Państwo wyznaniowe?

Pomału ale pewnymi krokami zbliżamy się w kierunku państwa wyznaniowego. Niejaki profesor Chazan otrzymawszy świeckie wykształcenie, postanowił wprowadzić religie do szpitala. Już niedługo ten zacny specjalista zanim kogokolwiek przyjmie będzie przepytywał ze znajomości pacierza, dziesięciu przykazań i temu podobnych podstaw wiedzy religijnej. Kościół i ta cześć społeczeństwa , która poza kościołem nie wierzy w nic i nikomu, wkrótce dopną swego. Naniosą zmiany do konstytucji i ogłoszą Jezusa Chrystusa królem Polski. Zastanawiam się tylko czy dobry Bóg, naprawdę zgodziłby się zostać naszym królem. Dobry i miłosierny Bóg widząc bluzgających zapaleńców na pogrzebie generała Jaruzelskiego pewnie zastanowiłby się co tych ludzi opętało, bo przecież na pewno nie jego nauki i wiara na które tak chętnie się powołują. Nietolerancja i ślepa wiara w swoje racje jeszcze nigdy do niczego dobrego nie doprowadziły. Gdy idziemy do szpitala na jakikolwiek zabieg, operacje zawsze wymaga sie od nas podpisania sterty dokumentów wyrażających zgodę na przeprowadzenie leczenia. Szpitale w ten sposób chcą się pozbyć odpowiedzialności albo chociaż zmniejszyć ją do minimum. Podpiszesz przyjmą do leczenia, nie podpiszesz no to nie przyjmą. To taka forma wolnej woli, od naszego podpisu zależy nasza decyzja. Właśnie to prawo odebrał swojej pacjentce nawiedzony lekarz. We wszystkich demokratycznych krajach istnieje rozdział kościała od państwa rozumianego jako władza świecka. Niestety nie u nas. Kościół wciąż uzurpuje sobie prawo do wpływania na wiele świeckich decyzji. W sumie nic nie stoi przecież na przeszkodzi żeby kościół otworzył na przykład przy KUL-u wydział medycyny i niech tam kształcą tych wszystkich Chazanow do woli. Można również otworzyć przy parafiach szpitale, kliniki i inne ośrodki zdrowia zapewniające miejsca pracy tym wszystkim sygnatariuszom deklaracji wiary. No ale to tylko pobożne życzenia. O wiele łatwiej jest wytykać, domagać się, pokazywać palcami, krytykować  niż zrobić cos samemu. Pan Chazan i jemu podobni świątobliwi robią więcej szkody kościołowi niż pożytku i aż dziw bierze, ze kościół tego nie rozumie. Spędziłem ostatnie ponad dwadzieścia lat w Stanach. Mnogość wszelkiego rodzaju odłamów wiary jest tam niewyobrażalna. Są oczywiście i parafie rzymskokatolickie. Są tez kościoły do których przyjeżdża polski ksiądz żeby odprawić msze dla okolicznej polonii. Coraz bardziej te nasze kościoły święcą pustkami. Jest to na pewno po części odbicie naszych czasów coraz bardziej zmaterializowanych, coraz mniej uduchowionych. Jest w tym również sporo winy samego kościoła, który zupełnie niepotrzebnie wpycha się tam gdzie dla niego nie ma miejsca. Osobiście z chęcią bym przystał na Jezusa jako króla naszego kraju, bo skoro Janowi Pawłowi II nie udało się nas oświecić to już tylko cala nadzieja w nim. Nie sadze jednak aby Sejm oraz Senat zgodzili się na takie zmiany w konstytucji. Przecież te dziesięć przykazań, którym musieliby się podporządkować a szczególnie nie kradnij kompletnie jest nie do zaakceptowania.

