemu otoczeniu bardziej rekreacyjnego wyglądu. W ten pejzaż wpisywały się drogi z których większość była gliniasta. No wyglądało to bardzo sympatycznie i swojsko dopóki nie spadł deszcz. Drogi po deszczu zmieniały się w ‘’sympatyczne’’ chłodne blotko. Ale przecież o to nam chodziło. Chcieliśmy jak najwięcej natury jak najmniej komercji. Canoa pod tym względem spełniła nasze oczekiwania. Od piątku do niedzieli było znacznie więcej ludzi  co świadczyło, że stanowi ona miejsce wypadowo-wypoczynkowe ludzi z okolic. Przyjeżdżali tutaj całymi rodzinami co również bardzo nam się spodobało. Główna cześć plaży wzdłuż linii hotelów była najszersza i najbardziej oblepiona drobnymi wyszynkami. Można było jednak przejść paręset metrów w jedną i drugą stronę aby znaleźć trochę więcej prywatności. Sama Canoa poza plaża nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Jest to niewątpliwie bardzo mała osada czekająca na swoją szansę. Nam jednak bardzo odpowiada ten klimat i dostrzegliśmy tutaj wiele możliwości. Utwierdził nas w tym przekonaniu kolejny Norweg. Osiedlił się tutaj parę lat temu a ostatnio do spółki z innymi inwestorami kupili sporo ziemi nad samym oceanem w celu podzielenia tego placu na mniejsze działki i sprzedania na otwartym rynku. Mięliśmy możliwość zobaczenia tego miejsca oraz jego planów podziału. Sam plac znajduje się na północnym końcu publicznej plaży pomiędzy dwoma rzeczkami, które w porze deszczowej przybierają trochę więcej wody i zmieniają się w coś co ma przypominać rzekę. Ujścia obu rzeczek oddzielają plaże publiczne od plaży która teoretycznie miała stanowić cześć projektu. Być może tak będzie w przyszłości, na razie plaża należy do wszystkich. Nie zależnie od tego projekt zrobił na nas na tyle pozytywne wrażenie, że postanowiliśmy spotkać się ponownie z naszym Norwegiem aby uzyskać więcej informacji na temat jego projektu. Efekt końcowy był taki, ze zdecydowaliśmy się zainwestować  mając na uwadze szczególnie fakt, że jego projekt miał charakter swego rodzaju strzeżonego osiedla a ceny jakie oferował były niższe od tych, które już wcześniej mieliśmy z innych miejsc. Chcieliśmy mieć kawałek ziemi w pobliżu oceanu z możliwością jej późniejszego zagospodarowania. Ten projekt właśnie to spełniał.

