Banios, slońce i grill

Nieopodal Cuenki, około pół godziny jazdy autobusem miejskim z centrum miasta, znajduje się miasteczko zwane Baños. Zasadniczo w Ekwadorze istnieją dwa miasta o tej samej nazwie i oba nazywają się tak a nie inaczej z tego samego powodu. Samo słowo baños oznacza tyle co łaźnia w tym konkretnym przypadku gorąca łaźnia. Bardziej znane jest Baños położone nieopodal Quito, jednak to koło Cuenki, chociaż mniejsze i mniej znane, posiada te same walory a cieki wód wulkanicznych są nawet podobno bogatsze w minerały. Właśnie te wody stały się wielkim magnesem dla wielu turystów pragnących trochę się zrelaksować. W ostatnim okresie powstało wiele nowych ośrodków rekreacyjnych oferujących wszelkiego rodzaju kąpiele mineralne, łaźnie tureckie, masaże, maski błotne itp. Większość  z nich oferuje również noclegi, śniadania, obiady praktycznie można z się z ośrodków nie ruszać. Podczas jednej z naszych pierwszych wizyt postanowiliśmy spędzić parę nocy właśnie w Banios żeby trochę się rozgrzać i skorzystać ze wszystkiego co jest oferowane. Niektóre hotele oferują odbiór z miejscowego lotniska, w związku z czym wybraliśmy hotel który oferował ten  serwis. Ja nie mogłem się już doczekać żeby wreszcie wskoczyć do basenu. Dotarliśmy jednak zbyt późno i musiałem się wstrzymać z pływaniem do następnego dnia. Nazajutrz już od samego rana basen był, może niezapełniony ale było w nim zbyt wiele ludzi jak na mój gust. Postanowiłem więc odczekać chwilkę i spróbować trochę później. Po paru godzinach rzeczywiście basen z lekka opustoszał, aczkolwiek wciąż znajdowało się w nim kilka osób. Alicja, moja żona, nie jest zwolenniczką ani pływania, ani wody tak więc pomaszerowałem sam złapać trochę zdrówka w basenie. Woda okazała się wyjątkowo ciepła a powiedziałbym nawet gorąca ale to jest właśnie specyfika basenów w Baños. Są one zaopatrywane w wodę z okolicznych gorących źródeł, które maja pochodzenie wulkaniczne. Woda musi być schłodzona bo inaczej poparzenia byłyby gwarantowane. Woda choć ciepła to dla mnie najważniejsze było popływać  trochę i rozruszać zastane kości. Parę osób oprócz mnie snuło się wzdłuż brzegów basenu co dało mi możliwość spokojnego bicia rekordów ad jednego końca do drugiego.  Po pewnym czasie również Alicja dołączyła ale skupiła się bardziej na moczeniu nóg a ja ku swemu zadowoleniu machałem od lewej do prawej i odwrotnie nabijać kilometry albo raczej metry, niszcząc tą wredną tkankę tłuszczową. Przednia zabawa. Wszystko jednak ma swój koniec, myślę że po około godzinie miałem dość. Wróciliśmy więc do pokoju. Czas teraz na chłodny prysznic. Jeszcze rzut oka na lustro. I tu dopiero niespodzianka. Trochę się opaliłem a twarz maja wyglądała jakbym jaą trzymał na grillu. No wreszcie dotarło do mnie dlaczego basen opustoszał. W samo południe, gdy słońce jest najbardziej niebezpieczne, tylko wariaci pływają no i znalazł się jeden. Dobrze, ze moja pani miała olejki natłuszczające, dzięki czemu udało mi się zachować  w miarę przyzwoity wygład. No cóż, Ekwador leży na równiku, właśnie sobie o tym przypomniałem.