Instytut Pseudo Naukowcow

Właśnie przeczytałem w tygodniku Angora, ze Naczelna Rada Adwokacka wraz Instytutem Pamięci Narodowej rozpoczęły obywatelska akcje mająca na celu niesienie pomocy osobom represjonowanym przez władze komunistyczne w okresie PRL-u. Akcja ta ma na celu uświadomienie prześladowanym, ze mogą starać się o odszkodowania za swoja działalność antykomunistyczną. Równocześnie w Sejmie trwają prace nad ustawą o pomocy materialnej dla wszystkich pokrzywdzonych i represjonowanych. Ma to być wyrazem hołdu dla tych wszystkich zasłużonych działaczy. Koszt to jedyne 240 milionów. Wnioski i pomoc dla starających się o odszkodowania będą przyjmowane oczywiście przez funkcjonariuszy obu instytucji. Od początku swego powstania IPN budzi wiele kontrowersji i niechęci. Szumna nazwa ma niewiele wspólnego z pamięcią i narodem. Polska istnieje od ponad tysiąca lat, przyjmując za jej początek przyjecie chrześcijaństwa, ale dla tych nawiedzonych badaczy najważniejsze jest te pięćdziesiąt lat PRL-u. Przez ten okres Polska doświadczyła samych tragedii a uciśniony naród przetrwał tylko i wyłącznie dzięki podziemnej opozycji. Gdyby nie ta szlachetna opozycja to jak amen w pacierzu wyrżnęli by nas wszystkich, no kompletnie nie rozumiem, ze aż tylu z nas przetrwało te lata totalnej ciemności i terroru. Jeszcze bardziej dziwi minie jak przetrwali ci szlachetni bojownicy wałczący dla dobra robotników o sprawiedliwość i demokracje. Ta Instytucja Pogardy Niezachwianej to jakaś zbieranina sfrustrowanych histeryków, nie mylić z historykami, którym się wydaje, ze tylko oni znają cala prawdę i ich prawda jest jedynie obowiązująca. Nie bardzo również rozumiem komu miałyby być przyznawane te odszkodowania. Przecież po tej całej transformacji większość z tych szlachetnych bojowników dorwała się do władzy i odbiła sobie za te ciężkie komunistyczne lata. Nazwiska tych wałczących z reżimem można było znaleźć niemal w każdej państwowej instytucji i to nie na poślednich  posadach. Przewinęli się przez te wszystkie sejmy, senaty, urzędy wojewódzkie, marszałkowskie, miejskie aż ludzie mieli ich dość.  Czyżby popadli w biedę, że trzeba im teraz jakiś specjalny fundusz wykombinować i wspomóc w niedoli. A może definicja prześladowanych nagle ulęgła zmianie i ma jakieś inne znaczenie tak jak pojecie narodu i pamięci? Kim są ci ludzie, którzy decydują kto z nas ucierpiał mniej a kto bardziej? Dziwi mnie, ze ci Intryganci Pełni Nienawiści wciąż cieszą się poparciem władzy i nic nie jest robione żeby pozbyć się tego pasożytniczego tworu. W czasach kiedy każe nam się oszczędzać, rząd tnie wydatki na sprawy socjalne, brakuje pieniędzy dla niepełnosprawnych, przedłużają nam się wiek emerytalny, szpitale bankrutują no można by tu wymieniać w nieskończoność, znajdują się jednak pieniądze dla prześladowanych przez PRL w walce o demokrację. A może by tak pogonić to towarzystwo wzajemnej adoracji spod znaku IPN i dać te zaoszczędzone w ten sposób pieniądze tym pokrzywdzonym przez totalitarny system? Tylko ilu ich żyje w biedzie? No przecież nie po to walczyli z komunizmem żeby zdychać z głodu w demokracji