Wyprawa do Canoy i San Clemente

Wybrzeże Ekwadoru zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Postanowiliśmy zatem wrócić  w tamte strony. Zainteresowała nas szczególnie Canoa, która sprawiała wrażenie miejsca z przyszłością. Alicja znalazła na Internecie dewelopera, który reklamował właśnie Conoę a to co proponował wyglądało na tyle interesująco, że podjęliśmy decyzje o bliższym sprawdzeniu jego oferty. Okazało się również, że nasi znajomi z Cuenki mają dom w niewiele odległym od Canoy, San Clemente, miejscowości wypoczynkowej nad samym Pacyfikiem . Ponieważ dom był aktualnie pusty, zaproponowali nam skorzystanie z niego przez kilka dni. Z Cuenki do Canoy dostać się to nie jest skomplikowane dla tubylca, dla nas jednak to była nie tyle wyprawa ile konieczność sprawdzenia się samemu bez gruntownej znajomości języka. Dojazd z Cuenki do Guayaquil nie był wymagający. Znajomi pomogli nam w zakupie biletu po czym wsadzili nas do autobusu, pomachali na pożegnanie no i zostaliśmy sam na sam z przygodą. Dotarliśmy oczywiście do Guayaquil bez większych problemów. Dworzec autobusowy okazał się jak niemal jakieś centrum handlowo-turystyczne. Mnóstwo ludzi przemieszczających się z jednego jego końca na drugi samo w sobie wywoływało uczucie zagubienia. W Ekwadorze komunikacja autobusowa jest sprywatyzowana. Przy tym operatorzy obsługujący jedną jego część nie są znani gdzie indziej. My wiedzieliśmy kto obsługuje druga część naszej podroży. Należało tylko znaleźć jego kasę w kilkupiętrowym  budynku pełnym ludzi. Okazało się to na tyle skomplikowane, że postanowiliśmy najpierw znaleźć jakieś miejsce na spoczynek a potem jedno z nas wyruszy na poszukiwania. To był bardzo dobry pomysł, bo po znalezieniu paru wolnych ławek zauważyłem gromadę młodzieży z plecakami, którzy mówili zdecydowanie po angielsku. Uff co za ulga. Udało mi się od nich dowiedzieć gdzie znajdują się kasy wszystkich linii autobusowych. Po kilku minutach dotarłem wreszcie do upragnionej kasy. Właśnie odjechał autobus w kierunku, którym byłem zainteresowany a następny miał być za około dwie godziny. Wcześniej już nauczyłem się frazy po hiszpańsku jak kupić dwa bilety no i victoria udało się. Teraz tylko uzbroić się w cierpliwość  i wkrótce będziemy znowu w drodze. Jeszcze tylko znaleźć stanowisko na jednym z trzech pięter dworca, z którego będzie odjeżdżał nasz autobus i już jesteśmy prawie w domu. Eureka przystanek był na drugim piętrze jeszcze godzina i ruszamy w drogę. Ciekawe okazało się wejście do autobusu. Kontrolerka biletów każdemu robiła zdjęcia a do środka autobusu można wnieść jedynie cosś małego podręcznego, reszta musiała zostać umieszczona w pomieszczeniu na bagaże.  Nasz autobus zmierzał do Bahia del Caraquez a my mięliśmy wysiąść w San Clemente, gdzie miał na nas czekać opiekun domu naszych znajomych. Około pięć godzin w autobusie, cena biletu siedem dolarów, w naszym zasięgu. W ten sposób późnym wieczorem dotarliśmy do San Clemente.  Okazało się ono małym miasteczkiem rybackim. Opiekunami domu znajomych była młoda para, która w zamian za opiekę nad domem zamieszkiwała w jednym z pokojów. Bardzo sympatyczni ludzie tyle że nasza znajomość hiszpańskiego połączona z ich znajomością języka angielskiego skutkowała tym że bardziej domyślaliśmy się oboje o co nam chodzi. W sumie i oni, i my śmialiśmy się z samych siebie. Nasi znajomi z Cuenki, którzy byli na telefonie pomagali nam w tych językowych zagadkach.  Naszym celem była oczywiście Canoa ale chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej a San Clemente było dobrym początkiem. Pacyfik to bardzo niespokojny ocean a na wybrzeżu Ekwadoru jego przypływy i odpływy powodują, że raz jest plaża a raz jej nie ma. Plaża w San Clemente jest bardzo urozmaicona ale na jej większej części domy znajdują się zbyt blisko niej aby czuć się jak na plaży. Ponieważ Ekwador z uwagi na atrakcyjne położenie oraz przystępne ceny ziemi jest dobrym miejscem do inwestowania, coraz więcej Amerykanów i nie tylko zajmuje się pośrednictwem w sprzedaży nieruchomości. Nie inaczej było i w San Clemente gdzie poznaliśmy agenta, który pokazał nam co ma do zaoferowania w tej okolicy. Rzeczywiście, jeżdżąc z nim okazało się że San Clemente jest większe niż się spodziewaliśmy dodatkowo jednak granice między miasteczkami zmieniają się dość gwałtownie tak więc prawdę powiedziawszy nie zawsze wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Nasz agent obwiózł nas po San Clemente, San Jacinto oraz Crucita. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że pośredniczy on również w budowie jeśli ktoś ma jakiś kawałek ziemi. Nasi młodzi gospodarze również pokazali nam parę interesujących miejsc o których wiedzieli że mogą być na sprzedaż. Ku naszemu zaskoczeniu w San Clemente poznaliśmy Norwega, który budował a raczej już zbudował osiedle domków letniskowych przy swoim hotelu o nazwie Vista Azul. Mięliśmy możliwość obejrzenia całego osiedla oraz wejścia do jednego z domków. Nie mogliśmy się nadziwić, że w tym miejscu dość odległym od głównych tras turystycznych ktoś zbudował coś takiego a dodatkowo większość z około stu domków była sprzedana, pozostały na rynku jedynie dwa, z których jeden sprzedawany był już z drugiej ręki. Utwierdziliśmy się jedynie w przekonaniu, że Ekwador to dobre miejsce żeby zainwestować.

