Cotopaxi National Park

IMG_1699Podczas  naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze,  nasi gospodarze zaoferowali nam wypad do Cotopaxi National Park. Cotopaxi to wulkan zlokalizowany około dwie godziny jazdy na południe od stolicy kraju Quito. Sam wulkan uważany jest za najwyższy czynny wulkan w Ekwadorze. Jego wysokość dochodzi do niemal sześciu tysięcy metrów. Aby zdobyć szczyt konieczne jest zezwolenie oraz przewodnik. Ostatni wybuch Cotopaxi miał miejsce w latach 1940-1942. Nasz przewodnik aczkolwiek miał dużą wiedzę teoretyczną, miał też swoje lata chociaż nic nie zapowiadało, że wyprawa może być lekko ponad jego siły. Ale do rzeczy. Sam park został założony w latach siedemdziesiąt poprzedniego wieku. Na wysokości cztery tysiące osiemset metrów wybudowano bazę wypadową. Jest to ostatnie miejsce do którego można dotrzeć na własna rękę. Powyżej tego punktu wymagane są zezwolenia na wspinaczkę. Nasz plan zakładał dostanie się do bazy. Wydawało się to relatywnie nieskomplikowane, zwłaszcza, że do wysokości cztery tysiące pięćset metrów można dotrzeć samochodem. Na tej wysokości znajduje się ostatni parking, z którego ostatnie trzysta metrów należy pokonać  piechotą. Jako ‘’doświadczeni’’ turyści nie mięliśmy ani pojęcia, ani wyobrażenia jak trudna będzie to wyprawa. Nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, że temperatura na tej wysokości wymaga cieplejszego okrycia a wręcz potrzebne były ciepłe czapki, ze względu na silny i chłodny wiatr, dobrze że o czapki zadbał nasz przewodnik i wcześniej zaproponował nam wzięcie czegoś cieplejszego. Z punktu ostatniego parkingu cel naszej wyprawy czyli budynek bazy wydawał się na wyciągniecie ręki. Oczywiście, zgodnie z ostrzeżeniem naszego przewodnika, temperatura na tej wysokości była zbyt niska aby marzyć o chodzeniu w krótkim rękawku. Wiatr też dawał nam mocno popalić. Ruszyliśmy jednak pełni wiary w końcowy sukces naszej eskapady naprzeciw wiatrowi . Musieliśmy się wspiąć około trzysta metrów, bajka żaden problem. A jednak. Podejście nie odbywa się żadną drogą, ot idzie się po zastygłej lawie, która jest niemal jak piasek, na dodatek lekko pod górkę. Dwa kroki do przodu, krok do tyłu bo lawa jest bardzo grzęska co powoduje, ze człowiek zjeżdża jeden krok po przejściu dwóch. Ale co tam damy sobie rade. Po przejściu może piętnastu , może dwudziestu metrów zaczęła dawać o sobie znać również wysokość. Tlenu jakby było coraz mniej. Nic nie szkodzi, krótki odpoczynek i dawaj dalej pod te górę. Po około godzinie przeszliśmy może sto metrów, może trochę mniej, może trochę więcej. Coraz bardziej brakowało nam oddechu, a nasz Bogu ducha winien przewodnik zaczął krwawić z nosa. Aczkolwiek zarzekał się, że z nim wszystko w porządku razem z żoną wykorzystaliśmy to jako pretekst do odwrotu, a prawdę mówiąc mięliśmy dość tej drogi przez mękę. Opuszczaliśmy to miejsce z nieukrywanym zadowoleniem ale i z mocnym postanowieniem:  czekaj, czekaj Cotopaxi my ci jeszcze pokażemy.