Banios, slońce i grill

Nieopodal Cuenki, około pół godziny jazdy autobusem miejskim z centrum miasta, znajduje się miasteczko zwane Baños. Zasadniczo w Ekwadorze istnieją dwa miasta o tej samej nazwie i oba nazywają się tak a nie inaczej z tego samego powodu. Samo słowo baños oznacza tyle co łaźnia w tym konkretnym przypadku gorąca łaźnia. Bardziej znane jest Baños położone nieopodal Quito, jednak to koło Cuenki, chociaż mniejsze i mniej znane, posiada te same walory a cieki wód wulkanicznych są nawet podobno bogatsze w minerały. Właśnie te wody stały się wielkim magnesem dla wielu turystów pragnących trochę się zrelaksować. W ostatnim okresie powstało wiele nowych ośrodków rekreacyjnych oferujących wszelkiego rodzaju kąpiele mineralne, łaźnie tureckie, masaże, maski błotne itp. Większość  z nich oferuje również noclegi, śniadania, obiady praktycznie można z się z ośrodków nie ruszać. Podczas jednej z naszych pierwszych wizyt postanowiliśmy spędzić parę nocy właśnie w Banios żeby trochę się rozgrzać i skorzystać ze wszystkiego co jest oferowane. Niektóre hotele oferują odbiór z miejscowego lotniska, w związku z czym wybraliśmy hotel który oferował ten  serwis. Ja nie mogłem się już doczekać żeby wreszcie wskoczyć do basenu. Dotarliśmy jednak zbyt późno i musiałem się wstrzymać z pływaniem do następnego dnia. Nazajutrz już od samego rana basen był, może niezapełniony ale było w nim zbyt wiele ludzi jak na mój gust. Postanowiłem więc odczekać chwilkę i spróbować trochę później. Po paru godzinach rzeczywiście basen z lekka opustoszał, aczkolwiek wciąż znajdowało się w nim kilka osób. Alicja, moja żona, nie jest zwolenniczką ani pływania, ani wody tak więc pomaszerowałem sam złapać trochę zdrówka w basenie. Woda okazała się wyjątkowo ciepła a powiedziałbym nawet gorąca ale to jest właśnie specyfika basenów w Baños. Są one zaopatrywane w wodę z okolicznych gorących źródeł, które maja pochodzenie wulkaniczne. Woda musi być schłodzona bo inaczej poparzenia byłyby gwarantowane. Woda choć ciepła to dla mnie najważniejsze było popływać  trochę i rozruszać zastane kości. Parę osób oprócz mnie snuło się wzdłuż brzegów basenu co dało mi możliwość spokojnego bicia rekordów ad jednego końca do drugiego.  Po pewnym czasie również Alicja dołączyła ale skupiła się bardziej na moczeniu nóg a ja ku swemu zadowoleniu machałem od lewej do prawej i odwrotnie nabijać kilometry albo raczej metry, niszcząc tą wredną tkankę tłuszczową. Przednia zabawa. Wszystko jednak ma swój koniec, myślę że po około godzinie miałem dość. Wróciliśmy więc do pokoju. Czas teraz na chłodny prysznic. Jeszcze rzut oka na lustro. I tu dopiero niespodzianka. Trochę się opaliłem a twarz maja wyglądała jakbym jaą trzymał na grillu. No wreszcie dotarło do mnie dlaczego basen opustoszał. W samo południe, gdy słońce jest najbardziej niebezpieczne, tylko wariaci pływają no i znalazł się jeden. Dobrze, ze moja pani miała olejki natłuszczające, dzięki czemu udało mi się zachować  w miarę przyzwoity wygład. No cóż, Ekwador leży na równiku, właśnie sobie o tym przypomniałem.