Polonia w New Jersey

Chociaż ostatnie parę miesięcy mojego pobytu w Stanach spędziłem w Pensylwanii to jednak New Jersey zawsze pozostanie moim najważniejszym stanem w trakcie mojego pobytu na ziemi amerykańskiej. To właśnie tutaj wylądowałem po przylocie do Stanów i chociaż miałem możliwość przeprowadzić się i do Chicago i do Nowego Jorku pozostałem tutaj i dzisiaj wydaje mi się, ze była to optymalna decyzja. Stan znany jest z silnych skupisk Polonii chociaż w tej części USA wiadomo, ze prym wiedzie Nowy Jork z osławionym Green Pointem na Brooklynie. Niewątpliwie jest to centrum społeczności polskiej i do dzisiaj właśnie tam język polski można usłyszeć niemal na każdym kroku. Na Manhattan Avenue centralnej ulicy Green Pointu znajduje się wszystko co możemy potrzebować nie znając języka angielskiego. Niezliczone ilości sklepów z polskimi artykułami spożywczymi, agencje turystyczne tylko z nazwy bo oferują prawie wszystko z czym przyjezdny nie może sobie poradzić z uwagi na braki językowe. Manhattan Avenue to również lekarze, adwokaci, polski bank, polskie kluby, polski kościół, szkoła i wiele innych instytucji ułatwiających życie. Z jednej strony ułatwia z drugiej utrudnia. Mając takie możliwości wielu przyjezdnych odkłada naukę języka angielskiego, najpierw na chwile potem na dłużej co jest niestety bardzo złym przyzwyczajeniem. Chcąc coś znaczyć czy znaleźć lepszą pracę bez znajomości języka jest to niemożliwe a pracując dla naszych rodaków nie zawsze przekłada się to na dobre zarobki, szacunek oraz respekt. Znane są niestety przypadki wykorzystywania przyjezdnych przez naszych krajan do najgorszych prac za głodowe stawki. New Jersey również ma swoje skupiska Polonii. Pierwszy jej napływ to ludzie , którzy wyjechali z Polski w okresie międzywojennym za chlebem. Następna grupa to ludzie, którzy osiedlili się tutaj zaraz po wojnie nie widząc dla siebie miejsca w nowej Polsce. Najmłodsza emigracja to lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku oraz ludzie z wszelkiego rodzaju losowań wizowych. Początkowo Polonia w New Jersey osiedlała się w okolicach Linden oraz Elizabeth. Jeszcze dzisiaj istnieją tam silne skupiska Polaków, którzy zapewniają egzystencje polskim sklepom, lekarzom, agencją turystycznym i temu podobnym małym biznesom. Z czasem jednak oba te miasta zaczęły się rozrastać i naturalną stała się ucieczka coraz bardziej na zachód.  Tak doszło to powstania silnych polskich ośrodków w Passaic, Garfield czy Wallington. Właśnie te miasta stanowią dzisiaj największe skupiska naszych rodaków w New Jersey. Większość z nas, z północnej części stanu, jeździ na zakupy polskich artykułów właśnie do Garfield lub Passaic. Z czasem jednak i stad zaczęliśmy szukać spokojniejszych miejsc jeszcze bardziej na zachód. Większość moich znajomych rozlokowała się pomiędzy Boonton a Hackettstown. To właśnie w Boonton poznałem śp. pana Franciszka z jego żoną Heleną, którzy bardzo mi pomogli w moich pierwszych krokach na amerykańskiej ziemi. Polonia we wschodniej części Stanów Zjednoczonych organizowała się w Zjednoczeniu Polsko Narodowym z siedziba na Green Poincie. Oddziały tej organizacji działały najprężniej w stanach New Jersey, Nowy Jork, Pensylwania oraz Connecticut. Pan Franciszek był właśnie prezesem jednej z takich grup, która działała z Boonton. Chociaż wielu z nas utyskiwało i użalało się na brak pomocy ze strony starej Polonii, pan Franciszek, który właśnie z niej pochodził był jakby zaprzeczeniem tego. Zawsze chętnie pomagał, doradzał, woził nas na spotkania z pracodawcami nawet pilnował dzieci jak zaszła taka potrzeba. Właśnie dzięki przynależności do grupy Zjednoczenia Polsko Narodowego w Boonton poznałem bardzo wielu rodaków z rożnych okresów emigracji i musze przyznać , ze przyjaźnie te przetrwały próbę czasu i utrzymujemy kontakty z wieloma osobami do dzisiaj. Chociaż Zjednoczenie Polsko Narodowe już nie istnieje, zostało wchłonięte przez Kongres Polonii Amerykańskiej, to nasza grupa chociaż w okrojonym składzie, wciąż działa.

Palestyna, Ukraina jedna wielka kpina

Gdzieś na Kremlu Putin siedzi

Coś Do niego Ławrow bredzi,

On nic z tego nie rozumie

Bo myślami jest już w Dumie.

Będzie żądał koronacji

Dość ma całej tej abstrakcji

I zabawy w demokrację

Kiedy tylko on ma rację.

Cały świat nie wiedzieć czemu

Zwrócił się przeciwko niemu.

Na ten przykład Natanyahu

Kto go wkurwi, bum do piachu.

Chociaż świat to wszystko widzi

Aż tak bardzo się nie brzydzi,

Bo Benjamin krajan broni

Na Arabów winę zgonił

Że znów Hamas coś tam knuje,

Za to Gazę bombarduje.

Na dodatek wszystkim wmawia:

”Hamas mi nie pozostawia

Innego niż wojna wyboru.

Chcemy rozstrzygnięcia tego sporu

W pokojowej drodze,

Hamas musi jednak srodze

Zostać przez nas pouczony.

Ja nie jestem rozjuszony,

Tego naród się domaga

A ja chętnie w tym pomagam”.

Siedzi Putin , myśli sobie,

”No nie mieści mi się w głowie

Tam mordują, zabijają

A narody gdzieś to mają.

Toż ja swoim pomóc chciałem

Tylko po to Krym zabrałem.

Sami zresztą do nas chcieli

A jak chcieli no to wzielim.

Bronić swoich wszędzie będę

Obowiązkiem jest to świętem.

Gdzieś na wschodzie Ukrainy

Ruskie czyli nasze są rodziny.

Im też tęskno za macierzą,

Piszą w listach, że wciąż wierzą

Że do Rosji chcą powrócić,

Toż nie mogę się z tym kłócić.

Zaraz po swej koronacji

Na radiowej nadam stacji,

Że ja Natanyahu wzorem

Co chcę to i tak zabiorę.

Niech się świat oburza równo,

Jemu wolno a mnie gówno?

Jam jest jak ten Natanyahu

Ktoś mnie wkurwi, bum do piachu.

Jego weźcie wpierw za dupę

Ja się potem wezmę w kupę”.