Cotopaxi National Park

IMG_1699Podczas  naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze,  nasi gospodarze zaoferowali nam wypad do Cotopaxi National Park. Cotopaxi to wulkan zlokalizowany około dwie godziny jazdy na południe od stolicy kraju Quito. Sam wulkan uważany jest za najwyższy czynny wulkan w Ekwadorze. Jego wysokość dochodzi do niemal sześciu tysięcy metrów. Aby zdobyć szczyt konieczne jest zezwolenie oraz przewodnik. Ostatni wybuch Cotopaxi miał miejsce w latach 1940-1942. Nasz przewodnik aczkolwiek miał dużą wiedzę teoretyczną, miał też swoje lata chociaż nic nie zapowiadało, że wyprawa może być lekko ponad jego siły. Ale do rzeczy. Sam park został założony w latach siedemdziesiąt poprzedniego wieku. Na wysokości cztery tysiące osiemset metrów wybudowano bazę wypadową. Jest to ostatnie miejsce do którego można dotrzeć na własna rękę. Powyżej tego punktu wymagane są zezwolenia na wspinaczkę. Nasz plan zakładał dostanie się do bazy. Wydawało się to relatywnie nieskomplikowane, zwłaszcza, że do wysokości cztery tysiące pięćset metrów można dotrzeć samochodem. Na tej wysokości znajduje się ostatni parking, z którego ostatnie trzysta metrów należy pokonać  piechotą. Jako ‘’doświadczeni’’ turyści nie mięliśmy ani pojęcia, ani wyobrażenia jak trudna będzie to wyprawa. Nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, że temperatura na tej wysokości wymaga cieplejszego okrycia a wręcz potrzebne były ciepłe czapki, ze względu na silny i chłodny wiatr, dobrze że o czapki zadbał nasz przewodnik i wcześniej zaproponował nam wzięcie czegoś cieplejszego. Z punktu ostatniego parkingu cel naszej wyprawy czyli budynek bazy wydawał się na wyciągniecie ręki. Oczywiście, zgodnie z ostrzeżeniem naszego przewodnika, temperatura na tej wysokości była zbyt niska aby marzyć o chodzeniu w krótkim rękawku. Wiatr też dawał nam mocno popalić. Ruszyliśmy jednak pełni wiary w końcowy sukces naszej eskapady naprzeciw wiatrowi . Musieliśmy się wspiąć około trzysta metrów, bajka żaden problem. A jednak. Podejście nie odbywa się żadną drogą, ot idzie się po zastygłej lawie, która jest niemal jak piasek, na dodatek lekko pod górkę. Dwa kroki do przodu, krok do tyłu bo lawa jest bardzo grzęska co powoduje, ze człowiek zjeżdża jeden krok po przejściu dwóch. Ale co tam damy sobie rade. Po przejściu może piętnastu , może dwudziestu metrów zaczęła dawać o sobie znać również wysokość. Tlenu jakby było coraz mniej. Nic nie szkodzi, krótki odpoczynek i dawaj dalej pod te górę. Po około godzinie przeszliśmy może sto metrów, może trochę mniej, może trochę więcej. Coraz bardziej brakowało nam oddechu, a nasz Bogu ducha winien przewodnik zaczął krwawić z nosa. Aczkolwiek zarzekał się, że z nim wszystko w porządku razem z żoną wykorzystaliśmy to jako pretekst do odwrotu, a prawdę mówiąc mięliśmy dość tej drogi przez mękę. Opuszczaliśmy to miejsce z nieukrywanym zadowoleniem ale i z mocnym postanowieniem:  czekaj, czekaj Cotopaxi my ci jeszcze pokażemy.

Belvedere i Chopin

Bardzo nam zależało aby naszym nowym znajomym przybliżyć kraj naszego pochodzenia. Najlepszym rozwiązanie zwykle jest udać się przez brzuch do głowy. Skorzystaliśmy z okazji, że  sporo osób które poznaliśmy albo mieszkały już w Cuence albo pozostawały tutaj na dłuższy okres. Wymyśliliśmy zatem razem z małżonką zorganizowanie czegoś w rodzaju wieczorku zapoznawczego.  Zaprosiliśmy na niego znanych nam już Ekwadorczyków oraz członków naszej wspólnoty, którzy aktualnie przebywali w Cuence. Postanowiliśmy imprezę nazwać Polish Vodka Party. Oprócz polskiego alkoholu serwowane były tradycyjne polskie dania z gołąbkami na czele. Ashley która w Stanach pracowała jako twórczyni  filmów dokumentalnych, w Ekwadorze postanowiła razem ze swoim wspólnikiem założyć coś na kształt agencji pośredniczącej w wielu sprawach związanych z osiedlaniem się w Ekwadorze. W tym celu założyła stronę na Internecie za pomocą której można skorzystać z jej usług. Michel, który jest wspólnikiem Ashley okazał się również bardzo twórczą osobą zwłaszcza w zakresie projektowania wnętrz. Michel z wykształcenia projektant mody zjeździł trochę świata, okazał się duszaą towarzystwa z olbrzymią dozą poczucia humoru. Był i jest bardzo dumny ze swojego homoseksualizmu. Jego poczucie humoru najlepiej przejawiło się gdy opowiadał o swojej rodzinie. Jego rodzice mieli już dwie córki zanim Michel przyszedł na świat. Ojciec tak bardzo pragnął syna, że postanowili jeszcze raz spróbować. I jak powiada Michel udało się, niestety nie do końca. Ta historia wprowadziła wszystkich w dobry nastrój a resztę dopełnił polski alkohol i nasze tradycyjne jedzonko. I tu znowu Michel zagrał pierwsze skrzypce. Do Ekwadoru przywieźliśmy butelkę Belvedere oraz butelkę Chopina. Zaczęliśmy od Belvedere. Gdy tylko Michel zobaczył butelkę zaskoczony zapytał nas czy aby na pewno ten alkohol jest polski. Musieliśmy mu pokazać nadruk Made In Poland zanim uwierzył. Był mocno przeświadczony o francuskim pochodzeniu tego alkoholu. Tego wieczoru Michel został zaskoczony jeszcze dwukrotnie. Po wpadce z Belvederem opowiadał nam jak to kiedyś jadł polskie danie, którego nie znał z nazwy, ale pamiętał, że to jedzenie składała się z farszu owiniętego kapustą. Na ten moment tylko czekała moja żona. Czary mary i oto przed nami pojawiły się gołąbki. Michel nie potrafił znaleźć słów, które ukazałyby jego zaskoczenie a jego mina była najlepszą zapłatą za przygotowanie gołąbków. W międzyczasie udało nam się skończyć Belvedere i na stole pojawił się Chopin. Tym razem nie było już dyskusji co do pochodzenia alkoholu. Michel chciał jednak zaimponować swoją wiedzą muzyczną oznajmiając, że Chopin to był wielki francuski kompozytor. I znowu plama. Nie francuski ale polski, Michel. Ponownie zdziwienie na jego twarzy i jednocześnie uznanie dla nas i naszego kraju było najlepszą zapłatą. Nasi goście z Ekwadoru bardzo polubili naszą kuchnie a przy okazji dowiedzieli się paru interesujących rzeczy na temat naszego kraju a okrzykom, dziękuję – dla mojej zony oraz na zdrowie dla mnie nie było końca.

Nie daj się zaczadzić

Kontaminacja czyli jak to mówili Pawlak z Kargulem zaczadzenie to najbardziej niebezpieczna choroba w polityce, nie tylko polskiej. Zaczadzenie rzuca się najpierw na głowę i przejawia się jako kompletny braku poczucia realiów i rzeczywistości. Zaczadzić się można z wielu przyczyn ale najpopularniejszy jest nadmiar władzy. Większość z nas pamięta zaczadzonych urzędników z okresu PRL, którym dano jakąś władze a sprawiali wrażenie jakby od nich zależała przyszłość całego kraju. Mali ludzie na nic nieznaczących stanowiskach, którzy koniecznie chcieli udowodnić ze jest inaczej. Było to urągające inteligencji przeciętnego klienta ale dało się z tym żyć bo tak naprawdę władza tych ludzi nie wykraczała poza teren miejsca pracy. Czasy się zmieniły i zaczadzenie przybrało inne rozmiary dzisiaj. Jest ono wszechobecne, szczególnie na samej górze władzy. Nie mam pojęcia co ci goście wąchają ale substancja musi być bardzo niebezpieczna. Na pewno nie jest to marycha, bo ona podobno wprowadza w dobry nastrój a wszyscy wtedy są naszymi przyjaciółmi. A jak się popatrzeć na nasze elity to dobry nastrój maja tylko wtedy jak im rośnie, słupek poparcia ma się rozumieć a opozycji ten słupek opada albo lepiej powiedzieć spada. No ogarnia ich wtedy najwyższy stopień zaczadzenia. Włóczą się po knajpach plota od rzeczy i na dodatek dają się nagrywać jakby nie wiedzieli, ze na to tylko czeka opozycja. Teraz ich słupki walą w górę a ich samych wkrótce ogarnie zaczadzenie. I tak w kółko Macieju. Jak już jednemu się wydaje, ze zdobył władzę absolutna zaraz się nią zaczadzi na co ten drugi nawiedzony tylko czeka. Niestety ta góra, zaczadzona władzą w przypływie dobrego nastroju pragnie się podzielić swoim zaczadzeniem ze swoimi ludźmi w terenie tak zwanymi wyborcami. Cały czas chodzi o te słupki, które raz rosną raz opadają. Jak gdzieś rosną znaczy się wyborca zaczadzony porządnie, jak znowu spadają znaczy się należy doczadzić. Podobnie pracuje opozycja tam doczadzic , tu wystarczy. Osiągnęli w tym zaczadzaniu prawdziwe mistrzostwo. Udało im się podzielić kraj na dwie strefy wpływów a nas zaczadzić niechęcią do siebie nawzajem.  Brak porozumienia zaczadzonych wyborców to młyn na wodę dla nawiedzonych  (wyższy stopień zaczadzenia) polityków. Mogą sobie teraz bezkarnie prowadzić to swoje debilne wojenki ku uciesze zaczadzonej gawiedzi, która stać będzie po stronie swoich nawiedzonych polityków do krwi ostatniej. Pamiętam jak w trakcie pobytu w Stanach  ktoś mi opowiadał historie o polskiej parafii która miała powstać przy istniejącym kościele. Potrzebny był również ktoś do rady kościelnej. W okolicy istniały dwie grupy naszych rodaków i obie chciały mieć swojego przedstawiciela w radzie. Zaczadziali na władzę nie bardzo chcieli słuchać slow klechy, ze zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Efekt był taki, ze choć ksiądz został parafia nigdy nie powstała. Życzę powodzenia w zaczadzaniu.

Zawieranie znajomosci

2013 500W trakcie naszego pobytu w maju 2011 udało nam się zawrzeć wiele nowych znajomości jak również poznać większość właścicieli apartamentów. Po za jednym apartamentem, którego właścicielką była Ekwadorka, pozostałe należały do obcokrajowców a w szczególności Amerykanów. Okazało się, że tak i Ekwador, jak i Cuenca zyskały sobie bardzo duże uznanie wśród wielu inwestorów oraz ludzi którzy szukali miejsca dla siebie na emeryturę  Cały budynek został podzielony na osiem apartamentów na trzech kondygnacjach. Brama wejściowa jest zamykana i wstęp do środka mają tylko mieszkańcy. Do naszej dyspozycji są również dwa miejsca wspólne, z których jedno mieści się na dachu. Ponieważ Cuenca jest położona w dolinie, daje nam to rewelacyjny widok na okoliczne góry. Wszyscy również porozumieliśmy się w sprawach związanych z dbałością o budynek. Na tą okoliczność zawiązaliśmy coś na zasadzie spółdzielni mieszkaniowej co umożliwiło nam założenie wspólnego konta na potrzeby naszej wspólnoty w przyszłości a w szczególności naprawy związane z utrzymaniem budynku. Jako wspólnota udało nam się również otrzymać zniżkę na service internetowy, który dla pojedynczych ludzi jest wciąż relatywnie drogi. Okazało się również, że jedynie Ashley będzie mieszkać w budynku a większość z nas będzie z niego korzystać tylko sporadycznie, starając się wynająć nasze mieszkania w pozostałym czasie. I tu przeszedł nam z pomocą Kent, który zajmował się koordynacją wycieczek do Ekwadoru organizowanych dla emerytów przez uczelnie, które oni skończyli. Te wyprawy miały na celu zapoznanie się z kulturą Ekwadoru, naukę języka hiszpańskiego oraz wypady w rożne miejsca w Ekwadorze. To przedsięwzięcie cieszyło się sporą popularnością a Kent potrzebował coraz więcej apartamentów dla uczestników jego warsztatów. Nie mogło się to lepiej dla nas ułożyć. Kent zgodził się na nasze warunki finansowe oraz zobowiązał się o dbanie o nasz apartament. Wiedzieliśmy również, ze Ashley będzie wciąż na miejscu i nie dopuści do jakiś ekstremalnych sytuacji. Zresztą w tych warsztatach brali udział sami emeryci co dodatkowo dawało nam swego rodzaju pewność, że towarzystwo będzie raczej spokojne. Nasza wspólnota zaangażowała również opiekuna do naszego budynku, którego obowiązkiem było dbanie na bieżąco o czystość w budynku jak również załatwianie wszelkiego rodzaju spraw związanych z jego utrzymaniem . Alejandra, której powierzyliśmy tą funkcje okazała się bardzo pożyteczna w reprezentowaniu nas we wszystkich sprawach szczególnie tam gdzie bez znajomości języka hiszpańskiego byłoby nam bardzo ciężko cokolwiek załatwić. Alejandra w tym kontekście była wręcz niezastąpiona. Dla nas szczególnie ważne było to, że władała ona językiem angielskim oraz, że mogliśmy się z nią skontaktować za pomocą poczty elektronicznej podczas naszej nieobecności. Alejandra zobowiązała się również do doglądania  naszych apartamentów i współpracy z Kentem. Nic zatem dziwnego, ze opuszczaliśmy Cuencę w poczuciu dobrze i pożytecznie spędzonego czasu. A samo miasto powodowało, ze czuliśmy się tutaj coraz bardziej jak w domu gdyby nie ten hiszpański.